Reklama

Reklama

Hokej. TatrySki Podhale - JKH GKS, czyli wysoka jakość za skromne środki

TatrySki Podhale Nowy Targ i JKH GKS Jastrzębie-Zdrój budżetami nie dorównują do krajowej wielkiej trójki: GKS Tychy, Comarch Cracovia, Tauron GKS Katowice, ale i tak potrafiły w ćwierćfinale stworzyć wspaniały, siedmioodcinkowy serial, w którym każdy mógł wyjść zwycięsko. O włos, o jeden rzut karny, lepsze okazały się „Szarotki”.

- Jak widać, do Hollywood nie jest łatwo się dostać - powiedział mi były reprezentacyjny obrońca Podhala Sebastian Łabuz. Nawiązał do słynnej wypowiedzi trenera jastrzębian Roberta Kalabera, który, utyskując na hokeistów Górali, według niego symulujących upadki i wymuszających kary, wypalił: "To nie jest Podhale. To Hollywood Nowy Targ". Rzecz jasna, po wygranych karnych w siódmym meczu, chyba nikt w stolicy Podhala nie miał żalu do słowackiego szkoleniowca JKH za te słowa. Każdy zrozumiał, że była to gra, mająca na celu podgrzać emocje i wytrącić rywala z równowagi. Pewnie niegodna pochwały, ale mieszcząca się w kanonie zachowań.

Reklama

Kalaberowi trzeba oddać, że szeroką falą wprowadził do składu polską młodzież. Nie narzekał, gdy kończyły się wielkie dotacje głównego sponsora (JSW), tylko zaczął wzmacniać i rozwijać narybek, z którym w Jastrzębiu-Zdroju dzisiaj pracuje się lepiej niż w Nowym Targu i innych ośrodkach, czego dowodem jest triumf na ostatniej spartakiadzie młodzieży.

- Mój młody zespół i tak zrobił wielkie postępy, a za rok będzie jeszcze lepszy i awansujemy do czwórki. Młodzi wyciągną wnioski, wzmocnią się fizycznie i mentalnie. Teraz Podhale przewyższało nas szóstką klasowych, doświadczonych napastników, którzy robili różnicę w przewagach. Ja miałem takich tylko trzech: Kominka, Kulasa i Laszkiewicza - porównywał Kalaber.

Legendarny hokeista Leszek Laszkiewicz zgodził się, że jastrzębianie mają mocny zespół. Nie pocieszał go fakt, że sam należał do najlepszych postaci na lodzie.

- Miałem wykorzystać rzut karny, a nie zrobiłem tego i to mnie najbardziej boli - bił się w piersi "Laszka".

O ile Kalaber pracuje w JKH już bez mała cztery lata, o tyle Alexander Belavskis za sterami TatrySki Podhala jest ledwie od czterech miesięcy, a i tak zdołał odmienić oblicze zespołu, choć nie miał tak naprawdę czasu na poważniejszą pracą nad dyspozycją fizyczną czy nad transferami. Przy Belavskisie "Szarotki" grają dojrzalej w defensywie, zagęszczając strefę środkową i mają dobrze opracowane przewagi. Znaczącą rolę zaczynają odgrywać też Polacy, wychowankowie. Filip Wielkiewicz podjechał do pierwszego karnego i go wykorzystał, rozstrzygającego karnego zaliczył Damian Tomasik, a wcześniej ważną bramkę zdobył obrońca Kamil Kapica, który przez lata był wyśmiewany za straty krążka, tzw. "patelnie". W sezonie 2015-16 zawiesił karierę. Teraz Kamil nie boi się wyprowadzać ataków, mając nawet dwóch rywali za plecami.

Belavskis imponuje siłą spokoju w boksie. Siódmy mecz play-offu, rzuty karne, jego drużyna wisi na włosku, a on na nikogo nie krzyczy, stoi spokojnie, z założonymi rękoma.

 - Mój spokój wynika z wiary w zespół. Zawodnicy wiedzą, co mają robić na lodzie. Moje zadanie to bycie z nimi i wiara w nich - podkreśla łotewski szkoleniowiec.

Już sam awans do czwórki dla "Szarotek" jest sukcesem. Podwaliny pod niego położył jeszcze poprzedni trener Marek Ziętara, sprowadzając jesienią do Nowego Targu Przemysława Odrobnego. Taki bramkarz to skarb dla każdego klubu w Polsce, chociażby wobec regulacji, zgodnie z którą ponad 50 procent meczów w sezonie musi rozegrać golkiper z polskim paszportem.

- To była nasza najważniejsza wygrana w sezonie, a ja jeszcze nigdy w Polsce nie grałem tak długiej serii w play-offie - przyznał "Wiedźmin", który w 2012 roku zdobył mistrzostwo kraju z KH Ciarko Sanok, ale nawet w finale nie musiał toczyć siedmiomeczowej rywalizacji.

 - Tylko Bóg i gwiazdy wiedzą, jaki będzie wynik. Nie przejmuj się wynikiem - tymi słowy dodał otuchy Odrobnemu Belavskis przed karnymi.

W II tercji Przemysława pokonał z karnego Dominik Paś. W decydującej o awansie do półfinale serii na pięć przepuścił tylko jednego.

Trener Robert Kalaber nie daje większych szans Podhalu w rywalizacji z GKS-em Tychy, który w sezonie regularnym zdominował ligę.

- Ani my, ani Podhale nie będzie miało wiele do powiedzenia w starciach z Tychami. Nasze zespoły wykrwawiły się w siedmiu meczach ćwierćfinałów, a GKS ma pięć mocnych, wypoczętych "piątek" - argumentuje Słowak.

Belavskisowi nie podoba się, że pierwsza dwa półfinały odbędą się już w sobotę i niedzielę.

- Taki rozkład meczów nie jest najlepszym pomysłem, lecz nie mamy na to wpływu. Musimy sobie z nim poradzić - podkreśla.

Kapitan Podhala Marcin Kolusz wierzy w zespół przed bitwą z mistrzami sezonu regularnego:

- Rywalizacja z JKH wygrana po karnych w siódmym meczu jeszcze bardziej wzmocniła nas mentalnie, dodała wiary w siebie. W Tychach spędziłem ładnych parę lat, będę chciał się dobrze pokazać na tym lodowisku. Nie obiecuję żadnego wyniku, ale siedmiomeczową rywalizację w półfinale biorę w ciemno - zapowiada kapitan Górali i reprezentacji Polski.

Z Nowego Targu Michał Białoński

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje