Reklama

Reklama

W hokejowej ekstraklasie zawrzało po uchwale zarządu

Najczęściej komentowanym wydarzeniem ostatniej kolejki w Polskiej Hokej Lidze nie był wynik żadnego meczu, tylko kolejny popis działaczy z centrali. Dokładne przepisy w sprawie obowiązkowej gry w co najmniej połowie meczów polskich bramkarzy zostały ogłoszone dopiero przed 10. kolejką ekstraklasy.

Komunikat zarządu PHL-u Nr 3/PHL/2015 doprecyzował, że bramkarz z polskim obywatelstwem przed play-offem musi rozegrać co najmniej 1260 minut (połowa z 42 60-minutowych meczów), a za pierwsze niespełnienie tego wymogu klubowi grozi kara 5 tys. zł. Drugie wykroczenie to kolejne 5 tys. zł grzywny i walkower.

Reklama

- Związek podjął decyzję w sprawie obowiązkowej gry polskich bramkarzy podjął w lutym, a dopiero teraz przysłał do klubów dokładne przepisy w tej sprawie. Czy to normalne? - pytał retorycznie trener Unii Oświęcim Josef Dobosz.

- Co będzie, jeśli Fikrt rozegra blisko połowę minut, a nasz podstawowy polski bramkarz Przemek Witek dozna kontuzji, to co zrobimy? Wstawimy juniora i w każdym meczu będziemy tracili po 19 goli?! - mówił wyraźnie oburzony Dobosz.

- Nie Josef, zapłacisz pięć tysięcy kary i będziesz grał Fikrtem - próbował uspokoić kolegę po fachu Rudolf Rohaczek z Comarch/Cracovii, ale i jemu nie było do śmiechu.

- Wyjaśnienie przepisu w sprawie bramkarzy przyszło na dziesiątą kolejkę ligi, to jest naprawdę śmieszne, ale nie pytajcie o to nas, uderzajcie do PZHL-u, to jest właściwy adresat tych pytań - mówił dziennikarzom Rohaczek.

- Co to jest pierwszy przypadek złamania przepisu, czym on się objawi - kontynuował Dobosz?

- Najgorsze jest  to, że z imienia i nazwiska nie jest znana osoba, która będzie liczyła te minuty polskich bramkarzy - dodał trener "Pasów", choć on akurat jest w komfortowej sytuacji. Dysponuje trójką dobrych polskich golkiperów: Rafałem Radziszewskim, Robertem Kowalówką i Michaelem Łubą.

Idea wprowadzenia regulacji była szczytna. Rok temu pretendujących do występów w reprezentacji Polaków w lidze grało tylko dwóch: Przemysław Odrobny (wówczas JKH GKS Jastrzębie-Zdrój) i Radziszewski. Ondrzej Raszka czekał na polski paszport, a Kamil Kosowski od października do stycznia nie miał klubu, gdy stracił zatrudnienie w Żylinie. Taka sytuacja, w perspektywie MŚ Dywizji IA była fatalna dla selekcjonera Jacka Płachty.

Teraz broniących rodaków nie brakuje, również dzięki przepisowi - np. w GKS-ie Tychy regularnie gra Kosowski, choć z zespołem mistrzostwo Polski wywalczył Czech Stefan Żigardy.

Z przepisami regulującymi szefostwo PHL pospieszyło się tak, jak z ogłoszeniem ostatecznego terminarza i składu ligi, co nastąpiło na 10 dni przed pierwszą kolejką.

Michał Białoński

Dowiedz się więcej na temat: Polska Hokej Liga | pzhl | Rudolf Rohaczek | Ondrzej Raszka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama