Reklama

Reklama

Polski hokej w kryzysie. PZHL dzieli kluby na równe i równiejsze?

Początek nowego roku przyniósł koniec lokautu w Polskiej Hokej Lidze i nadzieję na to, że ta piękna dyscyplina w naszym kraju zacznie odbijać się od dna. Minęły dwa tygodnie, a działania Polskiego Związku Hokeja na Lodzie świadczą, że o normalności nie mamy co marzyć.

Obietnice bez pokrycia i dyktatorskie rządy prezesa PZHL Piotra Hałasika wywołały opór zdecydowanej większości klubów ekstraligi. Wojna osiągnęła apogeum na początku grudnia, gdy kluby, zarzucając prezesowi traktowanie polskiego hokeja jak prywatnego folwarku, ogłosiły lokaut. Po mediacji ministra sportu, 2 stycznia osiągnięto kompromis i wznowiono rozgrywki. Ostatnie wydarzenia pokazują jednak, że związek nie rezygnuje z "uzdrawiania" polskiego hokeja na swój sposób.

Reklama

Podczas piątkowego meczu HC GKS Katowice z Aksam Unią Oświęcim Tobiasz Bernat stoczył pojedynek na pięści z Ladislavem Gabriszem, za co na obu nałożono kary meczu. Bernat gra w zespole z Katowic od początku stycznia, choć klub obłożony został zakazem transferowym. Wydział Gier i Dyscypliny PZHL kierowany przez Bogdana Terleckiego nie zezwalał na potwierdzenie hokeisty do gry już kilka miesięcy temu z powodu zaległości finansowych katowickiego klubu wobec zawodnika Jarosława Dołęgi oraz związku (opłata 30 tys. zł za brak zespołu w Centralnej Lidze Juniorów).

WGiD pozytywnie rozpatrzył zażalenie Dołęgi na HC GKS i zgodnie z przepisami rozwiązał jego kontrakt z klubem. Co więc zmieniło się od tamtego czasu? - Nie otrzymałem żadnych zaległych pieniędzy i nie kontaktował się ze mną nikt z klubu z Katowic - powiedział Jarosław Dołęga.

Jego sprawa nie drgnęła, zmieniły się za to porządki w PZHL. Wyroki WGiD były nie po myśli prezesa Piotra Hałasika, także te nakładające walkowery na HC GKS Katowice za grę nieuprawnionych zawodników - Pawła Kostromitina i Roberta Mikesza. Katowiczanie mieli stracić 15 punktów, ale tak się nie stało, bo szef związku rozwiązał WGiD. Usunął niewygodnego Terleckiego, który bronił autonomiczności wydziału. Kilka dni później PZHL ogłosił zmiany w strukturze polegające na rozdzieleniu spraw związanych z rozgrywkami i kwestii dyscyplinarnych. Miał to być kolejny krok w drodze do profesjonalizacji związku. Szybko okazało się, jak wygląda ona w praktyce.

Krótko po zwolnieniu Terleckiego (o roli, jaką odegrali w tym działacze HC GKS Katowice pisaliśmy w tekście: Chocholi taniec prezesa PZHL-u), związek potwierdził nowego zawodnika do gry w katowickim klubie.

PZHL nie postąpił tak za to w przypadku trzech hokeistów MMKS Podhala Nowy Targ: Andrieja Gawriłowa, Timura Barajewa i Alaksandra Dziehciaroua, chociaż nowotarski klub złożył wszystkie dokumenty, a Międzynarodowa Federacja Hokeja na Lodzie przysłała potwierdzenie. Wynika więc z tego, że dla centrali są obecnie równi i równiejsi.

- Załatwiliśmy wszystkie formalności i nasi nowi zawodnicy wsiedli do autobusu, którym drużyna pojechała na mecz z GKS-em Tychy. Tymczasem otrzymaliśmy informację od sekretarza generalnego, że nie mamy zgody WGiD - relacjonowała tuż przed wtorkowym meczem prezes MMKS Podhala Nowy Targ Agata Michalska. - Nie chcę się wypowiadać, co o tym sądzę na ten temat, bo emocje są wielkie. Zamiast skupić się na sprawach czysto sportowych, znów mamy sytuację, która rozpala negatywne emocje.

Zarówno w sprawie zakazu transferowego ciążącego na katowickim klubie, jak i niezrozumiałej decyzji, czy też jej braku, co do nowych hokeistów Podhala, wielokrotnie próbowaliśmy się skontaktować z sekretarzem generalnym PZHL Krzysztofem Zawadzkim. Nie chciał rozmawiać w poniedziałek, za to polecił przysłać pytania mailem. Nie odpowiedział na nie i nie odbierał kolejnych telefonów.

To jednak nie koniec nowych porządków w PZHL. W poniedziałek okazało się, że WGiD nałożył największą w historii polskiego hokeja karę (20 tys. zł) na Ciarko PBS Bank Sanok za nieodpowiednie zachowanie sanockich kibiców po meczu finałowym Pucharu Polski. Obserwator opisał w pomeczowej notatce, że fani wznosili wulgarne okrzyki, na lód poleciały plastikowe butelki, bidony oraz kubki, a w kierunku sędziów rzucono petardę.

Takie zachowanie zasługuje na napiętnowanie, ale wysokość kary szokuje. Klubowi działacze mieli pretensje do poprzedniego szefa WGiD, gdy nakładał kary w wysokości trzech-pięciu tysięcy... Nawet po zadymie na trybunach podczas spotkania Aksam Unia Oświęcim - GKS Tychy w 2010 roku, gdy ochrona użyła gazu, a mecz został przerwany, łączna kara była o połowę niższa, a przecież oba wydarzenia trudno ze sobą porównywać. 

Cóż, pogrążony w długach związek z pewnością będzie wiedział na co wydać 20 tys. zł. Oczywiście, dla dobra polskiego hokeja.

Autor: Mirosław Ząbkiewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje