Reklama

Reklama

Hokejowa młodzieżówka po spadku z Dywizji IA, czyli zderzenie ze ścianą

To nie klęska tylko zderzenie ze ścianą, na której razi wymalowane czerwoną farbą słowo rzeczywistość - tak hokejowe środowisko przyjęło spadek naszej reprezentacji do lat 20 do trzeciej ligi.

W zakończonych przed kilkunastoma dniami mistrzostwach Dywizji IA w Sanoku "Biało-czerwoni" nie sprawili niespodzianki - przegrali każdy z pięciu meczów i zajęli ostatnie miejsce.

- Kompromitacji nie było, ale po meczach z Łotwą, a zwłaszcza Danią, liczyłem, że nasz zespół będzie w stanie pokonać Słoweńców czy powalczyć z Austriakami - żałował Tomasz Rutkowski, kierownik wyszkolenia PZHL. - Dobrze, że przed mistrzostwami rozegraliśmy sparingi z mocnymi rywalami, bo na turnieju przeżylibyśmy szok.

Trener Andriej Parfionow zdawał sobie sprawę z tego, że czekają nas starcia z rywalami lepszymi o klasę i zdecydował się na defensywną taktykę. Nasz zespół bronił się więc przez większość turnieju we własnej tercji. Na tyle skutecznie, że uniknął pogromów, a późniejszym triumfatorom - Duńczykom napędził nawet stracha, ale marna to jednak pociecha, skoro nie udało się utrzymać na zapleczu elity. Niestety, głęboka defensywka nie wynikała tylko z taktyki, ale też braku wiary w siebie, co przyznali zarówno hokeiści, jak i sam trener.

Reklama

- Wydaje mi się, że nasz zespół zagrał tak, jak potrafi. W konfrontacjach z silnymi przeciwnikami wyszły wszystkie braki, nad którymi wciąż musimy pracować - ocenił Piotr Sarnik, były etatowy reprezentant Polski, a obecnie asystent Parfionowa.

Obaj pracują z młodymi hokeistami w Szkole Mistrzostwa Sportowego, ale para idzie w gwizdek, bo od kilku lat do SMS-u nie chcą przychodzić najlepsi młodzi zawodnicy. Nie odgrywają też znaczącej roli w klubach, bo większość trenerów boi się stawiać na młodzież, woląc ściągać kolejnych przeciętnych obcokrajowców. W takiej sytuacji SMS rzeczywiście mógłby być dla chłopaków przepustką do seniorskiego hokeja, tymczasem marnujemy jego potencjał. - Uważam, że w szkole powinny grać całe reprezentacje do lat 20 w ekstraklasie i 18 w pierwszej lidze. Chciałbym, aby zarówno związek, jak i kluby obrały wspólny cel dla dobra polskiego hokeja. Dopóki nie obiorą wspólnej drogi, nie ma szans, abyśmy zaczęli się dźwigać w światowej hierarchii - twierdzi Piotr Sarnik.

Gdy po raz ostatni nasza młodzieżówka awansowała do elity (1996 r.), zespół niemal w całości oparty był na hokeistach SMS-u. W zakończonych niedawno mistrzostwach Dywizji IA w Sanoku było ich zaledwie sześciu. Sprowadzenie Parfionowa do SMS-u było dobrym posunięciem, ale jak widać niewystarczającym, aby odbudować znaczenie szkoły w Sosnowcu.

- Chciałbym jeszcze raz się urodzić i mieć takiego trenera jak Andriej. Naprawdę! Jeśli mógłby pracować z wszystkimi tymi zawodnikami, to po roku, dwóch latach weszliby na wyższy poziom - przekonuje Piotr Sarnik. - Właśnie tak było, gdy ja grałem w SMS-ie. W dziewięćdziesięciu pięciu procentach reprezentację tworzyli zawodnicy, którzy na co dzień trenowali w szkole. Byliśmy razem skoszarowani, graliśmy w jednym systemie i trenowaliśmy bardzo, bardzo ciężko. Nie wiem, jak teraz młodzi trenują w klubach, ale ja doskonale pamiętam, jak ciężko harowaliśmy w szkole. Hokej był jedyną rzeczą, jaka dla nas istniała.

Autor: Mirosław Ząbkiewicz

Dowiedz się więcej na temat: hokej | Hokejowe MŚ U-20 | Piotr Sarnik | Andriej Parfionow | Sanok

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje