Reklama

Reklama

  • 1 .Tottenham Hotspur Londyn (20 pkt.)
  • 2 .Liverpool FC (20 pkt.)
  • 3 .Chelsea Londyn (18 pkt.)
  • 4 .Leicester City (18 pkt.)
  • 5 .Southampton FC (17 pkt.)
  • 6 .Everton (16 pkt.)
  • 7 .Aston Villa FC (15 pkt.)
  • 8 .West Ham United FC (14 pkt.)

Problemy Realu i Man Utd, czyli nauka cierpliwości

David Moyes i Carlo Ancelotti zaliczają w Manchesterze i Realu trudne początki. Czy kibicom i szefom obu wielkich klubów wystarczy cierpliwości?

Gdyby prawdziwa była teoria o nieuchronności powtórek z historii, nowy trener Manchesteru United powinien spać spokojnie. Po sześciu kolejkach Premier League drużyna Davida Moyesa wylądowała na 12. miejscu w tabeli z ośmioma punktami straty do lidera i zaledwie trzema przewagi nad strefą spadkową. Tak naprawdę jednak tylko ostatni mecz z WBA przegrany 1-2 na Old Trafford można uznać za katastrofę. Wcześniej zespół Moyesa tracił punkty z kandydatami do tytułu (Chelsea, Liverpool, MC). Tym niemniej Szkot zalicza fatalny start w Manchesterze, co w jakimś stopniu upodabnia go do jego wielkiego poprzednika.

Zanim Aleks Ferguson otrzymał tytuł szlachecki, musiał wydobyć United z dna. Objął drużynę po Roy’u Atkinsonie w strefie spadkowej, a walka o pierwszy tytuł mistrza Anglii zajęła mu sześć lat. Początki musiały być piekielnie trudne, a cierpliwość fanów znacznie większa niż teraz. Dziś nikt na Old Trafford nie ma prawa pamiętać szarych lat osiemdziesiątych. W ostatnich dwóch dekadach Ferguson aż 13 razy kończył rozgrywki Premier League nie mając nikogo przed sobą.

Moyes wystartował źle, ale jego pozycja na Old Trafford jest mocna. Manchester szczyci się mianem klubu, który najrzadziej z wielkich wpada w panikę i posuwa się do tak histerycznych działań jak obarczanie winą jednego człowieka. Moyes ma poparcie Fergusona, w klubie myśli się więc raczej jak przebrnąć czas transformacji, by nowi gracze odciążyli liderów Vidica, Ferdinanda, Evrę, Giggsa. Moyes chciał, by jego zespołem pokierował Cesc Fabregas. Gdy transferu z Barcelony nie udało się sfinalizować, w ostatniej chwili postawił na znacznie mniej kreatywnego Fellainiego. Trudno jednak wszystkimi obecnymi kłopotami drużyny obciążyć Belga.

Carlo Ancelotti został przyjęty w Madrycie z tak samo dużą dozą akceptacji, jak Moyes w Manchesterze. Hiszpańskie media zachwycał jego spokój, na boisku brylował uwielbiany powszechnie Isco. Tak samo jak dla Moyesa derby z City (1-4), tak samo dla Ancelottiego derby z Atletico (0-1) okazały się ciężkim ciosem. Pozostający niegdyś w cieniu lokalny rywal dał kolosom surową lekcję futbolu.

W Madrycie znacznie szybciej zaczyna się polowanie na czarownice. W stołecznym dzienniku "Marca" ukazały się dziś wyniki ankiety wśród fanów szukających winowajców. Na liście znalazły się cztery nazwiska: Fabio Coentrao, Alvaro Arbeloy, Samiego Khediry i tego najgorszego Karima Benzemy. Francuski ulubieniec prezesa Florentino Pereza wyczerpał już dokumentnie cierpliwość kibiców z Santiago Bernabeu.

Reklama

W hiszpańskich mediach pojawiają się nie tylko przejawy histerycznego poszukiwania czarnych owiec, ale także próby głębszej analizy. O ile Diego Simeone ma drużynę gotową, o tyle Ancelotti nowy Real dopiero tworzy. Dziennik "El Pais" zastanawia się, czy mając w kadrze graczy takich jak Ronaldo, Bale, Di Maria, czy Khedira, Włoch jest w stanie zbudować drużynę rozbijającą rywali atakiem pozycyjnym? To nie są przecież spece od szybkiej wymiany piłki w tłoku, raczej gracze kochający przestrzeń i indywidualne pojedynki.

W Madrycie już z zazdrością patrzy się na szczyt tabeli Premier League, gdzie usadowił się Arsenal wzmocniony Mesutem Oezilem. Jeśli Real miał grać kombinacyjnie, dlaczego pozbył się właśnie Niemca? Takie pytanie było oczywiste jeszcze przed końcem okna transferowego, gdy na prezentacji Bale’a, fani skandowali nazwisko Oezila. W Realu chcieli zatrzymać go wszyscy poza prezesem. Na dodatek w Serie A niczym młody bóg błyszczy Gonzalo Higuain, który w Madrycie przegrał rywalizację z Benzemą.

A więc w królewskim klubie wciąż nic się nie zmienia? Wciąż Perez sprowadza piłkarzy jakich chce, myśląc bardziej o ich indywidualnym potencjale, niż o tym, co mogą dać drużynie? Jeśli tak jest, to Ancelotti podjął się wyzwania skrajnie trudnego. Letnie transfery pochłonęły 180 mln euro, podczas gdy Atletico musiało oddać wartego 60 mln euro Radamela Falcao i zastąpić go niepotrzebnym w Barcelonie 31-letnim Davidem Villą. System działa jednak bez zarzutu. Na Santiago Bernabeu trzeba go dopiero stworzyć, uczyć się na błędach.

Wskazana jest pokora, zapomnienie na chwilę o gigantycznych ambicjach. Nie ma sensu rozbijać budowli, zanim powstała, bo grozi to chaosem. Swoje kłopoty mają przecież wszyscy inni szkoleniowcy, którzy tego lata zaczęli pracę w wielkich klubach. Jose Mourinho (Chelsea), Gerardo Martino (Barcelona), Manuel Pellegrini (Manchester City), Pep Guardiola (Bayern) pracują pod olbrzymią presją. Albo wątpliwości budzi styl gry ich zespołów, albo wyniki. W futbolowych imperiach cierpliwość jest towarem deficytowym. W stolicy Hiszpanii chyba jednak przede wszystkim.

Dyskutuj z autorem na jego blogu

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje