Reklama

Reklama

Drużyna 29. kolejki Primera Division

Istnieją kluby, w których trenerzy powinni otrzymywać sowity dodatek za pracę w warunkach szkodliwych dla zdrowia. Modelowym przykładem może być Valencia.

- Straciłem pracę, ale odzyskałem życie - powiedział dziennikarzom w październiku 2007 roku Quique Flores, wyrzucony z Valencii po rozczarowującym rozpoczęciu swojego trzeciego sezonu pracy w klubie z Estadio Mestalla. W czerwcu następnego roku ekipę Los Ches objął jej obecny szkoleniowiec - wówczas 37-letni Unai Emery. Po ostatniej, kompromitującej porażce 1-2 z kończącym mecz w dziewiątkę, zamykającym tabelę Realem Saragossa, przed własną publicznością, mimo oddania 28 strzałów na bramkę i przy 72-procentowym posiadaniu piłki, stało się jasne, że cykl Emery'ego w Valencii dobiega końca. Lokalny dziennik sportowy "Superdeporte" donosi na okładce piątkowego wydania: "Emery szuka życia". Unai i Valencia mają się już wzajemnie dość. Klub rozgląda się za nowym szkoleniowcem; agent Emery'ego szuka mu nowego pracodawcy.

Reklama

Trenerze, odejdź - nudzimy się!

Finansowo i kadrowo Valencia wyraźnie odstaje od Barcelony i Realu, o czym jej kibice zadziwiająco łatwo zapominają. Od trenerów domagają się walki o mistrzostwo kraju i sukcesów w europejskich pucharach, a przy tym gry atrakcyjnej dla oka. Quique Flores bardziej niż wynikami (które nie były aż takie złe) zaszkodził sobie tym, że jego drużyna prezentowała monotonny futbol. Ówczesny prezydent Valencii Juan Soler tłumaczył dymisję Floresa presją ze strony kibiców. Na trybunach, obok transparentów z napisem "Quique, odejdź już!", dominowały te z hasłem: "Quique, nudzę się!".

Większe problemy z zadowoleniem kibiców niż z osiąganiem stawianych przez władze klubu celów ma również Emery. Nie da się jednoznacznie ocenić tego szkoleniowca. Podzieleni są sami sympatycy Valencii. Pod artykułem o zbliżającym się odejściu Emery'ego znaleźć można komentarze zarówno takie jak "Bóg istnieje!", jak i przestrogi, że Emery zawsze wykonywał plan minimum, a zmiana szkoleniowca może przynieść katastrofalne efekty.

Wiele czynników psuje opinię Emery'emu. W prestiżowych meczach Valencia zwykle zawodzi, z Ligi Mistrzów nie odpadała po walce z europejskimi tuzami, tylko dała się wyeliminować przeciętnym Schalke i Bayerowi Leverkusen, obecnie gra bardzo nieregularnie i zdaje się robić wszystko, by pozwolić się strącić z trzeciego miejsca w tabeli. Trzeciego miejsca, o które Valencia w zasadzie nie musiała się z nikim bić, bo Malaga, Sevilla, Atletico i Villarreal zajęte były własnymi problemami. Jednak nie ulega wątpliwości, że Emery'emu przyszło pracować w koszmarnych realiach.

Baskijski trener przetrwał w Valencii trzy burzliwe sezony (właśnie kończy czwarty), zapewniając Nietoperzom sportową stabilizację - miejsce w czołówce tabeli i występy w europejskich pucharach, mimo że klub lawirował na granicy bankructwa, wstrzymywał wypłacanie pensji i sprzedawał najlepszych piłkarzy, a o fotel prezydencki toczyły się rozgrywki niczym z thrillera politycznego. Brali w nich udział powiązani z fałszerzami papierów wartościowych właściciele tajemniczej Inversiones Dalport - urugwajskiej spółki-widmo, byli właściciele i prezydenci klubu (Juan Soler oraz Vicente Soriano, niegdyś serdeczni przyjaciele, potem śmiertelni wrogowie) oraz będący głównym wierzycielem klubu bank, zarządzany przez człowieka, którego lokalna prasa oskarżała o... chęć sprzedaży najlepszych zawodników do Realu Madryt, któremu to klubowi dyrektor banku miał kibicować. Jeśli dodać do tego wiecznie niezadowolonych fanów, wygwizdujących szkoleniowca pod byle pretekstem, powstają warunki gwarantujące raczej rozwój schizofrenii lub depresji, a nie rozkwit kariery trenerskiej.

Emery nie był pierwszym kandydatem władz Valencii w 2008 roku, tylko opcją rezerwową. Padło na niego, bo faworyt - Marcelino Garcia Toral - przestraszył się bałaganu panującego w klubie. Po wygaśnięciu pierwszego, dwuletniego kontraktu Unai dwukrotnie - w 2010 i 2011 roku - otrzymał tylko roczne przedłużenie umowy. Nie było pewne, czy władze nie zatrudnią nowego szkoleniowca. Za każdy razem klub nie ukrywał, że rozważane są różne możliwości. Związek Valencii z Emerym był - przynajmniej od dwóch sezonów - małżeństwem z rozsądku, nie z miłości. Teraz nad rozsądkiem górę biorą uczucia. Te negatywne, i to z obu stron, więc tym razem wszystko musi skończyć się rozwodem.

Real Madryt sam sobie nie pomaga.

Negatywnych emocji nie brakowało w środowy wieczór również w sąsiadującym z Walencją miasteczku Vila-Real, gdzie Real Madryt tylko zremisował, zmniejszając przewagę nad Barceloną do sześciu punktów. "Królewscy" stracili prowadzenie nad Villarrealem w 82. minucie, reagując na gola Marcosa Senny najgorzej jak tylko się dało: faulami, obraźliwymi gestami, wyzwiskami oraz przepychankami. W ruch poszły czerwone kartki. Mimo wyrzuceniem z boiska Sergio Ramosa i Mesuta Oezila Real przycisnął rywali, ale nie był już w stanie rozstrzygnąć losów meczu na swoją korzyść. Gdyby "Królewscy" kończyli mecz w pełnym składzie, mieliby jeszcze dość czasu na zdobycie rozstrzygającej bramki.

Gdyby dziennikarzy madryckich mediów wysłać do ośrodku badań jądrowych CERN, z pewnością w kilka dni znalazłaby się "boska cząstka". Niezależnie od tego, czy przewidywania Modelu Standardowego są prawidłowe, czy nie. Chyba wszyscy pracownicy "Asa" i "Marki" wzięli udział w poszukiwaniu dowodów na to, że arbiter Paradas Romero podejmował błędne decyzje. Niezależnie od tego, czy faworyzowały one Real Madryt czy Villarreal. Arbitrowi zarzuca się przeoczenie dwóch rzutów karnych dla gospodarzy, brak panowania nad zawodnikami, przesadne reakcje na zachowania Jose Mourinho, jego asystentów oraz podopiecznych. W mediach roztrząsano też, czy napastnik Villarrealu Marco Ruben nie został dwukrotnie ukarany żółtą kartką i czy rzut wolny, z którego Senna bezpośrednim strzałem pokonał Ikera Casillasa, nie był rzutem wolnym pośrednim.

Z sześciopunktową przewagą nad Barceloną "Królewscy" ciągle zależą od siebie, ale reakcjami takimi jak w spotkaniu z Villarrealem tylko utrudniają sobie zdobycie mistrzostwa. W Primera Division w każdej kolejce w wielu meczach nie brakuje kontrowersyjnych decyzji sędziów. Valencia straciła bramkę na 1-1 z rzutu karnego, podyktowanego po tym jak w jej polu karnym ręką zagrał zawodnik Realu Saragossa. Długo można by wyliczać podobne sytuacje, dotyczące wielu klubów. Czemu awantury urządza tylko Real Madryt? W wielu spotkaniach to "Królewscy" korzystali na nadgorliwości lub pobłażliwości sędziów...

Drużyna 29 kolejki Primera Division według INTERIA.PL:

Jedenastka kolejki: Miguel Moya (Getafe) - Juanfran (Atletico), Cata Diaz (Getafe), Jose Nunes (Mallorca), Siquiera (Granada) - Jesus Navas (Sevilla) Marcos Senna (Villarreal), Arda Turan (Atletico) - Salomon Rondon (Malaga), Leo Messi (Barcelona), Manu del Moral (Sevilla)

Ławka rezerwowych: Roberto (Saragossa), Eliseu (Malaga), Apońo (Saragossa), Isaac Cuenca (Barcelona), Joaquin (Malaga), Iker Muniain (Bilbao), Radamel Falcao (Atletico)

Nagroda im. pomnika trwalszego niż ze spiżu - Leo Messi. Dzięki trzem golom strzelonym Granadzie Leo Messi prześcignął stał się najlepszym strzelcem w historii Barcelony. Z 234 bramkami na koncie, w wieku niespełna 25 lat.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL