Reklama

Reklama

Podhale Nowy Targ. Ostatnia droga śp. Janusza Hajnosa

Trumnę nieśli najlepsi obrońcy w Polsce, jakich chciałaby mieć w latach 90. cała liga, od słów nieformalnego kapelana środowiska hokejowego ks. Pawła Łukaszki zebranym najpierw ciekły łzy, a później robiło się lżej na duchu, w nowotarskim kościele pw. św. Anny zebrała się elita, która mogłaby śmiało doprowadzić do odrodzenia tej pięknej dyscypliny, gdyby tylko przekazano jej w ręce stery - tak żegnano nieodżałowanego Janusza Hajnosa - pięciokrotnego mistrza Polski, olimpijczyka z Albertville, 72-krotnego reprezentanta kraju.

"Mery" zazwyczaj szalał przekładanką na krajowych lodowiskach, pod bandą mijał rywali, trafiał pod poprzeczkę, swym zmysłem strzeleckim rozkochiwał w sobie kibiców Podhala, reprezentacji Polski, ale też GKS-u Katowice i KTH Krynica. Tym razem zgromadził nas nie w żadnej hali, tylko w uroczym, drewnianym kościółku pw. św. Anny.

Reklama

Spowodował, że po ponad 20 latach spotkała się drużyna "Szarotek", która za kadencji Ewalda Grabowskiego podbiła Polskę, zdobywała regularnie mistrzostwo, notowała serie takie jak 32 zwycięstwa z rzędu, dla której trzytysięczny tłum przybywał na każdy mecz, a w fazie play-off lodowisko pękało w szwach.

Twardzi jak skała obrońcy nieśli ciało Hajnosa. Na pierwszy ogień poszli ci, którzy zawsze wychodzili jako pierwsi na lód niezależnie od tego, czy w barwach "Szarotek", czy z Białym Orłem na piersi - Jacek Zamojski i Rafał Sroka. Za nimi podążała równie nieposkromiona dwójka: Tadeusz Puławski i Jarosław Różański. Ten drugi jeszcze w kwietniu czarował na lodzie, mając 43 lata na karku. Do złotej drużyny Grabowskiego wkroczył jako 17-latek i trafił pod skrzydła Puławskiego.
- Bez Tadka nic bym nie osiągnął. On mnie nauczył hokeja - nie kryje "Różak".
Nie zabrakło nikogo, na czele z kapitanem niezwyciężonych - Piotrem Podlipnim, który pojawił się wraz z młodszym bratem Zbigniewem. 
Niepozornie wyglądający Piotr był twardzielem nad twardziele, gdy dochodziło do gorących spięć na lodzie, wstawiał się za każdym kolegą. Gdy w polskim hokeju zaczął powstawać bałagan, zaległości finansowe, odsunął się w cień. Gdy poprosiliśmy go o krótkie wspomnienia o Januszu, odparł:
- Z chęcią, ale nie dziś. Muszę to wszystko jeszcze "przegryźć" - powiedział Piotr Podlipni i na nic się zdało dobrotliwe "Powie, powie" jego żony Joanny.

Mistrzem ceremonii był ksiądz Paweł Łukaszka, który najpierw dostawał powołania do hokejowej reprezentacji Polski (27 występów, w tym na IO w Lake Placid), a później powołała go sama Góra, do nieco wyższej posługi.
- Podczas prymicji wręczyliście mi pamiątkę najcenniejszą: szarotkę z napisem "Bądź najlepszym obrońcą Dzieła Bożego. Przyjaciele z pierwszej drużyny Podhala Nowy Targ." Do dzisiaj się dziwię, kto wam napisał te słowa - wspominał ks. Łukaszka.
Jacek Szopiński z Gabrielem Samolejem trzymali sztandar Podhala, krzewiciel ruchu olimpijskiego, znakomity przed laty hokeista i trener Czesław Borowicz przywiózł flagę PKOl-u, położył ją na trumnie, a na koniec uroczystości ładnie poskładał i wręczył synowi zmarłego - Sebastianowi.
- Długoletni trener reprezentacji Polski Leszek Lejczyk uznał Janusza za jednego z najlepszych skrzydłowych tego pokolenia. Zdyscyplinowany, pracowity i świetnie wyszkolony - taki był Hajnos - wspominał Borowicz.

Do stolicy Podhala, dla upamiętnienia"Merego" zjechali także przedstawiciele innych ośrodków - Wojciech Tkacz, z którym współtworzył atak w GKS-ie Katowice, a także Marek Koszowski (legenda Naprzodu Janów, kilka sezonów także w Podhalu), czy Wincenty Kawa - były hokeista Czarnych Czarny Dunajec, a przede wszystkim trener, który chciał ściągnąć do Sanoka Hajnosa, lecz tego nie puściła z Nowego Targu żona. 
Duet braci Pyszów reprezentował Marian, gdyż Wiktor, w związku z kłopotami zdrowotnymi musiał wyjechać do Krakowa. To oni doprowadzili reprezentację do ostatniego sukcesu - awansu do światowej elity w 2001 roku.
W orszaku żałobnym kuśtykał (problemy z biodrem) słynny Walenty Ziętara, który grał w pierwszym ataku przeciw Związkowi Sowieckiemu, gdy na MŚ 1976 r. w Katowicach pokonywaliśmy sensacyjnie "Sborną" 6-4. 
Hokejowej erudycji, doświadczenia, góralskiej mądrości zebrało się dla Hajnosa tyle, że ci ludzie śmiało mogliby doprowadzić do odrodzenia polskiego hokeja. Gdyby tylko ktoś powierzył im stery.

Tak się nam wszystkim wydaje, że przedwcześnie zmarły Janusz Hajnos, dwa dni po swym 51. urodzinach, pozostanie w naszych sercach już na zawsze i tylko czekać, aż któryś z nowotarskich talentów rozsławi jego numer "14". Chyba że klub zdecyduje się go zastrzec. Dla "Merego".

Michał Białoński, Nowy Targ

Dowiedz się więcej na temat: Janusz Hajnos

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL