Reklama

Reklama

PHL. Kłopoty Podhala i Cracovii w ćwierćfinale mistrzostw Polski

Po wyrównanej fazie zasadniczej w ćwierćfinale mistrzostw Polski hokeistów w dwóch parach pachnie niespodziankami. Trzecie Podhale Nowy Targ jest bliskie odpadnięcia z szóstym GKS-em Katowice, a wicemistrzowie Polski – Comarch Cracovia przegrywają 2-3 serię do czterech zwycięstw z JKH GKS Jastrzębie-Zdrój.

"Szarotki" w niedzielę straciły atut własnego lodowiska, przegrywając w Nowym Targu 1-5. Wśród katowiczan prym wiodą wychowankowie Podhala, których jest tam aż pięciu.

Reklama

- Przesunięcie Marcina Kolusza z ataku do obrony odmieniło drużynę. Marcin w reprezentacji tworzy parę z Patrykiem Wajdą i tak samo jest u nas - nie ma wątpliwości trener hokeistów GKS-u Katowice Piotr Sarnik.

By układ sił w napadzie został zachowany Sarnik dokonał innego przesunięcia - z obrony do ataku - innego wychowanka Podhala - Damiana Tomasika.

"Szarotki" znalazły się pod ścianą, jeśli przegrają w środę w Katowicach, odpadną z walki o medale, głównie po bramkach, bądź asystach ich wychowanków.

W piątym meczu przy pierwszych dwóch golach asystował Kolusz, a trzeciego strzelił. Kolusz i Wajda asystowali przy bramce Teedy’ego Da Costy, w dogrywce czwartego meczu. Z kolei inny Góral - Oskar Jaśkiewicz zakończył dogrywkę trzeciej konfrontacji.

Marcin Kolusz od maja 2019 r. przygotowywał się do sezonu w rodzinnym Nowym Targu, z Podhalem. W sierpniu klub z niego zrezygnował i wydawało się, że były kapitan reprezentacji Polski zostanie na lodzie. Kluby miały już ustalone składy, a ich budżety nie są z gumy. W końcu znalazł zatrudnienie w "Gieksie".

- Nie traktuje tych asyst i bramki jak zemsty. Jestem po prostu zawodnikiem GKS-u Katowice. Dziękuję mu za zaufanie, wzięli mnie w trudnym momencie. Teraz do środowego meczu musimy podejść, jak do najważniejszego w sezonie. On będzie najtrudniejszy, nie może zabraknąć walki i zaangażowania - zakłada Kolusz, w rozmowie z Interią.

Popularny "Kolos" wskazuje też na dobrą odporność psychiczną jego zespołu.

- Obie drużyny miały dwa dni wolnego, więc przygotowanie fizyczne było na równi. Najważniejsze, że opanowaliśmy nerwy, stres - cieszył się.

Gdy trener Sarnik opuszczał nowotarskie lodowiska, przybijali z nim "piątki" kibice "Gieksy". Jeden z nich zapowiedział:

- Dzięki trenerze! W tym roku robimy majstra!.

Górale nie załamują rąk. Wierzą w odwrócenie losów rywalizacji i plują sobie brodę po straconym na 1-3 golu w okresie przewagi liczebnej.

- Podjęliśmy pewne ryzyko z pewnym zagraniem. Musimy z tego wyciągnąć wnioski i w Katowicach strzelić o jedną bramkę więcej - zakłada lider Podhala Krystian Dziubiński.

Rok temu "Pasy" rozstrzelały jastrzębian w ćwierćfinałowej serii do zera, bez straty choćby jednego meczu. Teraz zespół Rudolfa Rohaczka przegrywa 2-3 i jeśli w środę, w Krakowie, poniesie porażkę, będzie musiał się pożegnać z marzeniami o mistrzostwie Polski.

- Ten mecz rozstrzygnął się pod koniec drugiej tercji. Popełniliśmy faule i straciliśmy dwa gole. Chcieliśmy jeszcze odwrócić losy spotkania w trzeciej tercji, ale byliśmy za mało agresywni, za mało strzelaliśmy i dlatego się nam to nie udało. Gospodarze po raz trzeci wykorzystali atut swojego lodowiska. Teraz na nas kolej - podkreśla Rohaczek.

- W drugiej tercji strzeliliśmy najważniejsze gole, ale ważna też była trzecia odsłona. Nie brakowało w niej nic: chłopcy rzucali się pod strzały, pomagali sobie nawzajem, to był kolektyw - cieszył się trener JKH Robert Kalaber.

W półfinale na JKH, bądź Cracovię czeka GKS Tychy, a Unia Oświęcim zmierzy się z GKS-em Katowice, bądź z Podhalem.

MiBi



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje