25 nokautujących minut w starciu Polski z mistrzem świata. I sensacyjna druga połowa
Nie ma chyba w kobiecych sportach drużynowych, tych najbardziej popularnych, większych dominatorek niż Norweżki w piłce ręcznej. Mistrzynie świata, mistrzynie Europy, mistrzynie olimpijskie - dream team, który trzy miesiące temu wygrał wszystkie dziewięć spotkań na mundialu. I przez 25 minut pierwszej połowy rywalki były całkowicie poza zasięgiem Polek, w meczu EHF Euro Cup prowadziły w Lubinie dziewięcioma bramkami. W drugiej połowie zaczęły się jednak dziać rzeczy dużo bardziej przyjemne dla kibiców w wypełnionej hali na Dolnym Śląsku. A wręcz - bardzo zaskakujące.

Tegoroczne mistrzostwa Europy piłkarek ręcznych odbędą się w grudniu w pięciu krajach - i to jest nowość. Miała je zorganizować Rosja, ale po agresji na Ukrainę EHF jej turniej odebrała. I wyrzuciła ze sportowego świata.
Polska jest jednym z pięciu krajów, które ugoszczą te zawody. I jako współgospodarz nie musi grać w kwalifikacjach. Podobnie jak Norwegia, Dania i Węgry, trzy najlepsze ekipy w poprzednim EURO. Dla tej ósemki europejska federacja stworzyła rozgrywki EHF Euro Cup, mecz i rewanż w dwóch grupach. Jesienią nasz zespół pokonał na swoim terenie Słowację, później przegrał w Rumunii. Teraz przyszedł czas na dwumecz z Norwegią - najlepszą drużyną świata.
Dla selekcjonera reprezentacji Polski to też szczególne wydarzenie. Senstad jest Norwegiem, cenionym trenerem w swoim kraju. Z naszym zespołem pracuje siódmy rok, nie odniósł może wielkich sukcesów, ale też od potęg Biało-Czerwone już dość znacznie kadrowo odstają. Stąd i delikatne korekty w składzie Polek względem ostatniego mundialu w Holandii. Wynikające również z absencji Karoliny Kochaniak i Katarzyny Cygan, co osłabiało jednak drugą linię.
EHF Euro Cup. Polska grała z Norwegią w Lubinie. Kapitalna pierwsza połowa mistrzyń świata
Dla Norwegii takie rozgrywki to potencjalnie całkiem fajny poligon doświadczalny, ale jednak mistrzynie igrzysk, świata i Europy przyjechały do Lubina w bardzo mocnym składzie, z najlepszą zawodniczką globy Henny Reistad. I to ta rozgrywająca w 10 minut zdobyła cztery bramki, była nie do zatrzymania. A Polki? Magda Balsam już w 3. minucie nie pokonała Eli Raasok z rzutu karnego, a jeszcze została zatrzymana przy dobitce.
Przez kilka minut nasz zespół jakoś się trzymał, później różnica stała się bardziej wyraźna. Zwłaszcza gdy mistrzynie zacieśniły defensywę. Senstad poprosił o przerwę, tłumaczył swoim zawodniczkom, że powinny grać bliżej siebie. I jednak dłużej rozgrywać piłkę w ataku, bo ich zamiary Norweżki przewidywały.

Pierwszy kwadrans Polki przegrały 5:10, już wtedy było całkowicie jasne, że cudów nie należy oczekiwać od podopiecznych Senstada. Norweżki kapitalnie broniły, nie licząc dwóch rzutów z dystansu Pauliny Uścinowicz, były niemal bezbłędne. A i Eli Raasok solidnie prezentowała się w bramce. Mistrzynie świata co chwilę więc kontrowały, Barbara Zima, a po niej Adrianna Płaczek były po prostu bezradne.
Senstad szukał kolejnych rozwiązań, jednym z takich była gra na dwie obrotowe. I to pozwalało w końcu tworzyć przewagę na skrzydłach, ale co z tego. Daria Michalak długo czekała na swoją szansę, ale gdy ją dostała, pomyliła się raz, potem drugi. Trafiła dopiero za trzecią próbą. I pomyliła się przy czwartej.
Ładne wejście na boisko zanotowała jedna z debiutantek - Marcelina Polańska. Świetnie dograła do koła, Patrycja Noga wykorzystała okazję. Tyle że takich akcji było za mało. Choć z drugiej strony - Polki mierzyły się z najlepszą drużyną świata. O tym trzeba było pamiętać. A na dodatek szkoleniowiec mistrzyń świata Ole Gustav Gjekstad nie ułatwiał zadania, swoje gwiazdy trzymał na parkiecie. Te zaś prowadziły już 16:7.
Biało-Czerwone miały też dobre momenty, potrafiły zdobyć cudowną bramkę grając w podwójnym osłabieniu, trafiła znów Noga. I to też trzeba docenić. A że skończyło się to pół godziny gry rezultatem 11:18? To trzeba zaakceptować, tyle dzieli pierwszą drużynę na świecie od jedenastej.

Drugą połowę Polki zaczęły od pierwszego w meczu trafienia Moniki Kobylińskiej, ale i dwóch kapitalnych parad Płaczek. Senstad zmienił skrzydła, ale przede wszystkim dużo lepiej zaczęła się spisywać defensywa. I to właśnie sprawiło, że nagle nasz zespół zaczął odrabiać straty. Trafiła przez całe boisko Aleksandra Rosiak, za moment debiutancką bramkę zanotowała w kadrze Paulina Kuźmińska, wreszcie z karnego trafiła Balsam. I w 39. minucie nasz zespół przegrywał 16:20. A zdenerwowany Gjekstad poprosił o kolejną przerwę.
Na kwadrans przed końcem nasz zespół przegrywał 20:25, miał piłkę, radził sobie nawet w osłabieniu. A to znaczyło, że z tych 15 minut Senstad mógł być dumny, wygraliśmy ten okres 9:7. To się naprawdę mogło podobać.
Skończyło się na siedmiu bramkach różnicy, nasz zespół przegrał 24:31. Druga połowa zakończyła się remisem, a mogła minimalną wygraną Polek, gdyby Balsam złapała piłkę po wrzutce w ostatniej akcji.
Rewanż w sobotę w Norwegii.
Polska - Norwegia 24:31 (11:18)
Polska: Zima, Płaczek - Kostuch, Polańska 2, Olek 1, Noga 2, Kobylińska 4, Janas, Rosiak 4, Domagalska, Kuźmińska 1, Balsam 3 (1/2 z karnych), Pankowska 1, Nosek 1, Michalak 2, Uścinowicz 3.
Kary: 10 minut. Rzuty karne: 1/2.
Norwegia: Raasok, Krogh - Hulleberg, Kristiansen 3, Obaidli 1, Skogrand 3, L. Rushveldt Deila 1, Breistol 5, Reistad 9 (4/4), Hovden 2, Hesselberg, Wollik 5, Muri 1, Magnussen, Hogseth 1.
Kary: 2 minuty. Rzuty karne: 4/4.












