Reklama

Reklama

Jacek Czech i ciężki los polskiego paraolimpijczyka

- Zostałem reprezentantem Polski, bo pływanie jest moją pasją, całkowicie się jej poświęciłem i ciężko zapracowałem na swoje wyniki. Przez te lata wiele razy powinienem był z tego zrezygnować i przestać reprezentować nasz kraj - mówi Jacek Czech, paraolimpijczyk z Londynu i multimedalista mistrzostw świata i Europy.

INTERIA.PL: Przed paroma tygodniami w Montrealu zdobył pan brązowy medal mistrzostw świata. Porównał pan ten sukces z wyjściem na Mount Everest. To był najtrudniejszy start w pańskiej karierze?

Reklama

Jacek Czech: Ciężko było. Źle zniosłem podróż, pierwszy start mi nie wyszedł, bo nie byłem odpowiednio rozgrzany, a przed drugim, w którym zdobyłem medal, długo nie mogłem zasnąć, musiałem sięgnąć po środki przeciwbólowe.

Dlaczego?

- Podczas długiego lotu nabawiłem się odparzeń. Rany były bolesne, zwłaszcza dla pływaka to spory dyskomfort. Ciężko było mi się skupić na zawodach, doszło osłabienie organizmu. To były dla mnie pierwsze zawody poza Europą, miałem też problemy z aklimatyzacją. Wiele mnie te zawody kosztowały, walczyłem nie z przeciwnikami, ale z własnym organizmem. Cieszę się, bo pokazałem, że mam charakter i pływam coraz szybciej. To budujące.

Ten medal ma dla pana szczególne znaczenie?

- Najwięcej mnie kosztował ze wszystkich. Został okupiony bólem, wysiłkiem i potem. Będę pamiętał te mistrzostwa do końca życia. Na szczęście cały trud się opłacił, a problemy jakie miałem nie przełożyły się na wynik sportowy. Satysfakcja jest olbrzymia, a medal piękny.

- Sezon 2012/2013 był najlepszy w mojej karierze. Ustanowiłem dwa rekordy Polski, byłem bardzo wysoko w rankingach światowych, wreszcie poprawiłem swój wynik w porównaniu z paraolimpiadą w Londynie o siedem sekund na 100 metrów stylem dowolnym i o trzy sekundy na połowę krótszym dystansie. To sporo. Cieszę się, że mimo podeszłego, jak na sportowca, wieku, w końcu mam już 37 lat, osiągam coraz lepsze wyniki i poprawiam wyniki życiowe.

Wspomniał pan Londyn. Pamiętam protesty pod adresem TVP za brak transmisji z igrzysk paraolimpijskich. Czuję się pan, jako paraolimpijczyk, że jesteście traktowani po macoszemu w kraju?

- Jest jakaś dziwna zmowa, niektórych tematów się w Polsce nie prezentuje. Zostaliśmy pominięci i niedocenieni przez TVP, ale byliśmy za to rozchwytywani przez media z innych krajów. Udzielaliśmy wywiadów na cały świat, także mediom polonijnym. Widać taka jest polityka TVP, pewnie to się nie zmieni. Nie ma odpowiednich zapisów dotyczących transmisji igrzysk paraolimpijskich w mediach publicznych, nasi działacze też o nas nie walczą. Pozostaje pytanie, czy społeczeństwo opłacające abonament jest zadowolone z tego, na realizację jakich programów idą te środki.

W Londynie dwukrotnie był pan piąty i raz czwarty. Najtrudniejszy bój stoczył pan jednak przed rozpoczęciem zawodów...

- Zgadza się. Poruszam się na wózku inwalidzkim. Jestem osobą wymagającą pomocy opiekuna, a nie chciano mi go zapewnić i usunięto z oficjalnej delegacji mojego brata, chociaż zrobiłem wszystko, żeby mieć szansę na medal i godnie reprezentować nasz kraj w Londynie. Z własnej kieszeni musiałem zapłacić za przelot, zakwaterowanie i odzież brata.

A co z przepustką na pływalnie?

- Po wpłaceniu odpowiedniej kwoty brat stał się członkiem kadry olimpijskiej jako osoba towarzysząca.

Za to też musiał pan zapłacić?

- Tak. Już nic w tym kraju nie jest w stanie mnie zdziwić. Zostałem reprezentantem Polski, bo pływanie jest moją pasją, całkowicie się jej poświęciłem i ciężko zapracowałem na swoje wyniki. Przez te lata wiele razy powinienem był z tego zrezygnować i przestać reprezentować nasz kraj. Doznałem wielu nieprzyjemności, takiej jak ta związana z wylotem brata do Londynu.

Przed podróżą do Londynu mówił pan, że paraolimpiada jest szansą na lepsze życie. Podtrzymuje pan te słowa po tym, czego doświadczył?

- Oczywiście! Sportowcy, którzy startują na igrzyskach, zarówno zdrowi jak i niepełnosprawni, to elita. Cieszy nas to, że walczymy, zdobywamy medale, poprawiamy rekordy życiowe. Nasze występy przynoszą też prestiż krajowi, jesteśmy doceniani. Może nie przez władze, nie przez rząd i działaczy, ale przez zwykłych ludzi. To jest najważniejsze. Wiemy że kibice są z nami, wspierają nas i dopingują. Są też nieliczni sponsorzy. Pokazujemy, że osoby niepełnosprawne są warte ich uwagi, wystarczy tylko dobrze zainwestować w takich ludzi jak ja i są wyniki.

Paraolimpijczykom pewnie trudno o sponsorów...

- To zamknięty krąg. Potencjalni partnerzy patrzą na wyniki, na oglądalność. Nie oszukujmy się - jesteśmy produktem, tak to dzisiaj wygląda w sporcie. Niestety przegrywamy walkę o popularność w mediach, nie dostrzega się nas jako sportowców. Jesteśmy mile witani jak przywozimy medale, a potem się o nas zapomina. Zupełnie inaczej jest z tym na świecie. Sportowiec jest jeden, jego wysiłek i sukces godny jest pokazania - bez względu na niepełnosprawność.

Pan ma ten komfort i może się skupić wyłącznie na treningach?

- Brakuje czasu, żeby połączyć pracę na pełny etat z codziennymi treningami, ale nie wymiguję się od pracy. Dorabiam sobie, ale głównym moim zajęciem jest pływanie. Wspiera mnie finansowo rodzina, sponsorzy i dobrzy ludzie. Po powrocie z Londynu zostałem ambasadorem województwa podkarpackiego. Mam doskonałe warunki treningowe na basenie Warszawianki, pomaga mi również ekipa z Carolina Medical Center - Darek Straszewski, Natalia Mrozińska, Tomek Markiewicz, dr Robert Śmigielski i psycholog Monika Gwiazdowska. Bez nich nie miałbym szans. Wspaniale przygotowują mi program treningowy, mam też osobistego dietetyka i są dzięki temu świetne wyniki.

Niepełnosprawni mogą w Polsce żyć z wyłącznie uprawiania sportu?

- Są osoby, które otrzymują rentę paraolimpijską, są stypendyści. Ale to jest garstka wśród ogółu niepełnosprawnych sportowców. Oddajemy zdrowie dla kraju a potem zostajemy zapomniani. Stąd sportowcy mają problemy z samym sobą, nie potrafią się odnaleźć w rzeczywistości. Są nikim, nie są nikomu potrzebni po zakończeniu kariery. Poza tym brakuje łatwego dostępu do obiektów treningowych, pieniędzy, zaangażowania działaczy. To odstrasza od uprawiania sportu osoby niepełnosprawne. Jeżeli reprezentant Polski musi o wszystko troszczyć się sam, to przecież jest to jakaś paranoja!

Jak to wygląda w innych krajach?

- Dobre warunki do uprawiania sportu wynikają z tego, jak społeczeństwo odbiera sportowców, jakie idą na to środki z budżetu państwa. Są kraje w których, bez względu na to, czy są sprawni czy nie, sportowcy mają dobre warunki. Rozmawiam z reprezentantami z całego świata, bardzo dobrą opiekę mają oczywiście Anglicy, Amerykanie czy Australijczycy, ale też Rosjanie, Ukraińcy i Chińczycy. Sportowiec może skoncentrować się na wynikach i trenowaniu. Na świecie trener lub działacz mówi: "Pozwól nam, a my z robimy z ciebie mistrza", w Polsce jest wołanie zawodnika: "Pozwólcie mi zostać mistrzem, nie przeszkadzajcie."

U nas zawsze są wielkie oczekiwania, pompowanie balonika, a potem rozczarowanie. O zapleczu organizacyjno-finansowym i braku odpowiedniego szkolenia równie głośno się nie mówi.

- I potem naród blisko 40-milionowy przegrywa w wielu dyscyplinach z dziesięć razy mniejszym. To pokazuje poziom organizacji sportu w naszym kraju, co ma swoje przełożenie również w innych dziedzinach życia. Tymczasem dzisiejszy sport jest jak wyścig w kosmos. Padają ciągle rekordy świata, idą za tym olbrzymie pieniądze. Przypadek, łut szczęścia odgrywają coraz mniejszą rolę. Będzie coraz mniej przypadkowych sukcesów, widać jak oddala nam się czołówka w wielu dyscyplinach. Oprócz rodzynków jak Justyna Kowalczyk, czy przed laty Adam Małysz, jest ciężko. Medale dalej zdobywamy, ale powinny być bardziej szanowane i nagradzane.

Medale mistrzostw świata i Europy, wysokie lokaty na igrzyskach paraolimpijskich w Londynie. Pana przykład pokazuje, że da się odnosić sukcesy w tych warunkach.

- Dziękuję. Wytrwałość, determinacja i optymalne warunki treningowe pozwalają mi osiągać takie rezultaty, ale wynika to z indywidualnej ścieżki treningowej i pomocy sponsorów. Codzienność sportowca niepełnosprawnego jest ciężka, na tak wysoką formę pracuje się trenując po sześć godzin dziennie, a wyniki nieraz są po kilku latach. Mimo to mam wielką satysfakcję, że w wieku 37 lat dalej się rozwijam i poprawiam swoje rezultaty. Większość pływaków kończy karierę znacznie wcześniej.

Od dawna pan pływa?

- Zacząłem w podstawówce, nawet wypadek nie zniechęcił mnie do pływania. Wyczynowo pływam od ośmiu lat.

Jak doszło do wypadku?

- Miałem 18 lat. To był nieszczęśliwy skok na główkę. Miłość do sportu, do wody została. Zawsze starałem się być aktywny fizycznie. Po wypadku pływanie było formą rehabilitacji, wzmocnieniem organizmu, ale miałem dobre wyniki i zacząłem podchodzić do tego profesjonalnie. Jest nie tylko codzienną ciężką pracą, ale i wyzwaniem. Trenuję całymi dniami żeby mieć jak najlepsze wyniki. Lubię tą sportową walkę, realizuję się w życiu dzięki temu i udowadniam że chcieć to móc, bo przecież ograniczenia są tylko w naszej głowie.

Rozmawiał: Dariusz Jaroń

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama