Reklama

Reklama

GKS Tychy - Comarch Cracovia 3-2 w finale PHL

GKS Tychy wygrał na własnym lodowisku z obrońcą tytułu Comarchem Cracovią 3-2 w pierwszym meczu finału Polskiej Hokej Ligi. Pierwszoplanowymi postaciami w tym spotkaniu niestety nie byli hokeiści, a sędziowie z Przemysławem Kępą i Włodzimierzem Marczukiem na czele. Kolejne mecz już jutro ponownie w Tychach.

- Poziom sędziowania jest mizerny, żeby nie powiedzieć, że zerowy. Pierwsza kara meczu to była katastrofa. Nie może do takich rzeczy dochodzić, że na jednym zawodniku są dwa faule, w tym kara meczu - mówił po drugiej tercji na antenie TVP Sport Mateusz Bryk, obrońca gospodarzy.

W sezonie zasadniczym "Pasy" wygrały tylko jedno spotkanie z Tychami na sześć rozegranych.

Finały mistrzostw Polski między tymi drużynami to jednak domena klubu z Krakowa. W ostatnich 11 latach wygrał z GKS-em każdy z pięciu.

W siódmej minucie było groźnie pod bramką gospodarzy. Najpierw strzelał Maciej Urbanowicz, a potem dobijał Damian Słaboń, ale nieskutecznie.

Reklama

Dwie minuty później indywidualna akcja Krystiana Dziubińskiego została zatrzymana przez Sztefana Żigardy'ego.

Tyszanie nie chcieli być gorsi. Do tercji rywali wjechał Jaroslav Kristek, ale jego strzał w środek bez problemu obronił Rafał Radziszewski.

W połowie tercji doszło do dużej kontrowersji. Mateusz Bepierszcz chyba jednak czysto na środku lodowiska zaatakował Petra Kalusa. Sędziowie Przemysław Kępa i Włodzimierz Marczuk po konsultacji nałożyli na hokeistę gospodarzy karę meczu, uznając, że to był atak na głowę. Bepierszcz udał się więc do szatni, a na pięć minut na ławkę kar poszedł w jego zastępstwie Bartłomiej Jeziorski. Gospodarze musieli grać w podwójnym osłabieniu, gdyż dwie minuty za zahaczenie dostał także Marcin Kolusz.

"Pasy" szybko wykorzystały przewagę. Już po 20 sekundach, a była to 11. minuta, prowadziły 1-0. Dziubiński podał wzdłuż bramki do Petra Szinagla, który skierował krążek do siatki.

Kolusz wrócił do gry, ale tyszanie wciąż musieli grać w osłabieniu, ponieważ kara pięciu minut nie kasuje się po bramce.

Chwilę później goście podwyższyli prowadzenie. W 13. minucie Szinagl podał do będącego pod bandą Damiana Kapicy, a ten znalazł nadjeżdżającego Mateusza Rompkowskiego, który strzelił przy słupku, nie dając szans bramkarzowi rywali.

Trzy minuty później doszło do kolejnego wielkiego zamieszania. Andrew McPherson najeżdżając na bramkę uderzył udem w głowę "zamrażającego" krążek Żigardy'ego. Koledzy Czecha rzucili się walki w jego obronie, która w miarę szybko jednak się skończyła.

Sędziowie znowu długo się naradzali, ale ostatecznie Kanadyjczyk otrzymał tylko dwuminutową karę, choć powinna ona być surowsza. Z kolei 10 minut przerwy za niesportowe zachowanie czekało Kalusa, ale to była kara indywidualna, nie wpływająca na układ sił na lodzie.

Gospodarze nie wykorzystali przewagi, podczas której oddali tylko dwa strzały.

Za to pod koniec pierwszej tercji Miroslav Zatko trafił w słupek.

- Wykorzystaliśmy okres gry w przewadze, nie robimy błędów z tyłu i na razie jesteśmy zadowoleni - ocenił pierwszą tercję Szinagl.

Tyszanie na początku drugiej tercji szybko zdobyli kontaktowego gola. Radosław Galant podał do Jana Semorada, którego nie upilnował przewracający się Rompkowski, a Czech strzałem pomiędzy parkanami pokonał Radziszewskiego. Była 24. sekunda.

Potem znowu mieliśmy kontrowersję. Semorad powędrował na ławkę kar za grę wysokim kijem, choć nie dotknął głowy rywala, tylko trafił w jego rękawicę.

Z kolei w 28. minucie sędziowie sygnalizowali karę dla Macieja Kruczka, tyszanie wycofali bramkarza, wprowadzając dodatkowego zawodnika, spod linii niebieskiej uderzył Josef Vitek, przed bramką Cracovii doszło do zamieszania, podczas którego Radziszewski zadał cios w twarz Filipowi Komorskiemu. Bramkarz "Pasów" nie został jednak ukarany.

Gospodarze grając w przewadze byli bliscy wyrównania. Strzał Kristka trafił w stojącego przed bramką Kolusza, który natychmiast podał do Semorada, ale po uderzeniu Czecha krążek trafił w słupek!

Emocje na tafli jednak nie malały. W 34. minucie Semorad rzucił na bandę Rompkowskiego. Obrońca "Pasów" zalał się krwią z pokiereszowanego nosa (głęboka rana cięta, który musiała być zszyta). Kara meczu, ale panowie Kępa i Marczuk znowu dali o sobie znać. Zanim ogłosili ją dla czeskiego napastnika, to jeszcze doszukali się wcześniejszego przewinienia Karola Kisielewskiego, a Rompkowski został ukarany za opóźnianie gry.

Gdy więc ją wznowiono to tyszanie grali w przewadze czterech na trzech. I po dziewięciu sekundach ją wykorzystali. Petr Kubosz podał do niepilnowanego Kristka, który z bliska skierował krążek do siatki.

- Rozbijają nas strasznie te kary. Poziom sędziowania jest mizerny, żeby nie powiedzieć, że zerowy. Pierwsza kara meczu to była katastrofa. Nie może do takich rzeczy dochodzić, że na jednym zawodniku są dwa faule, w tym kara meczu. (...) Będziemy chcieli grać w ostatniej tercji bez fauli, choć nie wiem, czy to będzie dziś możliwe (śmiech) - mówił po drugiej tercji Mateusz Bryk, obrońca Tychów.

Trzecia tercja zaczęła się od ataków gospodarzy. Gdy na ławce kar przebywał Lukasz Zib przed szansą stanął Michał Kotlorz, ale dobijając strzał Jakuba Witeckiego nie trafił praktycznie do pustej bramki.

W 47. minucie, tuż po powrocie na lód Ziba, stojący za bramką Vitek wyłożył krążek, a nadjeżdżający Jeziorski uderzył z pierwszego krążka, ale niecelnie.

Minutę później tyszanie po raz pierwszy we wtorek wyszli na prowadzenie. Zatko podał "gumę" do stojącego w świetle bramki Michaela Kolarza, który natychmiast strzelił, pokonując Radziszewskiego.

Kolarz w tym sezonie reprezentował barwy "Pasów", z którymi występował nawet w hokejowej Lidze Mistrzów, ale w styczniu musiał opuścić klub i związał się ponownie z Tychami, gdzie występował wcześniej w sezonie 2015/16.

W końcówce obie drużyny miały okazję, żeby jeszcze zmienić wynik spotkania, ale zabrakło skuteczności.

Gospodarze nie wykorzystali nawet gier w przewadze, kiedy na ławce kar przebywał Bartosz Dąbkowski, a potem Tomasz Sykora.

Mimo że "Pasy" grały osłabieniu, to na niewiele ponad pół minuty przed końcem wycofały bramkarza. Nic to jednak nie zmieniło.

Kolejne spotkanie już jutro ponownie w Tychach (18.00). Nie zagra w nim na pewno Bepierszcz. - Mamy jednak innych zawodników - uspokajał Jirzi Szejba, trener GKS-u, na antenie TVP Sport.

Następnie dwa mecze zostaną natomiast rozegrane w Krakowie - 25 marca o 18.30 i 26 marca o 16.30. Transmisje w TVP Sport.

Finał PHL

GKS Tychy - Comarch Cracovia 3-2 (0-2, 2-0, 1-0)

Bramki: 0-1 Szinagl-Dziubiński (10.08, w podwójnej przewadze), 0-2 Rompkowski-Kapica-Szinagl (12.02, w przewadze), 1-2 Semorad-Galant (20.24) 2-2 Kristek-Kubosz (33.11, w przewadze), 3-2 Kolarz-Zatko (47.34).

GKS: Żigardy - Pociecha, Kubosz, Kolusz, Kristek, Bepierszcz - Kotlorz, Bryk, Galant, Semorad, Witecki - Górny, Kolarz, Vitek, Komorski, Jeziorski - Horzelski, Zatko, Kogut, Rzeszutko, Woźnica.

Comarch Cracovia: Radziszewski - Rompkowski, Navojovsky, Kapica, Dziubiński, Szinagl - Wajda, Kruczek, Drzewiecki, Słaboń, Urbanowicz - Zib, Dąbkowski, Kalus, McPherson, Sykora - Noworyta, Dutka, Domogała, Chovan, Kisielewski.

Sędziowali: Przemysław Kępa i Włodzimierz Marczuk. Kary: 56 i 28 min. Widzów 3000.

Stan rywalizacji play-off (do czterech zwycięstw): 1-0.

Paweł Pieprzyca

Dowiedz się więcej na temat: GKS Tychy | Comarch Cracovia

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje