Reklama

Reklama

Dlaczego ministerstwo śpi, gdy PZHL łamie wszelkie zasady?

Ostatnie przypadki PZHL-u dowodzą, że Ministerstwo Sportu nie sprawuje należytej kontroli nad podległymi mu związkami. Przypadek PZPS jest znany, odpowiednio nagłośniony, jego decydenci wyszli zza krat po wpłacie gigantycznych kaucji, trwają procesy. W PZHL-u trwa taniec chocholi.

PZHL nie ma żadnego prywatnego sponsora, żyje tylko z dotacji ministerialnych i samorządowych. Jego gospodarność za ostatnie trzy lata, to roztrwonienie minimalnego, ale jednak plusa spuścizny po Zdzisławie Ingielewiczu (20 tys. zł) i doprowadzenie do gigantycznych długów - 5,5 mln zł. Niegospodarność do potęgi entej - ministerstwo milczy.

Reklama

PZHL przenosi MŚ Dywizji IA z nowoczesnej Kraków Arenie, której przyznały ten turniej światowe władze hokeja (IIHF), do starszego i o klasę gorszego "Spodka" - ministerstwo czeka.

Nagłaśniamy bulwersujące gospodarowanie finansami - niemoralne wypłacenie premii za MŚ członkom komisji rewizyjnej PZHL, a w tym samym momencie zaniechanie płatności tym, którzy tak naprawdę najbardziej na nie zapracowali - hokeistom reprezentacji Polski - ministerstwo śpi dalej. Jak wynika z ujawnionego przez nas raportu skarbnika PZHL, związek zalega reprezentantom ponad 260 tys. zł. Jak na hokej, gdzie zarobki oscylują wokół kilku tys. złotych miesięcznie, to niemałe kwoty.

Prezes Chwałka, w rozmowie z Interią oficjalnie potwierdził taki stan rzeczy, więc nie jest to sprawa wyssana z palca.

- Żeby była jasność. Jedyne wynagrodzenie i to naprawdę w symbolicznej kwocie, za zwrot kosztów dojazdu i za poświęcony czas miały tylko osoby, które naprawdę pracowały przy tych MŚ i to ciężko. Pan Domagała był tylko przy MŚ na samej końcówce. Odpowiadał za transport, logistykę - tak uzasadnił pieniądze dla ludzi z komisji rewizyjnej,

- Zaległości są, ale w porównaniu do tamtego roku, gdzie zaległości były np. na ten okres za cały poprzedni sezon, a teraz mamy zaległości z ostatnich tak naprawdę zgrupowań. Wynika to z tego, że związek nie jest w najlepszej sytuacji finansowej. Poprawia się sytuacja finansowa niewątpliwie, ale na dzień dzisiejszy jesteśmy po rozmowie i chłopcy mieli przedstawione na spotkaniu w Warszawie plan finansowy związku, który gwarantuje im wypłaty na przestrzeni miesiąca - mówił mi Chwałka 10 sierpnia.

Miesiąc minął z nawiązką i prezes, jak zwykle zrobił sobie cholewę z buzi. Zamiast wypłat, wykonał telefony do zawodników z informacją o kilkudniowym poślizgu. Działacze z komisji rewizyjnej nie musieli czekać. Dla nich od razu kasa się znalazła

W kwietniu prezes Chwałka obiecuje do końca maja ujawnić raport finansowy z MŚ Dywizji IA, mija pięć miesięcy, tłumaczy się pokrętnie, że teraz nie może tego zrobić, bo rozpoczęły się procedury przetargowe. Transparentność w głębokim poważaniu - ministerstwo nie reaguje.

Pomijam już fakt, że nikogo nie bulwersuje fakt, iż zarząd PZHL nie ma legitymacji środowiska do sprawowania władzy. Po rezygnacji Piotra Hałasika pozostali członkowie zarządu wybrali spośród siebie prezesa (dotychczasowego skarbnika Chwałkę) i tak się bawią, niwecząc mozolną pracę, jaką wykonują "na dole" kluby walczące o przetrwanie z sezonu na sezon. Najuczciwsze byłoby wprowadzenie kuratora, który doprowadziłby do przyspieszonych wyborów. A wówczas wszystko byłoby rzetelne i przejrzyste. Tymczasem mijają miesiące i posprzątanie tej stajni Augiasza nie będzie proste.

Nepotyzm (w zarządzie PZHL-u zasiada córka byłego sekretarza generalnego), kumoterstwo (negocjacje w sprawie MŚ prowadzi działacz upadłego klubu, choć nie zasiada w zarządzie, ale koleguje się z prezesem; na kluczowych posiedzeniach zarządu pojawia się inny kolega szefa związku, będący prezesem okręgowego związku), brak jawności i transparentności - to chleb powszedni PZHL-u. Nie takiego zarządzania oczekujemy po 26 latach demokracji w Polsce.

W kuluarach słychać, że Ministerstwo Sportu i Turystyki ma inne rzeczy na głowie, na czele z jesiennymi wyborami. Takie gadanie mnie nie interesuje. Urzędnicy nie popierają pensji tymczasowych, tylko regularne, poważne wypłaty, dlatego mamy prawo oczekiwać od nich stanowczych działań. PZHL od dawna prosi się o takie. Na razie skończyło się na wezwaniu prezesa Chwałki na dywanik. I co? I nic. Psy szczekają, karawana jedzie dalej.

Kibice porównują bałagan panujący w PZHL-u do tego, który był w PZPN-ie za kadencji Grzegorza Laty i Zdzisława Kręciny. Różnica jest taka, że z małymi wyjątkami, teraz nikogo to nie obchodzi. Mam nadzieję, że nie w myśl zasady: "ciszej nad tą trumną".


Dowiedz się więcej na temat: Dawid Chwałka | pzhl | Hokejowe MŚ w Krakowie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje