Reklama

Reklama

Finał Ligi Europy. Man Utd - Villarreal. Tomasz Kuszczak: Trzeba być szczęśliwym

Były bramkarz Manchesteru United Tomasz Kuszczak, uważa że najgorsze już za "Czerwonymi Diabłami". Finał Ligi Europy MU - Villarreal w środę, 26 maja o godz. 21.

Maciej Słomiński, Interia: Od kiedy odszedł Sir Alex Ferguson w 2013 r. Manchester United pozostaje bez mistrzostwa Anglii. Od tamtego czasu największy rywal United, Liverpool, po 30 latach wygrał Premier League oraz Ligę Mistrzów. Sąsiedzi z Man City triumfowali w lidze aż cztery razy, a zaraz zagrają w finale Champions League. Jak się czuje były piłkarz i jednocześnie kibic United w ostatnich latach?

Tomasz Kuszczak, były bramkarz Manchesteru United i reprezentacji Polski: - Niewielu jest trenerów na świecie, którzy są w stanie utrzymać zespół na topie przez dekadę, a Ferguson robił to przez niemal trzy. Kryzys po odejściu "Fergiego" był rzeczą naturalną. Raz na wozie, raz pod wozem - w życiu i w futbolu. Nie był to oczywiście przyjemny widok, gdy United grali w środku tabeli. Ferguson przyzwyczaił kibiców do dobrego. Nagle z zespołu, który leje wszystkich jak leci, stał się drużyną, której nikt się nie obawia. Gdy ja w latach 2006-12 byłem na Old Trafford, panowaliśmy w Anglii (4 x mistrzostwo, 2 x wicemistrzostwo), liczyliśmy się w Europie - wygrana w Lidze Mistrzów w 2008 r. Żeby nie było tak pesymistycznie - uważam, że najtrudniejsze już za nami.

Reklama

Obecny trener United Ole Gunnar Solskjaer to właściwy człowiek na właściwym miejscu?

- Tak. Solskjaer dostał kredyt zaufania, który spłaca. United wrócił do filozofii, która dała mu największe sukcesy w historii. Postawił na trenera, który nie tylko rozumie jego filozofię gry, ale również jest z klubem związany, oddycha nim i zna środowisko, a jednocześnie jest głodny sukcesu. Jestem na bieżąco ze sprawami United, w mojej ocenie obecna drużyna jest w ostatnim pięcioleciu najbardziej stabilna i pewna swoich umiejętności. Dużo dobrych meczów w bieżących rozgrywkach, wśród nich prestiżowa wygrana z City. Marka United jest systematycznie odbudowywana. Stemplem na tym sezonie jest finał Ligi Europy z Villareal. Świetnie się złożyło, że zostanie rozegrany w Gdańsku, gdzie teraz żyję.

Przeprowadził się pan tu specjalnie, żeby zobaczyć Man Utd w finale? 

- Tak to może wyglądać (śmiech). Finał Ligi Europy miał się odbyć w Gdańsku już rok temu, namawiano mnie, żeby wówczas zarezerwować lożę na stadionie. United odpadł w półfinale, a finałowy turniej przeniesiono do Niemiec. Co się odwlecze... Nie wynająłem loży na środowe spotkanie, będę jednak na meczu, w dniu finału będę pracował dla TVP Sport.

Sześć lat w jednym z największych klubów świata, jednak nie zdołał pan na stałe wywalczyć bluzy z numerem "1". Grać może tylko jeden bramkarz i przeważnie był nim Holender Edwin van der Sar.

- Na pewno miałem papiery, żeby zostać "jedynką". Gdyby było inaczej, Ferguson nigdy by mnie na Old Trafford nie ściągnął. Sir Alex wyszukiwał zawodników, którzy byli już na pewnym, dobrym poziomie, ale ich potencjał pozwalał liczyć, że wejdą jeszcze wyżej i staną się wielcy. Trafiłem do Man Utd z West Bromwich Albion, zespołu który spadał z Premier League. Duży przeskok i spełnienie marzeń. Od małego byłem kibicem United, inspirowałem się Peterem Schmeichelem. Sportowo byłem bardzo głodny i cel miałem tylko jeden. Wejść do bramki i już jej nie opuścić. Niestety, trafiłem na erę znakomitego rywala, Edwina van der Sara. Po czasie myślę, że nie miałem szans w tej konkurencji. Zespół grał wyśmienicie, Holender nie popełniał błędów. Van der Sar był 11 lat starszy ode mnie, miał przewagę doświadczenia. To bardzo mądry człowiek, co pokazuje jego droga po karierze. Świetny bramkarz, może nawet trochę niedoceniany.

Trudno przypomnieć sobie jakiegoś poważnego "klopsa" w wykonaniu van der Sara.

- Były błędy, nie ma bramkarza, który ich nie popełnia. W przekroju sezonu van der Sar prezentował jednak bardzo stabilną formę. Na miejscu trenera dokonałbym takiego samego wyboru. Nie przebiłem się w United, ale jestem w doborowym towarzystwie. Proszę spojrzeć, ilu piłkarzy nie przekonało Sir Alexa. Paul Pogba, Gerard Pique, Giuseppe Rossi siedzieli na ławce, bo byli Paul Scholes, Michael Carrick, Nemanja Vidic, Rio Ferdinand. Zarzucano mi, że nie odchodzę z United ze względu na finanse. A mnie tam po prostu było dobrze. Trafiając do Man Utd spełniłem swoje dziecięce marzenie.

Były oferty z innych klubów?

- Tak, była oferta z Leeds, z Middlesbrough, ale wybrałem tak, nie inaczej. Moje serce było w United, odchodziłem w dobrej relacji z klubem, mam ją do dzisiaj. Ostatnio wysłałem klubowemu sztabowi zdjęcia z Gdańska, gdzie na ulicy były flagi: "Poland welcomes Manchester United". Czego chcieć więcej? Wciąż czuję ten klub i nie zamieniłbym żadnego z moich wyborów na inny. Mogłem mieć 200 meczów w Premier League w innym klubie, w konsekwencji więcej meczów w kadrze. Nie ukrywajmy, to, że byłem numerem "2"  w klubie miało wpływ na moją pozycję w kadrze.

Czy to, że pana ojciec był wojskowym miało wpływ na karierę piłkarską? Czy przez to było trudniej pogodzić się z siedzeniem na ławce rezerwowych?

- Nie zastanawiałem się nad tym. Ojciec poświęcił życie polskiej armii, był człowiekiem który służył ojczyźnie na różnych stanowiskach, w różnych miejscach kraju i świata. Rodzice przygotowują grunt, a potem sami idziemy w świat. Pochodzę z rodziny bardzo ciepłej, byliśmy z bratem dla naszych rodziców najważniejsi. Staram się to przekazać moim dwóm córkom, chcę im dać poczucie bezpieczeństwa. Nasze życie w Anglii było poukładane, fajni znajomi, fajna szkoła, jednak zdecydowaliśmy się na przyjazd do Polski. Nie wyobrażałem sobie, żebyśmy nie byli razem.

Wspomniał pan o dzieciach i rodzinie. Jest taka angielska bajka "Bob the Builder", pan teraz jest "Tom the Builder" - Tomek Budowniczy.

- Strzał w dziesiątkę, tak właśnie nazywają mnie dzieci.

Jak wygląda pana piłkarskie życie po życiu? W czasie kariery piłkarze mają wszystko podsunięte pod nos, spora kasa wpływa na konto. Problemy często pojawiają się po zakończeniu grania. 

- Ogarniam się - tak bym nazwał uczucie, które mi obecnie towarzyszy. Faktycznie, sportowcy mają wszystko podsunięte pod nos - i tak powinno być. Na najwyższym poziomie nie można się rozpraszać. Każdy z nas powinien się jak najlepiej skoncentrować na tym co robi, nie tylko piłkarz. Po 25 latach bronienia bramki miałem ochotę zrobić coś innego. Nigdy nie bałem się wyzwań. Są wzloty i upadki, za każdym razem się podnoszę. Walczę. Jest takie powiedzenie - "dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą". Przez karierę piłkarską zgromadziłem trochę kapitału, w czasie jej trwania byłem bardzo ostrożny z wydatkami. Próbuję sił w branży budowlanej. Nie powiedziałbym jednak, że jestem jakimś megadeweloperem.

Bob Budowniczy wiecznie budował, rzadko kończył. Jak jest z Tomem?

- Już prawie kończę, powiedzmy, że wykańczam (śmiech). Codziennie się uczę. To jest niesamowite, że mówimy o Manchesterze United, a za godzinę będę rozmawiał z podwykonawcami zupełnie o czymś innym, jakiego materiału użyć itd. W każdej sytuacji jestem naturalny, szanuję ludzi z którymi pracuję, oczekuję tego samego. Jest to na pewno nowy rozdział. Nie porzuciłem piłki zupełnie, udzielam się medialnie. Podczas Euro będę występował w studio TVP Sport, komentuję dla stacji angielskich i azjatyckich. Robię różne rzeczy, czasem brakuje czasu, ale tak właśnie lubię. Mieć co robić, mieć zapełniony dzień. Wczoraj wyszedłem z domu o 7, wróciłem  o 18, od razu wsiadłem na rower, zrobiłem 30 kilometrów. Wróciłem o 21.30, coś poczytałem i dzisiaj to samo na nowo. Adrenalina nie jest mniejsza niż za czasów piłkarskich. Zmienił się tylko sposób jej "wypalania". Trzeba być szczęśliwym. Trzeba codziennie rano wstawać do roboty, cieszyć się z tego, co mamy. Cieszę się, że robię coś nowego, że wróciłem do Polski, w dodatku do tak pięknego miejsca jakim jest Trójmiasto.

Dlaczego przeprowadził się pan właśnie tutaj? W ojczyźnie futbolu po Man Utd był pan w Brighton, które jak Trójmiasto leży nad morzem. Czy wtedy pierwszy raz przeszła przez głowę myśl o zamieszkaniu w przyszłości niedaleko plaży?

- Naciągana teza. W swoich wyborach piłkarskich nie kierowałem się lokalizacją. Z dzisiejszej perspektywy pójście do Brighton and Hove Albion nie było najlepszą decyzją. W drodze na podpisanie kontraktu zadzwonił do mnie menedżer Hull City, Steve Bruce, który wywodzi się z Man Utd, ma ten gen z Old Trafford. Namawiał mnie na przyjście i walkę o awans w barwach "Tygrysów". Dałem słowo i uścisnąłem rękę menedżerowi Brighton, którym był Gus Poyet. Dogadałem się z właścicielem "Mew", Tonym Bloomem, dla mnie słowo droższe pieniędzy. Nie mogłem się wycofać.

W przededniu Euro 2020 selekcjoner Paulo Sousa zapowiedział, że jego numerem jeden będzie Wojciech Szczęsny. To dobra decyzja? Czy jednak nie powinien odbierać nadziei Łukaszowi Fabiańskiemu, który jest doskonałym bramkarzem? W United hierarchia była z góry ustalona.

- Nie można porównywać klubu do reprezentacji. Mnie rywalizacja dawała satysfakcję i motywowała do ciężkiej pracy. Wolałbym, żeby sprawa była otwarta. Mamy bramkarzy na bardzo wysokim, wyrównanym poziomie. Nie powiedziałbym, że West Ham, w którym gra Fabiański, jest słabszy od Juventusu, gdzie broni Szczęsny. Liga angielska to najlepsze rozgrywki na świecie, liga absolutnie wyjątkowa, niesłychanie wymagająca. Pierwsza dziesiątka Premier League to absolutny top światowy. Brak przerwy zimowej, presja i konkurencja są poza zasięgiem innych lig. Ja bym rywalizacji nie zamykał. Przez lata konkurencja pomagała Wojtkowi i Łukaszowi. Szanuję decyzję trenera, jestem już tylko kibicem, natomiast mnie akurat rywalizacja napędzała.

Jesteśmy tuż po zakończeniu sezonu Ekstraklasy. Artur Boruc, który jest od pana dwa lata starszy, spokojnie dał w niej radę. Nie było pokusy, by po powrocie z Anglii stanąć jeszcze na rok czy dwa do "klatki"?

- Końcówka pobytu w Birmingham City wykończyła piłkarsko. W półtora roku mieliśmy sześciu menedżerów, wśród nich m.in. Gianfranco Zola i Harry Redknapp. Każdy przychodził z inną filozofią, właściciele nie do końca wiedzieli, czego chcą. Po dwóch dobrych latach przedłużyłem kontrakt o kolejne dwa sezony, dwa tygodnie później klub kupił kolejnego bramkarza na pozycję numer "1". Gdybym wiedział, co się stanie, podjąłbym inną decyzję. Wracając do Polski miałem propozycje z dwóch klubów, jednak oddalonych od domu i rodziny. Do tego doszedł aspekt zdrowotny, stąd podjąłem decyzję o zakończeniu grania. Jeśli podpisałbym umowę z polskim klubem, chciałbym dać 100 proc., a nie narazić się na zarzuty, że kogoś naciągam.

Naprzeciw mnie siedzi godny rywal. Skończył pan studia dziennikarskie. Chodziło o papier?

- Gdybym nie miał papieru i tak byśmy się spotkali (śmiech). To było swego rodzaju wyzwanie. Gdy coś sobie postanowię, za wszelką cenę do tego dążę. Ciężko jest pogodzić zawodową piłkę ze studiami wyższymi na takich kierunkach jak prawo, medycyna, politechnika czy nawet dziennikarstwo. Edukacja nie była sprawą oczywistą, to długo była moja pięta Achillesowa. Matura gdzie indziej, studia gdzie indziej, egzaminy gdzieś na drugim końcu Europy na zmęczeniu. Udało się, jest satysfakcja. Nikomu nic nie chciałem tym udowadniać, poza sobą. Mam jeszcze plan, żeby zrobić coś dodatkowo w kierunku wykształcenia.

Pana dorobek w kadrze to ledwie 11 meczów. Chciałem zapytać o ten nieszczęsny mecz z Kolumbią. Był nawet taki kawał - wraca bramkarz Kolumbii do domu i krzyczy do żony: "kochanie wygraliśmy!". Ona na to: "no co ty gadasz, jeszcze pewnie bramkę strzeliłeś."

- Dobre. Kto wysoko mierzy, spadając może się potłuc. Bramkarz jest jak saper, zdarzają się kuriozalne bramki. Byłem wtedy na świeczniku, świeżo po przejściu do Manchesteru United, pełen stadion w Chorzowie, ostatni sparing przed wyjazdem na mundial, oczy całego narodu skierowane na nas. A ta bramka? Kolejne wyzwanie. Głupi błąd. Cierpiałem przez to, że przegraliśmy mecz i że poważnie zmniejszyłem swoje szanse na występy na mistrzostwach świata. Wystąpił Artur Boruc i zagrał świetnie.

Gdyby w szatni nie czekał Paweł Janas, a Sir Alex Fergsuon, zostałaby włączona słynna  "suszarka".

- Czytałem niedawno wywiad z Paulem Scholesem, w którym mówił jak "Fergie" włączył mu "suszarkę", gdy Scholes zagrał piętą i przez to United przegrał bodajże 3-4 z Newcastle po golu Alana Shearera. Sir Alex po meczu w szatni powiedział, że Scholes więcej u niego nie zagra. Mnóstwo takich historii, każdy z nas ma podobną. Mnie się trafiła po meczu z West Hamem w Pucharze Anglii, przegraliśmy 0-3. Ferguson objechał mnie z góry na dół i z powrotem. Mnie poniosło i rzuciłem koszulkę w kąt szatni. Wiele przykrych słów padło. Na drugi dzień przeprosiny i jedziemy dalej.

Dotknęliśmy wątku dziennikarskiego. Rozmawiamy w rocznicę finału Ligi Mistrzów w Moskwie, czy w Anglii byłaby możliwość rozmowy z jednym z bohaterów tego finału? Z Rio Ferdinandem czy choćby Wesem Brownem?

- Anglia pod tym względem jest specyficzna, a może to ja jestem specyficzny? Nigdy nie mam i nie miałem problemu, żeby spotkać się i pomówić o starych czasach i tych nowszych też. Piłkarze na Wyspach nie rozmawiają z dziennikarzami, bez obecności oficera prasowego. Zbyt dużo było afer, gdy wypowiedzi zawodników zostały przeinaczone. Były nieporozumienia, z których powstawały skandale. Zresztą z reprezentantami Polski też coraz trudniej się umówić na wywiad, z tego co wiem.  

Trochę bałem się pytania o mecz z Kolumbią, gdy przypomniałem sobie, że jest pan fanem boksu i sztuk walki. Na wszelki wypadek trzymałem gardę.

- Spokojnie, mam dystans do siebie. Lubię boks, mam przyjaciół, którzy organizują gale sportów walki, jeden z nich utworzył niedawno federację - EFM. Lubię rywalizację, podziwiam odwagę bokserów, którzy wchodzą do ringu. Nie wzięło się to znikąd. Mój brat jest rok starszy, od zawsze walczyliśmy na pięści między sobą. Jedynki wciąż mamy naturalne, więc chyba nie było aż tak ostro (śmiech).

Zobacz Interia Sport w nowej odsłonie

Sprawdź!

Maciej Słomiński



Wasze komentarze
No hate

Wyrażaj emocje pomagając!

Grupa Interia.pl przeciwstawia się niestosownym i nasyconym nienawiścią komentarzom. Nie zgadzamy się także na szerzenie dezinformacji.

Zachęcamy natomiast do dzielenia się dobrem i wspierania akcji „Fundacja Polsat Dzieciom Ukrainy” na rzecz najmłodszych dotkniętych tragedią wojny. Prosimy o przelewy z dopiskiem „Dzieciom Ukrainy” na konto: ().

Możliwe są również płatności online i przekazywanie wsparcia materialnego. Więcej informacji na stronie: Fundacja Polsat Dzieciom Ukrainy.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL