Reklama

Reklama

Hokeiści Tauron Podhala Nowy Targ przelali krew za bliźnich. Różański: Zareagowaliśmy na apel ministra zdrowia

W sierpniu koronawirus sparaliżował im treningi. Wszyscy musieli udać się na kwarantannę, wielu przechorowało COVID-19. Dziś wyszli na prostą i przelali prawie siedem litrów krwi dla potrzebujących. Hokeiści Tauron Podhala Nowy Targ wysłali jasny przykład do środowiska sportowego: jesteś ozdrowieńcem, to podziel się darem życia!

Piątkowy ranek, w Podhalańskim Szpitalu Specjalistycznym im Jana Pawła II stawili się Górale i nie tylko. Byli wśród nich obcokrajowcy, był warszawiak Mateusz Bepierszcz, który reprezentuje "Szarotki" w tym sezonie. Tym razem zjednoczyła ich nie pogoń za krążkiem, nie walka pod bandami, strzelanie bramek i zbieranie punktów tylko prosty cel: przelanie krwi za bliźnich.

Reklama

- Jestem ozdrowieńcem - powiedział podczas rejestracji na członka honorowego krwiodawstwa Bepierszcz. Tacy jak on są na wagę złota. W ich osoczu są przeciwciała, które ratują życie zduszonym w morderczym uścisku COVID-19.

12 dni walki z wirusem, Różak do różańca i do tańca

- Objawy koronawirusa miałem delikatnie. Ogólne osłabienie, kaszel, katar. Trzymało mnie przez 12 dni - opowiada Interii Mateusz już kilkanaście minut później, gdy na szpitalnej kozetce wypompowywał z żyły krew.

Wcześniej przeszedł badania i lekarz polecił mu wypicie butelki wody. Towarzyszący mu wychowanek "Szarotek" Kacper Guzik uniknął zakażenia. 

- To COVID się boi mnie, a nie ja jego - ta wypowiedź Guzika w stu procentach oddaje jego charakter, odziedziczony zresztą po ojcu Władysławie.

Jako jeden z pierwszych wystawił żyłę dla potrzebujących długoletni kapitan "Szarotek", dziś drugi trener Jarosław Różański. On zawsze był pierwszy i do tańca i do różańca, a raczej w odwrotnej kolejności (Jarek jest osobą głęboko wierzącą). 

Gdyby ktoś szukał topos polskiego hokeisty, to "Różak" idealnie się do tego nadaje. Inteligencja, skromność, hart ducha, hołd ciężkiej pracy, wrażliwość na krzywdę bliźniego - te cechy utrzymały go na polskich taflach zawodowych przez ostatnich 28 lat, a jeśli liczyć z okresem juniorskim, to właściwie całe życie. 

Nie odwracają głowy, gdy widzą potrzebujących

Pięć tytułów mistrza Polski, awans z reprezentacją do lat 20 na MŚ elity, a w 2002 r. z tą seniorską jeszcze większy sukces, wcale nie oznaczały, że stał się milionerem. Skuteczność w tym, czemu się człowiek oddaje bez reszty przynosi kokosy finansowe w piłce nożnej, tenisie, sportach motorowych, ale nie w polskim hokeju. 

Polski hokeista żyje skromnie, zarabia na poziomie piłkarza z 2. Ligi, która jest trzecim poziomem rozgrywkowym. Ale może dlatego to właśnie on, patrząc na dzisiejszą akcję Podhala, oddał krew jako jeden z pierwszych w jesiennej pandemii.

- Chcieliśmy odpowiedzieć na apel pana Adama Niedzielskiego, ministra zdrowia, który prosił o oddawanie krwi. Wiemy, w jakiej sytuacji jest nasz naród. Zachęcamy innych, aby poszli w nasze ślady. Można w ten sposób zrobić wiele dobrego - powiedział Interii Różański.

Dla "Różaka" dzisiejsza akcja nie była pierwszyzną. Już wcześniej, z własnej inicjatywy, oddawał krew.

- Nikt się nie wahał. Przyszli wszyscy, za wyjątkiem tych, którzy mają przeciwwskazania od lekarzy i przyjmują jakieś medykamenty. Chwała Bogu, że wszyscy w drużynie przeszli chorobę w sposób lekki i ona nie pozostawiła po sobie żadnych śladów w organizmach chłopaków. Sytuacja na całym świecie jest taka, że ludzie szczególnie potrzebują pomocy. Dlatego stawiliśmy się tu całą drużyną, z trenerami i prezesami - podkreśla trener Podhala Andriej Gusow.

Jedyna na świecie fabryka tego rodzaju

Gdy najważniejsza drużyna całego Podhala pojawiła się w centrum krwiodawstwa, ucieszyło się serce Mateusza Kapołki z  Klubu Krwiodawców Kropla, który objeżdża cały region w poszukiwaniu rycerzy przelewania krwinek za potrzebujących.

- W oddawaniu krwi ryzyka nie ma żadnego, nie można się zarazić, a korzyści jest co niemiara. Człowiek jest przebadany, wie, że jest zdrowy. Na dodatek świadomość pomagania innym poprawia samopoczucie. Ja od niej jestem uzależniony - mówi z rozbrajającą szczerością.

Zwraca uwagę na fakt, że na ogół nie zdajemy sobie sprawy z tego jak bardzo krew jest potrzebna, dopóki nieszczęście (wypadek, choroba) nie dotknie kogoś z naszych bliskich, członka rodziny. Tymczasem odkąd Polskę zaatakował koronawirus, bliźnich potrzebujących krwi z osoczem ozdrowieńców nie brakuje. W myśl dziś zapomnianego hasła "wszyscy Polacy to jedna rodzina" do stacji honorowego krwiodawstwa powinny się ustawiać kolejki nie tylko wtedy, gdy zjedzie się tam cała drużyna hokeistów.

- Nasz organizm to jedyna na świecie fabryka, która wytwarza lek, jakiego nie można zastąpić niczym innym: czerwone krwinki, osocze. Dzielmy się nimi - apeluje Kapołka.

Zagajony o to, czy po pierwszym oddaniu 450 mililitrów poczuł jakieś osłabienie, czy czuł się jak młody bóg, odparł:

- Młodym bogiem już nie będę, ale już od paru lat oddaję krew. Krążą mity, że jak człowiek już raz odda krew, to później musi to robić stale z przyczyn medycznych. To nieprawda. Ja natomiast uzależniłem się emocjonalnie od krwiodawstwa, więc z chęcią się dzielę produktami mojej "fabryki" z innymi - podkreśla.

W akcji honorowego krwiodawstwa uczestniczyło dziś 15 hokeistów, w tym sześciu ozdrowieńców z COVID-19. Razem z zawodnikami krew oddali dziś także prezesi "Szarotek" Marcin Jurzec i Tomasz Dziurdzik. Zebrano 6 litrów i 750 mililitrów krwi.


Michał Białoński, Nowy Targ



****

Każdy dawca otrzymał dziś, poza obowiązkowym "pakietem energetycznym", tradycyjny 'słodki upominek' od firmy p. Zbigniewa Steskala, a także okolicznościowy kubeczek, smyczkę i długopis od firmy Wojas S. A. Akcję wsparła Kinga Pienińska.... Klub HDK PCK Kropla dziękuję w imieniu wszystkich potrzebujących 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje