Popis bramkarza z Węgier. A na końcu radość trzech graczy mistrza Polski
Islandia pokazała w piątek niezwykłą siłę, rozbiła Włochy różnicą 13 bramek. A więc jeśli ona wydaje się być poza zasięgiem Biało-Czerwonych, to dziś Polacy musieli pokonać Węgrów, w swoim pierwszym spotkaniu Mistrzostw Europy. Zespół teoretycznie silniejszy, ale - wydawało się - w zasięgu. I podopieczni Joty Gonzaleza dobrze to spotkanie zaczęli, zdobyli pierwsze dwie bramki. A później skuteczność ich całkowicie opuściła. Węgrzy przejęli inicjatywę, już do końca byli lepsi.

Mistrzostwa Europy mają to do siebie, że tu z grupy do kolejnego etapu awansują zaledwie dwie drużyny. Nie trzy, jak na mundialu, gdzie jeszcze na dodatek pojawiają się egzotyczni rywale. Awans do głównej fazy EURO byłby więc sporym sukcesem drużyny po raz pierwszy prowadzonej na takiej imprezie przez Hiszpana Jotę Gonzaleza. I niespodzianką, bo szanse naszej ekipy na tle Węgier czy Islandii oceniane byłyby bardzo nisko.
Tak niestety wygląda obecnie polska piłka ręczna - ta reprezentacyjna, a nie klubowa. Bo w klubowej mamy podobny poziom jak Węgry. U nich eksportowymi klubami są te z Segedynu i Veszpremu, u nas: z Kielc i Płocka. W tym ostatnim, aktualnym mistrzu kraju, czołowe role pełnią: Gergo Fazekas i Zoltan Szita, ważnym rezerwowym jest Zoran Ilić. Inaczej mówiąc: podstawowi węgierscy gracze w Kristianstad.
Nasz zespół zaś był jeszcze dodatkowo osłabiony, brakowało Dawida Dawydzika, obrotowego, który pauzował za czerwoną kartkę jeszcze z zeszłorocznych eliminacji ME. A szkoda, bardzo by się przydał.
Mistrzostwa Europy. Polska kontra Węgry w Kristianstad. Kontuzja, czerwona kartka. I jeszcze większe kłopoty w ataku
Zaczęło się znakomicie, idealnie. Od udanej akcji Andrzeja Widomskiego, co dla tego nękanego niegdyś poważnymi urazami kolana gracza było arcyważne. Od udanej interwencji Jakuba Skrzyniarza. I od świetnego dogrania na koło do Macieja Gębali, co dało 2:0 po kilkudziesięciu sekundach gry.
Szybko się jednak okazało, że Węgrzy na taką sielankę nie pozwolą.

Polacy za chwilę zaczęli zderzać się z potężną defensywą rywali. Ta pierwsza bramka Widomskiego była pewnym wyjątkiem, boczni rozgrywający byli szybko "kasowani" przez rywali. Na lewej stronie nie dał efektu wariant z Michałem Olejniczakiem, później wyszedł więc Tomasz Gębala, wreszcie Ariel Pietrasik. A efektów brakowało. Jedynie Piotr Jędraszczyk indywidualnymi wejściami coś próbował zmienić.
Po kwadransie było jednak 4:7, trener Jota Gonzalez poprosił o przerwę. Chodziło też o to, by nie powtórzyła się sytuacja z wcześniejszego spotkania Islandii z Włochami, gdy tę drugą drużynę drugi kwadrans po prostu zabił.
Poprawy w ataku jednak nie było, na dodatek Mikołaj Czapliński przegrał pojedynek sam na sam z Kristofem Palasicsem, a za moment - w kontrze, sam na sam. Dodając jeszcze sytuację ze skrzydła z początku, miał już hat-tricka.
Tę niemoc przerwał Arkadiusz Moryto, ale nie z rzutu karnego, bo tu Palasics znów popisał się kapitalną paradą, ale z dobitki.
Niestety, optymizmu z każdą minutą ubywało. Fenomenalnie bronił węgierski bramkarz, w 24. minucie miał 58 procent skuteczności (siedem interwencji), a właśnie trafił przez całe boisko na 11:5. I poirytowany Jota Gonzalez już po raz drugi zażądał minutowej przerwy. A jakby było, to jeszcze kontuzji doznał bramkarz Skrzyniarz, poślizgnął się na jakiejś plamie.

Przed końcem pierwszej połowy Biało-Czerwoni odrobili 1/3 tych strat. A mogli więcej, bo Węgrzy, po zmianach, zupełnie się pogubili w ataku.
Cztery bramki da się jeszcze odrobić, ale warunkiem podstawowym było poprawienie skuteczności w ataku. Ta bowiem w pierwszej połowie była kompromitująca. To jednak rywale zadali pierwsze dwa ciosy. Kolejny zaś zadaliśmy już sobie sami. Wiktor Jankowski miał być jednym z filarów kadry na środku obrony, a w 33. minucie zakończył spotkanie. Zdzielił ręką prosto w twarz obrotowego Węgrów Milosa Rostę, niemieccy sędziowie Robert Schulze i Tobias Tonnies zobaczyli zaledwie dwie powtórki. I już mieli jasność: musieli wyrzucić Polaka na trybuny.

To był trudny moment, ale i z tego Polacy mogli jeszcze wyjść. Kolejny zmarnowany rzut karny, złe decyzje w ataku - to wszystko się nakładało. Rywale zaś mieli Fazekasa, który z takich szans korzystał. No i Palasics utrzymywał wybitny sposób w bramce, co pozwalało rywalom utrzymywać pięciobramkowe prowadzenie. Nas ratował właściwie tylko Miłosz Wałach, który udanie zastąpił Skrzyniarza. Ale to było za mało.
W 50. minucie było jeszcze 18:22, tliły się szanse. Za moment z dystansu huknął Richard Bodo, do pustej bramki zaś Miklos Rosta, po kolejnej już stracie Olejniczaka. I można się było żegnać z nadziejami. A już całkowicie za moment, gdy Polacy po prostu "pękli" mentalnie.
Polska przegrała z Węgrami 21:29. Z triumfu cieszyli się więc trzej gracze... Orlenu Wisły Płock.

Dokładny zapis relacji "na żywo" z meczu Węgry - Polska można znaleźć TUTAJ.
Węgry - Polska 29:21 (14:10)
Węgry: Palasics 1 (13/33 - 39 proc.), Bartucz (0/0) - Bodo 5, Fazekas 4, Rosta 4, Imre 4, Rodriguez 2, Ilić 2, Onodi-Janoskuti 2, Hanusz 2, Boka 1, Ligetvari 1, Szita 1, Sipos, Krakovski, Lukacs.
Kary: 4 minuty. Rzuty karne: 4/4.
Polska: Skrzyniarz (3/15 - 20 proc.), Wałach (6/20 - 30 proc.) - Olejniczak 3, M. Gębala 3, T. Gębala 3, Przytuła 2, Jędraszczyk 2, Pietrasik 2, Moryto 2, Paterek 2, Widomski 1, Marciniak 1, Daszek, Jarosiewicz, Czapliński, Jankowski.
Kary: 4 minuty. Rzuty karne: 0/4.
W drugim meczu tej grupy Islandia wygrała z Włochami 39:26 (21:12). W niedzielę Polska zagra z Islandią (godz. 18), a Węgry z Włochami (godz. 20.30).













