Cały świat widział, co zrobił Polak. Dyskwalifikacja od Niemca. A to nie koniec
Polska nie była faworytem w spotkaniu z Węgrami, będącym dla obu zespołów pierwszym w finałowym turnieju mistrzostw Europy. Niemniej można się było spodziewać, że Biało-Czerwoni stawią większy opór drużynie, która rok temu była o włos od półfinału mistrzostw świata. Zawiodła skuteczność i spore liczba banalnych błędów w ataku. A na dodatek już na początku drugiej połowy z boiska wyleciał z czerwoną kartką Wiktor Jankowski, podstawowy obrońca. Decyzja niemieckich arbitrów nie budziła kontrowersji. I to, niestety dla obrotowego Vardaru Skopje, nie był koniec tej historii.

Węgry, Islandia, Polska i Włochy - to był skład grupy F w Mistrzostwach Europy. W teorii - dość wyrównany, w praktyce: awans kogoś spoza pierwszej dwójki byłby niespodzianką. Bo takie są zasady zmagań najlepszych ekip na kontynencie: z każdej grupy awansują dalej tylko dwie najlepsze.
Polacy zaczynali od starcia z Węgrami, kluczowego w naszej sytuacji. I przez kilkadziesiąt sekund było nieźle - dwie udane akcje w ataku, dobra interwencja Jakuba Skrzyniarza. A później zaczęły się problemy - fatalna skuteczność, zaledwie 50-procentowa (21 bramek z 42 rzutów), co w piłce ręcznej jest dramatem. Aż 13 strat w ofensywie, niemal wszystkie będące dziełem rozgrywających. I rozgrzanie bramkarza Węgrów Kristofa Palasicsa - ten w całym spotkaniu miał 13 udanych interwencji, ale też obronił wszystkie (sic!) cztery rzuty karne.
Jeszcze w 50. minucie Węgrzy prowadzili 22:18, taką stratę wciąż można jeszcze odrobić. Później jednak "złamali" nasz zespół, wygrali 29:21.
A jakby było mało, Biało-Czerwoni ponieśli dodatkową stratę, która będzie miała konsekwencje do końca fazy grupowej. Czyli zapewne do końca gry Polaków w tych mistrzostwach Europy.
Czerwona kartka dla reprezentanta Polski. I dodatkowe zawieszenie. Oficjalna decyzja EHF
W 34. minucie, przy stanie 11:16, patrząc z polskiej perspektywy, w posiadaniu piłki byli rywale. Trafiła ona do obrotowego Dinama Bukareszt Miklosa Rosty, którego udanie powstrzymywał Tomasz Gębala, a jeszcze z boku asekurował go młodszy brat Maciej. Z drugiej strony doskoczył jednak Wiktor Jankowski - prostą ręką zdzielił w twarz Węgra. Doświadczeni niemieccy sędziowie Robert Schulze i Tobias Tönnies zareagowali od razu. Natychmiast przerwali grę, ruszyli w kierunku stolika sędziowskiego, poinformowali delegata EHF o użyciu systemu VR. Choć pewnie i bez tego od razu pokazaliby obrotowemu Vardaru Skopje czerwoną kartkę. Tylko się upewnili, że innej kary być nie może.

Jankowski za chwilę tę kartkę zobaczył, został odesłany na trybuny. A dziś dostał kolejny wyrok - tym razem od europejskiej federacji.
Faul Polaka został bowiem zakwalifikowany jako wyjątkowo brutalny, zagrażający zdrowiu przeciwnika. "Europejska Federacja Piłki Ręcznej zadecydowała o zawieszeniu Wiktora Jankowskiego na dwa mecze w związku z bezpośrednią czerwoną kartką otrzymaną przez obrotowego w inauguracyjnym spotkaniu EHF EURO 2026 z Węgrami (21:29). W związku z tym, zawodnik nie będzie uprawniony do gry w pozostałych spotkaniach fazy grupowej ME 2026 z Islandią (18.01) i Włochami (20.01)" - poinformował Związek Piłki Ręcznej w Polsce.
- To dla mnie trudna sytuacja przy obsadzie tej pozycji, bo wczoraj ze względu na zawieszenie nie mógł grać Dawid Dawydzik, a teraz będzie brakować nam innego zawodnika - komentował selekcjoner reprezentacji Polski Jota Gonzalez. Hiszpan był podłamany po tym spotkaniu, to dla niego był debiut w roli trenera naszej kadry na wielkiej imprezie. - Nie mogłem spać przez całą noc. Wynik meczu z Węgrami jest dla nas trudny. Wiedziałem, że zagramy przeciwko świetnemu zespołowi, ale i tak jestem rozczarowany - zaznaczył, cytowany przez ZPRP.

Kara dla Jankowskiego oznacza, że w tych mistrzostwach Europy już raczej nie zagra. Chyba że stanie się cud - i Polacy w niedzielę pokonają faworyzowaną Islandią, a we wtorek - Włochy. Oba te mecze zaczną się w Kristianstad o godz. 18.













