Reklama

Reklama

Jak stworzyć Amsterdam w Manchesterze? Erik ten Hag musi się tego nauczyć

Za stwierdzenie, że sir Alex Ferguson okazał się grabarzem "Czerwonych Diabłów" można by zapewne dostać po twarzy w większości pubów znajdujących się w Manchesterze - i zdenerwowanie niektórych kibiców mogłoby być słuszne, bo takie sformułowanie to z pewnością popadanie w przesadę. Niemniej SAF niechcąco jako pierwszy wbił łopatę w ziemię - a Erik ten Hag staje się kolejną osobą, która spróbuje zakopać pogłębiający się od wielu sezonów dół.

Choć każdy z nas wie, że nic nie trwa wiecznie, to w niektórych przypadkach wręcz alergicznie reagujemy na myślenie, że jakaś konkretna rzecz może się skończyć. To niewątpliwie odczuwali kibice Manchesteru United nieco ponad dekadę temu, gdy podskórnie czuli, że era sir Alexa Fergusona w klubie dobiega końca.

Najważniejsze pytanie brzmiało wówczas: kto zastąpi legendarnego Szkota? Czy ktoś w ogóle będzie w stanie wejść w jego buty? Fani wiedzieli, że nie będzie to łatwe zadanie, ale mieli swoje typy. Wielu miało nawet nadzieję, że niebawem przy Sir Matt Busby Way zamelduje się Pep Guardiola, który właśnie szukał nowego wyzwania po tym, jak z FC Barcelona osiągnął już naprawdę wszystko, co tylko było możliwe. Na korzyść tej - wyimaginowanej, jak się okazało - kandydatury miał przemawiać fakt, że Ferguson i Guardiola szanowali siebie nawzajem i pozostawali w dobrej komitywie.

Reklama

Co ciekawe, SAF zapytany o to, kto powinien go - kiedyś, hen, w niebliskiej jeszcze przyszłości - zastąpić, stwierdził w 2009 roku w rozmowie z CNN, że "cieszy się, iż to nie do niego należy decyzja". I powiedział wówczas że... ceni sobie Jose Mourinho, choć ściągnięcie go ocenia jako niezbyt realne. No cóż - wówczas taki bez wątpienia był stan rzeczy.

Czasy się jednak zmieniają, a wraz z nimi perspektywa - po czterech latach okazało się, że to jednak od Fergusona będzie zależeć wiele w kwestii namaszczenia sukcesora. A w zasadzie wszystko, bo to on wprost wskazał swojego krajana, Davida Moyesa. To była decyzja od początku co najmniej egzotyczna, ale wszyscy - od klubowego zarządu aż po najmłodsze dzieciaki biegające po manchesterskich boiskach w czerwonych koszulkach - bezgranicznie zaufali temu postanowieniu.

Moyes w United - źle dla klubu, źle dla trenera

"Był konsekwentny w swojej pracy w Evertonie, miał tam dobry, 11-letni okres i wykazywał apetyt do zwycięstw" - cytował Fergusona "Daily Star". Wbrew pozorom za tym wszystkim stała pewna, w zasadzie jasna logika - kto może zastąpić trenera z wieloletnim doświadczeniem w jednej drużynie, jeśli nie drugi szkoleniowiec współpracujący z jednym zespołem od niepamiętnych czasów? To był jeden z najciekawszych zwrotów akcji 2013 roku.

Jak się jednak to skończyło pamięta każdy - to była prawdziwa katastrofa, gdy praktycznie nieosłabiony zespół mistrzów kraju (dodatkowo z Marouanem Fellainim i - już później - Juanem Matą w składzie) nagle nie był w stanie wywalczyć sobie miejsca nawet w Lidze Europy i wylądował w tabeli na siódmej pozycji. Transparent z napisem "The Chosen One", którym witano nowego menedżera, został po kilku miesiącach ściągnięty z trybun, nad Old Trafford pojawił się samolot  ciągnący za sobą płachtę z hasłem "Moyes out", a pod koniec kampanii, podczas meczu Everton - United na Goodison Park, Szkota przywitał... kibic przebrany za śmierć. To było prorocze, bo porażka 0-2 w tamtym starciu przypieczętowała zwolnienie Moyesa.

Szkoleniowiec pokazał tym samym, że być może jest solidną firmą, ale nie jest odpowiedni dla absolutnego giganta europejskiego futbolu, jakim był wciąż wówczas bezdyskusyjnie Manchester United. Wcześniej i później David Moyes udowadniał, że najlepiej czuje się przejmując ligowe średniaki, z których potrafi wykrzesać co nieco i wprowadzić je nawet na europejskie salony.

Liczono, że jego kadencja okazała się zwykłą wpadką, potknięciem, po którym klub szybko się podniesie. Okazało się jednak, że - parafrazując tekst Marka Hłaski - "Czerwone Diabły" raz w życiu pomyliły swoje kroki i od tego czasu chodziły już krzywo.

Sezon za Moyesa dokończył Ryan Giggs, wówczas jeszcze nie będący do końca na cenzurowanym przez swoje przykre wybryki w życiu prywatnym, ale wiadomo było, że jest to tylko rozwiązanie tymczasowe. Wkrótce stery objął pierwszy w dziejach MU menedżer spoza Wysp Brytyjskich - Holender Louis van Gaal. W serca kibiców znów wlała się nadzieja, bo tym razem mowa była o nazwisku z niepodważalnego światowego topu.

Powrót na szczyt, który nie nadszedł, czyli van Gaal i Mourinho odbijają się od ściany

Doświadczony van Gaal nie tylko miał w CV takie ekipy, jak Ajax Amsterdam, FC Barcelona czy Bayern Monachium, ale też mógł się wykazać niemałym sukcesem osiągniętym całkiem niedawno - na MŚ 2014 razem z reprezentacją "Oranje" sięgnął po brązowy medal, a jego podopieczni zachwycali poukładaną i ciekawą grą. Ten człowiek wiedział przy tym dokładnie, na co się pisze.

Nowy szkoleniowiec powiedział wprost już podczas jednej z pierwszych konferencji: powrót na szczyt nie będzie możliwy od razu. Planem na kolejny sezon jest przede wszystkim powrót do najlepszej czwórki ligi - a więc i w domyśle późniejszy powrót do Champions League. To założenie zostało w pełni zrealizowane, bo właśnie taką pozycję zajęli United, dołączając do swojego składu głośne nazwiska: Di Maria, Valdes, Herrera, Blind, Shaw, Rojo...

Niestety kampania 15/16 nie była już tak radosna dla kibiców - choć zaczęła się bez wielkich tragedii, a do zespołu dołączyli m.in. Memphis Depay, Bastian Schweinsteiger czy Anthony Martial, którego wówczas postrzegano jako nieoszlifowany wciąż diament, to z biegiem czasu gra zespołu zaczynała coraz bardziej męczyć obserwatorów - a wyniki zaczynały być coraz mniej zadowalające. Tym razem drużyna po raz kolejny wypadła z LM, kończąc rozgrywki Premier League na piątym miejscu. Rodzina Glazerów, czyli właściciele klubu, cierpliwie czekali do końca sezonu by ogłosić, że umowa z LvG zostanie przedwcześnie rozwiązana. O ironio stało się to chwilę po tym, jak zespół sięgnął po Puchar Anglii, co było niepodważalnym sukcesem.

No i w końcu nastał chyba najbardziej barwny okres ery postfergusonowskiej - przybycie Jose Mourinho, czyli kogoś, o kim śmiało można rzec, że jest prawdziwą trenerską gwiazdą. Po dość bolesnym rozstaniu z Chelsea kilka miesięcy wcześniej Portugalczyk chciał udowodnić, że ma jeszcze sporo do powiedzenia w Anglii - i faktycznie tak było.

Jak wiadomo nie zdołał on przywrócić ekipy z Manchesteru na mistrzowski tron - ale z perspektywy czasu wydaje się, że i tak zrobił wynik ponad stan. W pierwszym roku pracy dopisał do swojego konta przede wszystkim trofeum za wygranie Ligi Europy, a także Puchar Ligi Angielskiej i - jeśli poczytywać sobie za sukces warty odnotowania - Tarczę Wspólnoty. Jednocześnie później naprawdę niewiele mu zabrakło do triumfu w Premier League.

Co prawda w kampanii 16/17 "Czerwone Diabły" były w angielskiej ekstraklasie szóste, ale trzy puchary skutecznie przykryły ten niezbyt ciekawy wynik. Kolejny sezon to już jednak wicemistrzostwo kraju z 81 punktami na koncie. Tylko jedno powstrzymało MU przy takim wyniku od sięgnięcia po tytuł - jeszcze lepsi rywale zza miedzy, kosmiczny Manchester City, który uzbierał równo sto "oczek". Niemniej kibice nie mogli rozpaczać.

O Mourinho mawiało się jednak - słusznie lub nie - że zdarza mu się działać w trzysezonowym cyklu - ma swój sezon otwierający, sezon najlepszej gry oraz sezon upadku - w którym opuszczę drużynę, pozostawiając złą atmosferę po sobie. W przypadku United trochę tak było.

Pod koniec 2018 roku na Old Trafford nastał trudny do wytłumaczenia marazm, który charakteryzował się grą bez specjalnego pomysłu oraz gubieniem punktów z - powiedzmy szczerze - niezbyt wymagającymi rywalami, takimi jak Brighton czy Crystal Palace. United strzelali mało goli, nie górowali w tabeli, a w szatni miał trwać narastający bunt przeciwko "Mou".

Ostatecznie, po upokarzającej porażce 1-3 z Liverpoolem, Portugalczyk został pożegnany, a na jego miejsce - trochę na chybcika - wszedł Ole Gunnar Solskjaer, postać kochana w czerwonej części Manchesteru, ale jednocześnie jak dotychczas nie prowadząca tak dużego klubu. Nastał jednak cud.

Od Solskjaera do ten Haga

W pierwszym meczu pod rządami OGS-a, zresztą przeciwko ekipie, którą kiedyś trenował - Cardiff City - United zdemolowali przeciwnika 5-1 i sprawiali wrażenie, jakby ktoś nagle zdjął im z pleców kilkutonowy ciężar. Wydawało się, że odmiana w ich grze była czymś więcej, niż tradycyjnym efektem nowej miotły - i w ten sposób norweski menedżer najpierw wyratował jakoś podopiecznych przed kompletną sezonową klapą, a potem otrzymał zatrudnienie na stałe.

W pewnym sensie podążył drogą Mourinho - najpierw poprowadził "Czerwone Diabły" do trzeciego, a potem drugiego miejsca w lidze, nie zdobywając jednak po drodze ani jednego trofeum. Zespół popadł znów w miałkość i legendarny "Baby-Face Killer" został zwolniony w listopadzie 2021 r. Na krótko zastąpił go Michael Carrick, a potem w jego rolę wszedł Ralf Rangnick, który miał być "szkoleniowcem technicznym", od początku przymierzanym jedynie do dokończenia sezonu, wykazania błędów, a potem przejścia do roli konsultanta klubu (co faktycznie się nie wydarzyło).

Rangnick wbrew oczekiwaniom nawet odrobinę nie poprawił gry swoich podopiecznych - United wskoczyli w ostatniej chwili na miejsce premiowane awansem do Ligi Europy, ale to było na tyle, jeśli mowa o ostatnich sukcesach. Niemiec na konferencjach otwarcie mówił, że tu nie ma co poprawiać - trzeba wszystko zburzyć i postawić od nowa, a przede wszystkim wymienić ogrom zawodników. To jednak już miało być zadanie jego następcy.

W gronie kandydatów do tego miana było podobno cztery-pięć nazwisk. Mówiło się o Luisie Enrique, selekcjonerze reprezentacji Hiszpanii, Julenie Lopeteguim, czyli trenerze doskonale się prezentującej Sevilli, Mauricio Pochettino, znającym Anglię sterniku PSG czy... Thomasie Tuchelu, który po zawirowaniach związanych ze sprzedażą Chelsea przez Romana Abramowicza nie mógł być pewien swojej zawodowej przyszłości.

Ostatecznie jednak postawiono na postać, która była w zasadzie faworytem od początku - nowym menedżerem Manchesteru United został oficjalnie Erik ten Hag, dotychczas prowadzący Ajax Amsterdam. Jaki obraz zastał w zespole, patrząc z perspektywy niepełnej dekady?

Manchester United, czyli gigant, którego trzeba podnieść

To bez wątpienia wizerunek giganta na glinianych nogach, który nie jest w stanie nadążać obecnie za konkurencją. Ferguson swego czasu był znany z tego, że nawet z zupełnego przeciętniaka potrafił wycisnąć to, co najlepsze - jego następcy dokonywali czasem czegoś zupełnie odwrotnego, sprowadzając znane nazwiska i wrzucając graczy w ramy naprawdę nieciekawych występów.

W ten oto sposób ekipa z Old Trafford od blisko dekady nie odnotowała kolejnego mistrzostwa, a od pięciu lat nie dopisała do swojego konta - niech to wybrzmi wyraźnie - ani jednego trofeum, nawet Pucharu Ligi Angielskiej, który często traktuje się wręcz pogardliwie, określając go mianem "Mickey Mouse Cup". To jednak nie wszystko.

MU dalej ma wielkie ambicje - i to dlatego skłonne jest aż do przesady wydawać kolejne funty na rynku, nie "szczypiąc się" przesadnie z kosztami. Najdoskonalszym tego wyrazem jest transfer Harry’ego Maguire’a, który kosztował aż 80 mln funtów. W Leicester City co prawda prezentował się naprawdę dobrze, ale nie zmienia to faktu, że "Lisy" miały ogrom szczęścia, dostając taką fortunę za swojego stopera. Który zresztą - jak na razie - w Manchesterze nie sprawdza się zupełnie. Mało tego - wedle powracających niczym bumerang doniesień medialnych ma on być w centrum swoistego kryzysu przywódczego, bowiem sporo osób w klubie wolałoby, by opaska kapitańska znalazła się na ramieniu Cristiano Ronaldo, a nie Anglika - zresztą "CR7", nawet jeśli nie mówi tego głośno, to ze sporym prawdopodobieństwem uważa to samo.

Mamy więc 20-krotnych mistrzów Anglii, którzy ostatni raz zdobyli jakikolwiek puchar pięć lat temu za czasów Mourinho, którzy są w raczej dobrej kondycji finansowej, ale jednocześnie mają skłonności do mocnego szastania pieniędzmi. Mamy ekipę, która ma jeden wyraźny motor napędowy w postaci jednego z najwybitniejszych zawodników w dziejach, ale która ma też skład pełen piłkarzy, którzy od dawna - eufemistycznie rzecz ujmując - nie błyszczą i nie wyglądają na osoby, które są w stanie walczyć o mistrzostwo kraju, nie mówiąc już o triumfach w turniejach międzynarodowych.

W środku tego wszystkiego jest Erik ten Hag. Postać bez wątpienia ciekawa - i stojąca obecnie przed wielką szansą, by wybić się do absolutnej menedżerskiej "topki".

Magik z Amsterdamu. Erik ten Hag odmienił oblicze Ajaksu

Holender ma 52 lata i już od 20 lat działa w zawodzie trenera - początkowo zatrudnienie znalazł w ekipach młodzieżowych FC Twente, czyli zespołu w którym kończył karierę jako zawodnik. Rozkręcał się - jeśli można to tak ująć - powoli, przez większość ostatnich dwóch dekad trenując albo młodzieżówki i rezerwy, albo występując w roli asystenta. Pierwszą samodzielną pracę w pierwszej drużynie dostał w 2012 w Go Ahead Eagles, ale ta przygoda trwała krótko.

Wydaje się, że wszystko nabrało tempa w 2015 r., kiedy objął FC Utrecht - w pierwszym sezonie dotarł z drużyną do piątego miejsca w Eredivisie oraz finału Pucharu Holandii, w drugim utrzymał dobry kurs i zajął czwartą lokatę w ekstraklasie. Tym samym przyciągnął uwagę amsterdamskiego Ajaksu i wraz z przełomem 2017 i 2018 roku zastąpił na stanowisku Marcela Keizera.

W stolicy udowodnił, na co go tak naprawdę stać. W ciągu pięciu lat zgarnął dwa mistrzostwa, dwa puchary i jeden superpuchar, ale - co najważniejsze z perspektywy włodarzy Manchesteru United - stworzył na Johan Cryuff Arena wyśmienity kolektyw, który być może nie mógł równać się budżetowo z klubami z Anglii, Hiszpanii czy Włoch, ale potrafił wypromować świetnych zawodników.

Bez cienia wątpliwości "De Amsterdammers" z sezonu 2018/2019 byli jedną z największych rewelacji w dziejach Ligi Mistrzów - grali ciekawy, a przede wszystkim skuteczny futbol i dopiero w półfinale ulegli Tottenhamowi Hotspur, któremu awans zapewnił dosłownie w ostatnich sekundach drugiego meczu Lucas Moura, kompletując hat-tricka i odnotowując prawdopodobnie najwybitniejszy występ w karierze.

Trzon tamtego zespołu stanowili gracze, po których potem sięgnęły (lub niebawem sięgną) największe europejskie marki, a mowa tu m.in. o de Jongu, Ziyechu, van de Beeku, Neresie czy Mazraouim. Tymczasem na Old Trafford nikt by nie płakał, jeśli ten Hag stworzyłby w Manchesterze drugi Ajax. A - z przymrużeniem oka - można powiedzieć, że na to się trochę zapowiada.

Wygląda na to, że "Czerwone Diabły" pod wodzą nowego szkoleniowca obrały na cel co najmniej trzech aktualnych zawodników Ajaksu - obrońców Jurriena Timbera i Lisandro Martineza oraz skrzydłowego Antony’ego, przy czym holenderski klub raczej nie będzie chciał oddać całej trójki i trzeba będzie przede wszystkim dokonać wyboru między Timberem i Martinezem.

Antony z kolei ponoć ma być bardzo chętny do tego, by kontynuować swoją współpracę z ten Hagiem w Anglii - według brytyjskich mediów gracz został już przekonany przez trenera do przeprowadzki i teraz czeka jedynie na uzgodnienie sprawy pomiędzy klubami.

To jednak nie wszystko, bo z wypożyczenia do Evertonu do MU powrócił Donny van de Beek, który do niedawna był całkowicie pomijany przez Ole Gunnara Solskjaera przy ustalaniu wyjściowego składu, a teraz - jak się zdaje - będzie otrzymywać zdecydowanie więcej szans i być może nareszcie "odpali". No i na sam koniec najważniejszy z zawodników, w których ściągnięcie celują United - Frenkie de Jong.

O dwóch Holendrach, którzy mają zrobić show

Piłkarz ten w 2019 roku wylądował w FC Barcelona i miał nieco pecha, bo "Blaugrana" znalazła się później nieco na zakręcie swej historii - to dlatego też jak dotychczas gracz zdobył z tą drużyną jedynie Puchar Króla w roku 2021. Choć nawet w ostatnich miesiącach trener Xavi Hernandez często na niego stawiał, to wygląda na to, że stanie się "ofiarą" koncepcji klubu, w myśl której jego sprzedanie uwolni sporo budżetu na inne ruchy - m.in. sprowadzenie Roberta Lewandowskiego.

Tym samym de Jong, jeden z lepiej opłacanych futbolistów Barcelony, może przenieść się do United za 60-65 mln euro podstawy plus 20-25 mln euro zmiennych. Kwota jest naprawdę spora, ale skoro zarząd na nią przyzwala, to ten Hag zapewne nie widzi najmniejszych problemów, by skorzystać z okazji i znów mieć pod swoimi skrzydłami 25-letnią - a więc dalej całkiem młodą - dawną gwiazdę Ajaksu.

W przeddzień otwarcia letniego okienka transferowego "Czerwone Diabły" mają być najbliżej właśnie pozyskania de Jonga, wiele się mówi również o tym, że będą w stanie "podebrać" w ostatniej chwili Tyrella Malacię ekipie Olympique Lyon, która była już całkiem pewna wykupienia piłkarza z Feyenoordu. Holenderskie klimaty są więc cały czas bardzo mocne.

Tymczasem z grą na Old Trafford pożegnali się m.in. Cavani, Mata, Lingard, Pogba, Grant i Matić, a to z pewnością nie koniec. Przebudowa zaczyna iść pełną parą - a sam nowy menedżer rozpoczyna wprowadzanie pierwszych porządków, na wstępie mówiąc, że nie da sobie w kaszę dmuchać i nie pozwoli na sianie fermentu w szatni. Jako, że w ekipie nie ma już duetu, który był najczęściej ostatnio o to oskarżany - dwójki Lingard - Pogba - może być mu łatwiej.

Czy faktycznie Erikowi ten Hagowi uda się stworzyć drugi Amsterdam w Manchesterze? Jeśli to ma oznaczać powrót do zdobywania trofeów, to fani "Czerwonych Diabłów" z pewnością przyklasną nawet pomysłowi ściągnięcia i 20 futbolistów z Holandii. Na razie jednak wystarczy zaledwie kilka "rodzynków"...

Zobacz także: Gigant z Premier League blisko pozyskania gwiazdy Barcelony

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL