Reklama

Reklama

Jacek Płachta o hokejowej reprezentacji Polski: Ta drużyna walczy i chce wygrywać

- Kibice widzą, że drużyna walczy i chce wygrywać. Trzeba mentalnie nauczyć się wygrywać i cały czas nad tym pracujemy. Wiadomo, jak istotna jest taktyka i skuteczne jej realizowanie, ale strona mentalna będzie miała ogromne znaczenie podczas mistrzostw w Krakowie - mówi trener hokejowej reprezentacji Polski Jacek Płachta niespełna dziesięć tygodni przed mistrzostwami świata.

Kwietniowe MŚ Dywizji IA w Kraków Arenie mogą być punktem zwrotnym dla naszego hokeja. Jeszcze przed rokiem graliśmy w trzeciej lidze, a teraz nasz zespół po raz pierwszy od lat stanie przed szansą walki o elitę.

Ranking nie kłamie - zajmujemy najniższe miejsce z wszystkich zespołów, które przyjadą do Krakowa, ale z drugiej strony "Biało-czerwoni" potwierdzają, że pod wodzą Jacka Płachty zmierzają w dobrym kierunku.

W miniony weekend w Toruniu wygrali czwarty z rzędu turniej EIHC. Trener przypłacił sukces ciężkim przeziębieniem. Zarzeka się jednak, że przyczyną choroby nie jest zdarte gardło od krzyczenia na swoich zawodników.

Reklama

Interia: Komplet zwycięstw, wygrany czwarty turniej z rzędu - jest czego gratulować. Zresztą, wyniki to jedno, ale sposób, w jaki nasz zespół walczył, naprawdę mógł się podobać. Dotyczy to też meczu z Ukrainą, w którym popełniliśmy sporo błędów. 

Jacek Płachta, trener hokejowej reprezentacji Polski: - Straciliśmy w nim sporo bramek, ale graliśmy z naprawdę dobrym rywalem i było sporo pozytywnych spraw. Chłopaki dwukrotnie odrabiali straty przegrywając różnicą dwóch bramek, a to znaczy, że walczyli do końca. Bardzo ważne, że nie odpuścili.

Czasem ponosiła ich fantazja, ale pokazali charakter, pewność siebie.

- Jeśli się wygrywa, to automatycznie nabiera się pewności siebie, ale zawsze powtarzam, że naszym największym atutem i szansą na dobry wynik na mistrzostwach świata jest drużyna, to że jeden walczy za drugiego i wszyscy grają od pierwszej do ostatniej minuty. Właśnie nad tym pracujemy. Podstawą jest to, żeby chłopcy zrozumieli, że tylko ciężką pracą możemy dojść do sukcesu.

W meczu z Węgrami zagraliśmy już zdecydowanie lepiej taktycznie. Nie był to tak porywający mecz, jak dzień wcześniej z Ukrainą, ale dyscyplina na lodzie była większa i błędów indywidualnych znacznie mniej.

- Rozmawialiśmy po meczu z Ukrainą, że musimy lepiej zagrać we własnej tercji i to zaowocowało w następnym spotkaniu. Może nie było to porywające widowisko dla publiczności, ale z punktu widzenia trenera, to był naprawdę dobry mecz. Poza jedną sytuacją sam na sam, nie pozwoliliśmy rywalom wypracować czystych pozycji strzeleckich. Cały czas mieliśmy przynajmniej dwóch-trzech zawodników z tyłu i rywale nie mogli stworzyć poważnego zagrożenia pod naszą bramką.

W meczu z Rumunią fajerwerków nie było, ale wygraliśmy zdecydowanie. Z pewnością inaczej wyglądałoby to spotkanie, gdyby stawka była wyższa.

- Pierwsze dwa mecze turnieju rozegraliśmy z mocniejszymi przeciwnikami, a przed spotkaniem z Rumunią było kilka zmian w składzie, inne formacje, więc może trochę zabrakło koncentracji. Wiadomo, że nie gra się łatwo takich meczów. Mieliśmy go wygrać, wygraliśmy i to było najważniejsze.

Wprowadza pan do kadry młodych zawodników i to szeroką ławą. Taki plan był od początku, czy zmusiła pana do tego rzeczywistość?

- Chcemy wprowadzać do zespołu jak najwięcej młodych zawodników. Wiem, że nie jest łatwo im wejść do kadry i od razu grać. Potrzebują jak najwięcej treningów z reprezentacją, meczów, więc staramy się młodych chłopaków wprowadzać do kadry krok po kroku. 

Patrząc z perspektywy całego sezonu, którzy z młodych zawodników robią największe postępy i są najbliżej kadry na MŚ?

- Nie chciałbym wskazywać nazwisk. Dla mnie najważniejsze jest to, że chłopcy, którzy przyjeżdżają na zgrupowania reprezentacji, chcą grać, chcą się pokazać i zostawiają serce na lodzie. To bardzo ważne, bo bez zaangażowania w dzisiejszym hokeju ciężko cokolwiek osiągnąć. Może nie mamy aż tylu talentów w drużynie, ale najważniejsza jest ciężka praca.

Co sądzi pan o wzmacnianiu reprezentacji poprzez naturalizację zawodników?

- Jeżeli ktoś się pojawi, to możemy go sprawdzić. Wiem, że sporo krajów tak robi, ale nie możemy brać do reprezentacji każdego, kto tylko dostanie polski paszport, bo wtedy zapomnimy o naszych młodych hokeistach. W kadrze muszą grać najlepsi, ale na chwilę obecną nie widzę wielu zawodników, którzy wkrótce mogliby wzmocnić naszą drużynę.

Jakie ma pan zdanie na temat obecnego limitu obcokrajowców w polskiej lidze?

- To naprawdę trudny temat. Nie możemy drastycznie obniżyć limitu od razu, bo w Polsce nie mamy wielu hokeistów. Większy problem widzę w tym, że klubowi trenerzy nie sięgają po naszych młodych zawodników. W klubach jest duża presja na wynik i zamiast dać szansę młodemu chłopakowi, to trenerom, zwłaszcza obcokrajowcom, łatwiej jest ściągnąć zawodników ze swojego kraju. Problem nie tkwi w limicie, tylko w koncepcji budowania drużyny na lata. Oczywiście, trzeba mieć też obcokrajowców i reprezentantów Polski, żeby osiągnąć wynik, tylko jeśli presja jest za duża, to zapominamy o pewnych sprawach i ściągamy jak najwięcej zagranicznych zawodników. Nie możemy w tym momencie robić gwałtownych ruchów ani w jedną, ani w drugą stronę, ale trzeba pomyśleć o tym temacie, bo jest naprawdę ważny.

Podczas zgrupowań reprezentacji rozmawiacie o mistrzostwach świata?

- Temat mistrzostw świata pojawia się w szatni, bo są naszym celem. Jeśli chcemy osiągnąć sukces, to nie możemy zmienić celu na kilka dni przed zawodami. Wszystkie turnieje EIHC były częściami procesu przygotowań do mistrzostw. Jak chłopakom coś nie wychodzi, to też zwracam im uwagę, że podczas mistrzostw tak być nie może.

O co będziemy grać?

- Każdy sportowiec chce grać o zwycięstwo, tylko nie myślmy o całych mistrzostwach, a o pierwszym meczu. Po nim zobaczymy, w jakim kierunku to pójdzie. Chciałbym, żeby chłopcy wyszli na lód i walczyli z sercem. W sporcie wynik jest sprawą otwartą, ale chodzi o to, żebyśmy po mistrzostwach sami sobie nie zarzucali, że mogliśmy coś zrobić lepiej, inaczej. Nie! Wyjdźmy na lód i zagrajmy tak, jakby to był najważniejszy mecz i potem zobaczymy, jaki będzie wynik.

Jak wygląda sytuacja z naszymi kadrowiczami w zagranicznych ligach? Można na nich liczyć przed mistrzostwami?

- Chciałbym, aby jak najwcześniej przyjechali na zgrupowanie. Jest taka szansa w przypadku Tomka Malasińskiego, ale będzie ciężko jeśli chodzi o Pawła Dronię i Adama Borzęckiego. Zespół Borzęckiego prowadzi w lidze z ponad dwudziestopunktową przewagą i podejrzewam, że zagra w finale play-offów. Zobaczymy, jak poradzi sobie drużyna Pawła Droni, ale jeśli spotkają się w finale, to nie będziemy mogli na nich liczyć.

Przed mistrzostwami w Krakowie czekają nas emocje w lidze. Kogo widzi pan wśród głównych faworytów?

- Można powiedzieć, że są ci sami podejrzani... Ciężko jednak wskazać, kto zdobędzie tytuł. W każdym klubie jest inna koncepcja budowania drużyny, każdy trener ma inną wizję. Wszystko okaże się dopiero w play-offach. Przed rokiem Tychy wygrały sezon zasadniczy, a mistrzostwa nie zdobyły. W Sanoku jest wielu obcokrajowców, w Tychach wielu utalentowanych zawodników i reprezentantów Polski, Jastrzębie ma bardzo wyrównaną drużynę, a Cracovia zawsze jest niebezpieczna. Ciężko w tym momencie postawić na kogokolwiek.

- Sporo będzie zależeć od końcówki sezonu zasadniczego, od tego, kto z jakiego miejsca przystąpi do play-offów. Walka o pierwsze dwa miejsca będzie ciekawa, bo jednak siódmy i ósmy zespół ligi będzie znacznie łatwiejszym rywalem niż piąty czy szósty.

Rozmawiał Mirosław Ząbkiewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL