Reklama

Reklama

Polski hokej - po prezesie nie ma śladu, na ratunek Czerkawski?

Wkrótce miną dwa lata, odkąd Piotr Hałasik został wybrany prezesem Polskiego Związku Hokeja na Lodzie. Miało być zawodowstwo, wielki sponsor, awans na igrzyska, HC Olivia Gdańsk w KHL, czy KTH Krynica w EBEL-u, a zostały tylko puste hasła. Po Hałasiku nie ma już śladu. Jeśli ktoś szybko nie zacznie akcji ratunkowej, po hokeju też go nie będzie.

Sformułowanie "nie ma już śladu" po prezesie Hałasiku nie jest do końca precyzyjne. Prezes zrezygnował, wyprowadził się z polskiego hokeja, ale zostały po nim olbrzymie długi. Została nazwa Polska Hokej Liga. Niegramatyczna do tego stopnia, że zakwestionowała ją ostatnio Rada Języka Polskiego (właściwą nazwą jest Polska Liga Hokejowa). Został dekret o powołaniu ligi zawodowej, ale dziwnym trafem nie ma żadnego klubu w pełni zawodowego.

Wypalona ziemia po prezesie

Reklama

Gdy przychodził Hałasik było źle, ale on w pojedynkę zdemontował struktury, które jeszcze po japońsku (jako tako) trzymały w ryzach polski hokej. Np. Wydział Gier i Dyscypliny z szefem Ryszardem Terleckim został przepędzony na cztery wiatry. Związkowe regulaminy przestały mieć znaczenie, potrzebne były decyzje pod widzimisię prezesa.

Kilka klubów ma pieniądze, ale zdecydowana większość z nich zapomina o pracy u podstaw. Szkolić próbują: Unia, Podhale, KTH Krynica, KH Sanok, Sokoły Toruń, MOSM Tychy, Sielec Sosnowiec, JKH Jastrzębie. Na wysokim poziomie, z profesjonalnym zapleczem szkoleniowym, w komfortowych warunkach, a przede wszystkim przy pełnej rywalizacji, nie robi tego nikt. Brakuje kasy, która dziwnym trafem znajduje się na sprowadzenie w 90 procentach marnych obcokrajowców.

Walczymy o mistrzostwo ligi podwórkowej, w hokeja na stojąco. Podobnie jak w piłce, te oszukańcze nazwy "ekstraliga", "ekstraklasa" uchodziłyby na sucho, gdyby nie nieuchronna weryfikacja. Raz w roku mistrz naszego podwórka musi dostać w zęby od byle kogo z zagranicy.

W piłce wszyscy wiemy, z kim odpadają nasze eksportowe zespoły. W hokeju, ubiegłoroczny mistrz Polski - Comarch/Cracovia przegrał ostatnio z przedstawicielem ligi węgiersko-rumuńskiej (Dunaujvaros). Nie trzeba było nawet najlepszej ekipy Węgier - Alby Volan Fehervar, która występuje w austriackiej EBEL lidze i jest poza naszym zasięgiem.

Pytanie z IIHF-u: Kiedy w Champions League zobaczymy Cracovię?

Międzynarodowa Federacja Hokeja na Lodzie (IIHF) wznawia rozgrywki Ligi Mistrzów. Pewien mój znajomy zaangażowany w ten projekt zagaił mnie ostatnio: "Mam nadzieję, że zobaczę Cracovię w Champions League". Przemilczałem, nie chciałem go wtajemniczać w fakty tak smutne jak ten, że przez 10 lat prosperity hokeja "Pasów" klub ten nie doczekał się żadnego wychowanka. Bo ich nie szkolił, jak należy.

Być może Cracovię zdetronizuje KH Ciarko Bank PBS Sanok. Zespół z mocnymi sponsorami, ale ze słabą strategią. Jak w hokejowym mieście można skład oprzeć o 11 obcokrajowców (z rezerwowym bramkarzem jest ich 12), gdy ma się tak zdolną młodzież?!

Z całej legii cudzoziemskiej wzór na lodzie dają Szinagl i Mahbod. Pierwszy jeszcze w zeszłym roku bronił się przed spadkiem z drugiej ligi czeskiej z zespołem z Litomierzyc, a u nas jest gwiazdą, bo taki mamy poziom. Działacze jeździli aż na Rumunię po Kanadyjczyka chcącego dorobić do emerytury, a kto później ratuje im tyłek jak się pali w finale? Nie żaden z Kanadyjczyków, tylko wychowanek Rafał Ćwikła (gol na 1-1 i wykorzystany karny w drugim meczu finałowym).

Jak tak dalej pójdzie, za pięć-sześć lat nie będzie już Ćwikłów i Koluszów, bo nikt ich zastępcom nie daje szansy. Nawet w lidze ślizgawkowej. Wyjątki stanowią KTH i Podhale i głównie dlatego, że nie mają bogatych sponsorów.

Bez sukcesu reprezentacji nie spopularyzujemy hokeja

Problemem polskiego hokeja jest nie tylko Dyzma-Hałasik, ale też działacze, którzy nie są w stanie myśleć w perspektywie dłuższej niż miesiąc. Co będzie za pięć lat z polskim hokejem? Mało kogo obchodzi. Odszedł Szopiński, odszedł Klisiak, odejdzie Laszkiewicz. Następcy są coraz słabsi, a przecież nikt się hokejem w naszym kraju nie zainteresuje na poważnie, dopóki reprezentacja nie zacznie pukać do światowej elity.

Ostatni hokejowy boom był związany z IO w Calgary, gdzie Gabriel Samolej był bliski zatrzymania Kanady, znacznie mniejszy nastąpił w 2001 roku, gdy Wiktor Pysz wprowadził "Biało-czerwonych" do elity. Tylko wtedy informacje o hokeju pojawiały się we wszystkich mediach. Poza tym słyszeliśmy tylko, ile minut na lodzie spędził Mariusz Czerkawski, a ile Krzysztof Oliwa, dopóki grali w NHL.

Unia Oświęcim z Samolejem zajmowała szóste miejsce w Europie, liga w latach 90., gdy garnęli się do nas Rosjanie i Białorusini, była na takim poziomie, że eksportowe zespoły dawały rady Słowakom (np. Podhale pokonało w Pucharze Kontynentalnym Poprad i Ocelarzi Trzyniec). Dzisiaj musimy obawiać się Węgrów. Na wschodzie otworzyli kurek z pieniędzmi i nie stać nas już na zawodników stamtąd.

Leo Beenhakker namawiał nas do wyjścia z drewnianych domków. Chodziło mu o otworzenie okna na świat, zmianę mentalności. Ja stosuję się do tej zasady i od czasu do czasu lubię się wybrać, by podglądnąć, jak poważny hokej robią mądrzejsi i niekoniecznie bogatsi. Rozumiem, że nie każdy mógł się udać do Soczi, gdzie zjechał najlepszy hokejowy cyrk świata o nazwie NHL. Ale już do Trzyńca (140 km od Krakowa, 100 km z Katowic), czy niezbyt odległych Popradu i Koszyc można się przejechać na hokej. I przekonać się, co jest warta nasza liga na tle Słowaków i Czechów.

Gdy doświadczycie takiego meczu (w przygranicznym Trzyńcu na każdym meczu jest kilkaset Polaków z Cieszyna, Andrychowa, Kęt), zrozumiecie wtedy zdziwienie trenera Aksam/Unii Petra Mikuli, poproszonego o skomentowanie bajek Hałasika o stworzeniu wspólnej ligi ze Słowakami. - W Polsce nie ma zespołu, który byłby w stanie rywalizować w słowackiej ekstralidze - wytłumaczył Mikula, który rok temu zdobył mistrzostwo swego kraju z HKM Zvoleń.

Tylko 80 km, a jednak lata świetlne, inna epoka

W ubiegłym tygodniu wybrałem się na starcie wicelidera czeskiej ekstraligi Ocelarzi Trzyniec z siódmym zespołem po części zasadniczej - HC Pardubice. Był to pierwszy mecz ćwierćfinału. Niespodziewanie Pardubice wygrały 4-0 (trzy kolejne mecze padły łupem Trzyńca). U nas w ćwierćfinałach, za wyjątkiem pary Cracovia - Unia, zamiast walki mieliśmy ślizgawkę na jednej nodze i grę do jednej bramki. Szybkość, jazda, walka o każdy metr lodu, pomysłowość ataków - rzeczy, których u nas nie zobaczycie. Obrońca Ocelarzi - Marek Tronczinsky dysponuje taką techniką, że zawstydziłby większość naszych napastników.

W drodze powrotnej zahaczyłem o trzecią tercję meczu GKS Tychy - Aksam/Unia. Widziałem zatem naszego lidera po sezonie regularnym. I wiecie co? To był hokej w wersji ultra slow motion, w bardzo zwolnionym tempie. Ale dalej opowiadajmy bajki o lidze zawodowej. I nikomu nie daje do myślenia, że drugo-trzecioligowcy z Czech i Słowacji świetnie sobie radzą w naszej ekstraklasie. Tychy z Trzyńcem dzieli ledwie 80 km, ale w hokeju to niemal lata świetlne, inna epoka.

Romana Tvrdonia z Unii, którego gole wyrzuciły Cracovię z walki o tytuł, widziałem jesienią w meczu siódmej drużyny drugiej ligi słowackiej - Spisska Nova Ves i w starciu z Liptowskim Mikulaszem nie mógł tak pohasać jak w PLH.

Na ratunek Czerkawski

Hokej jest przepiękną grą, ale trzeba go mądrze budować, szczególnie w otaczającej nas biedzie. Wygląda na to, że były profesjonalista z NHL Mariusz Czerkawski spróbuje podjąć się misji ratowania tego, co się da. Nie będzie łatwo, ale jeśli jemu się nie uda, to komu?

Trzeba naprawić szkolenie młodzieży, ale to długotrwały proces. Równocześnie nie można zostawić na lodzie duetu trenerów Igor Zacharkin - Wiaczesław Bykow, który jest teraz najlepszą wizytówką polskiego hokeja, co trzeba oddać Hałasikowi, bo to on ich nakłonił do pracy nad Wisłą. Nasz potencjał jest w tej chwili taki, że nawet jeśli w kwietniu awansujemy na zaplecze światowej elity, to za rok pewnie z hukiem z niego wylecimy.

Reprezentacji można pomóc w prosty sposób. Trzeba znaleźć sponsora, który sfinansowałby projekt na wzór tego KTH, tyle że występującego w faktycznie profesjonalnej lidze. Na KHL nas nie stać ani sportowo, ani finansowo. Pozostaje austriacka EBEL, bądź słowacka ekstraliga. Gdyby nasz zespół występował pod szyldem "Kadry Polski", bazował na południu kraju (np. w Krakowie), to być może Słowacy zgodziliby się na dołączenie takiego zespołu do swej ekstraligi. Tym bardziej, że odkąd Slovan Bratysława przeniósł się do KHL-u, ich liga straciła najsilniejszą sportowo i finansowo markę. Nie łudźmy się, że nasza reprezentacja by ją zastąpiła, ale w pewnym sensie mogłaby być magnesem.

Z Popradu do Pieszczan, Nitry jest 250 km, do Krakowa - 150, zatem dystanse nie byłyby problemem. Wystarczy mądrze porozmawiać. Takie negocjacje można było zacząć podczas sierpniowego Turnieju o Puchar Tatr w Popradzie, gdzie jednak nie dojechał nikt z władz PZHL-u. Może te nowe będą miały większą rozpoznawalność w świecie hokeja i większe zdolności negocjacyjne.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama