Reklama

Reklama

Vive Kielce pokonało już Veszprem w Final4, a kibice mogli dostać zawału

Jeśli polski kibic chce się pocieszyć i powspominać jakieś wyjątkowe osiągnięcie naszych sportowców, wpisuje w wyszukiwarce "Kielce Veszprem 2016". Wchodzi i ogląda chyba najbardziej niesamowity pojedynek w decydującym starciu o klubowy Puchar Europy. W finale Ligi Mistrzów Vive Kielce pokonało bowiem po rzutach karnych Telekom Veszprem, choć na niespełna kwadrans przed końcem traciło do rywala dziewięć bramek. Dziś o godz. 15.15 kolejne starcie tych drużyn w Kolonii - w półfinale Ligi Mistrzów. Transmisja w Eurosporcie.

Była 46. minuta finału Ligi Mistrzów między Telekomem Veszprem i Vive Tauron Kielce, gdy Andreas Nilsson wykorzystał świetne podanie od Momira Ilicia i pewnym rzutem z kozłem pokonał Sławomira Szmala. Mistrz Węgier prowadził 28-19 i praktycznie mógł świętować zdobycie pierwszego w historii tytułu klubowego mistrza Europy. A jednak stało się coś, co przeszło do historii piłki ręcznej i napisało najpiękniejszą kartę w klubowej kronice Vive Kielce.

Bogacze z Paryża pokonani - Vive pisze historię

29 maja 2016 roku polski klub po raz pierwszy w historii zagrał w finale Ligi Mistrzów. Zrobił to w wielkim stylu, bo dzień wcześniej ograł 28-26 galaktyczny PSG, z Mikkelem Hansenem, Nikolą Karabaticiem, Lukiem Abalo, Thierrym Omeyerem, Igorem Vori czy Danielem Narcissem. Mecz może nie był piękny, ale emocje - ogromne. Podobnie jak w ćwierćfinałowych starciach z Flensburgiem, gdy o awansie decydował jeden rzut Krzysztofa Lijewskiego. W decydującym pojedynku o klubowy pPchar Europy czekał Telekom Veszprem - rywal niezbyt kielczanom pasujący. Owszem, raz go pokonali, ale przeważnie to Węgrzy byli górą.

Reklama

Oni też byli faworytem finału i po ich myśli układało się to spotkanie. Dość szybko odskoczyli na trzy bramki, później cztery, ale pod koniec pierwszej połowie mistrzowie Polski zaczęli łapać właściwy rytm. W 25. minucie Tobias Reichmann trafił ze skrzydła na 12-13 i sytuacja była już niezła. Wróciły jednak wcześniejsze grzechy, Węgrzy wygrali pierwszą połowę 17-13. A prawdziwy kataklizm przyszedł później.

Co się dzieje z Kielcami? Tragedia na parkiecie

 W drugiej połowie błędy kielczan mnożyły się bowiem na potęgę - każdy w ataku oznaczał kontrę i zagrożenie dla Sławomira Szmala, który chyba jako jedyny w polskiej ekipie trzymał poziom. W 43. minucie Cristian Ugalde po kontrze trafił na 26-17, choć jego zespół grał wtedy w osłabieniu. Nikt rozsądny nie powiedziałby wtedy, że mogą być jeszcze jakieś emocje. Węgrzy grali jak w transie, robili co chcieli. Na kwadrans przed końcem mieli znów dziewięć bramek przewagi (28-19), trener Vive Tałant Dujszebajew nerwowo coś tłumaczył na ławce Michałowi Jureckiemu, który pozostawał bez gola. Z trybun słychać było tylko głośne "Vesz-prem!". Nawet trafienie Mateusza Jachlewskiego, a później kolejne Reichmanna niewiele zmieniało. Ale gdy Ugalde dostał karę dwóch minut, a Reichmann po raz kolejny trafił ze skrzydła, a po kilkunastu sekundach rzucił przez całe boisko do pustej bramki, kielecka część trybun też ożyła. Było 10,5 minuty do końca i pięć bramek różnicy.

Wyrównali, mogli prowadzić i... zmarnowali dwa karne

To nie był koniec cudownego zwrotu akcji. Znakomicie bronił Szmal, do gry włączyły się kieleckie strzelby, czyli Michał Jurecki i Karol Bielecki, sprytem imponował Uroš Zorman. A gdy na cztery minuty przed końcem z karnego wyrównał Bielecki, kielecka część trybun oszalała. Bynajmniej była to dopiero pierwsza część wielkich emocji. Vive mogło bowiem zdobyć dziesiątą bramkę z rzędu i objąć prowadzenie - na 2,5 minuty przed końcem Bielecki znów rzucał karnego. Tym razem przegrał pojedynek z Mirko Aliloviciem, a Veszprem w końcu przełamało swoją niemoc potężnym rzutem z 10 metrów Momira Ilicia, dziś... trenera Telekomu. Na 75 sekund przed końcem Lijewski wywalczył kolejną "siódemkę". Do piłki podszedł już nie Bielecki, a Manuel Štrlek, obecnie... podopieczny Ilicia w zespole z Veszpremu. Dujszebajew nie patrzył nawet, jak jego skrzydłowy przegrywa pojedynek z bramkarzem, a Węgrzy przejmują piłkę.

Rywale znów mieli wszystko w swoich rękach. Na 35 sekund przed końcem Xavier Sabate, teraz pracujący w Płocku, poprosił o przerwę. - Trzymajcie, żeby nie było bramki - wyjaśniał swoim graczom trener Vive. I nie było, Piotr Chrapkowski zablokował rzut Arona Palmarssona. Spóźniony Dujszebajew poprosił o przerwę  - jego graczom zostało dziesięć sekund na wyrównanie. Węgrzy spodziewali się ustawienia akcji pod rzutem Bieleckiego, ewentualnie dogrania na koło do Julena Aguinagalde. Kielczanom trochę nie wyszła ta akcja, ale jej finisz był znakomity - faulowany Krzysztof Lijewski pięknym rzutem w okienko doprowadził do dogrywki. On też dzisiaj będzie w Kolonii - jest asystentem Dujszabajewa.

Julen Aguinagalde dał Kielcom Puchar Europy

Dogrywka nie przyniosła rozstrzygnięcia, choć w niej - paradoksalnie - bliżej zwycięstwa byli kielczanie. W połowie dodatkowego czasu przegrywali co prawda 32-33, ale już na 80 sekund przed końcem Aguinagalde wyprowadził Vive na prowadzenie 35-34. Kielczanie świetnie się bronili, ale w samej końcówce stracili wykluczonego Chrapkowskiego, a na trzy sekundy przed końcem gola na wagę rzutów karnych.

Seria siódemek nie układała się najlepiej - po pierwszej kolejce Veszprem prowadził 1-0. Później jednak Marin Šego i Sławomir Szmal obronili po rzucie rywali, aż w końcu Aguinagalde zapewnił mistrzowi Polski zwycięstwo. Nigdy wcześniej polski klub nie osiągnął czegoś tak wielkiego w europejskich rozgrywkach. I nigdy później. Choć kto wie, być może w niedzielę to się zmieni.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL