Trzy bramki decydowały o awansie w dwumeczu mistrza Polski. Horror w Płocku
W środę z Ligą Mistrzów pożegnała się Industria Kielce, po dramatycznej końcówce, choć wszystkie karty miała już w swoich rękach. Dziś tegoroczna edycja mogła zakończyć się dla Orlenu Wisły Płock, która przed tygodniem przegrała ze Sportingiem w Lizbonie czterema bramkami, a dziś po kwadransie w swojej hali przegrywała też 5:9. Zryw mistrzów Polski sprawił, że jeszcze przed przerwą nastroje w Orlen Arenie znacznie się poprawiły. A w końcówce spotkania "Nafciarze" walczyli o sportowy cud.

Industria Kielce musiała w środę odrabiać trzy bramki straty z zeszłego tygodnia, bo tyloma przegrała w Segedynie. I w końcówce rewanżu miała już cztery gole zaliczki, prowadziła akcję. By w kilkadziesiąt sekund zawalić trud całego sezonu.
Mistrzowie Polski z Płocka byli w jeszcze trudniejszej sytuacji, bo tydzień temu przegrali w Lizbonie ze Sportingiem 29:33. Wtedy zostali zdemolowani w pierwszej połowie, w drugiej tracili już 10 bramek. A później większość strat odrobili, to dało nadzieję, ze w Orlen Arenie będą jednak w stanie wywalczyć awans do ćwierćfinału. Tam czekał już duński Aalborg.
Tymczasem po kilku minutach spotkania na Mazowszu mistrz Portugalii wygrywał 5:1. A po kwadransie nadal miał taką zaliczkę. Sytuacja "Nafciarzy" nie była różowa.
Liga Mistrzów. Trudne zadanie mistrza Polski. Fatalny początek wysokie prowadzenie Sportingu w Płocku
W środę w Kielcach cztery pierwsze bramki zdobyli gracze Picku Segedyn, dziś w Płocku trzy trafienia poszły na konto gości z Lizbony. Można było odnieść wrażenie, że presja wiąże mistrzom Polski ręce i nogi. Zwłaszcza w ataku, bo egipski bramkarz Mohamed Aly bronił ich rzuty jak natchniony. Z pierwszych siedmiu odbił aż pięć, w tym rzut karny Melvyna Richardsona. W 9. minucie gospodarze przegrywali 1:5. I to bynajmniej nie za sprawą fenomenalnego duetu braci Costa: Francisco i Martima. Sporting miał w tym okresie więcej atutów.

Po kwadransie było 5:9, po kolejnej stracie gospodarzy Sporting znów miał piłkę w ataku. Nic w tym momencie nie wskazywało, by mistrzowie Polski mieli przystąpić do konfrontacji z Aalborgiem.
Mały sygnał dał drugą udaną interwencją w tym meczu Torbjorn Bergerud, za moment Miha Zarabec wywalczył rzut karny. Do piłki podszedł Michał Daszek, nie wytrzymał presji. "Naciarze" się denerwowali, choć wciąż walczyli w obronie. I tylko to trzymało ich jeszcze w grze. Pudłowali bowiem na potęgę, Kosorotow też nie pokonał egipskiego bramkarza z karnego.
O dziwo, w 24. minucie obie drużyny dzieliło tylko jednio trafienie - ze skrzydła trafił doświadczony Przemysław Krajewski, jeden z płockich bohaterów drugiej połowy w Lizbonie. Ricardo Costa, opiekun mistrza Portugalii, też widział, że jego drużyna nie radzi sobie z płocką defensywą. Wziął czas, jego zespół spróbował wrzutki, nie wyszło. A Fazekas wyrównał na 10:10. Teraz wynik nie wyglądał już tak źle.
A za chwilę było już bardzo dobrze. Świetną zmianę dał Kosorotow, wyciągał z obrony Kiko Costę, a gdy ten nie wychodził, zagrywał na skrzydło do Krajewskiego. No i Bergerud zaszalał - broniąc nogami karnego Thorkelssona, a później ręką dobitkę młodszego Costy. Wiślacy uciekli na 13:10, pierwszą połowę wygrali 13:11. Odrobili połowę strat z pierwszego spotkania.
Wydawało się, że mistrzowie Polski złapali już swój rytm, w 33. minucie Kosorotow podwyższył na 15:12, za moment gospodarze mieli dwie akcje, by w dwumeczu doprowadzić do remisu.

Zepsuli je, a później popsuła się też ich cała gra. Dość powiedzieć, że w 39. minucie to gości znów wygrywali - 16:15, po rzucie Salvadora. Zdenerwowany Sabate momentalnie poprosił o przerwę.
Ponownie więc "Nafciarze" musieli więc gonić rywali. Na kwadrans przed końcem, gdy Mitja Janc minął defensywę rywali, ale jego rzut obronił Mohamed Aly. Słoweniec upadł, sędziowie z Czarnogóry pokazali grę od bramki. Poszli jednak sprawdzić zapis wideo - po długiej analizie uznali faul Christiana Mogi. Potężny defensor Sportingu dostał trzecią karę, to oznaczało czerwoną kartkę. A z karnego Richardson trafił na 20:18.
Na 11 minut przed końcem było jednak 20:20. Płocczanie potrzebowali czterech trafień, by doprowadzić do rzutów karnych.

Szło im jednak po grudzie - co trafili, to goście z Lizbony za chwilę odpowiadali. W 54. minucie ta ich passa się skończyła - Kiko Costa nie pokonał z karnego Bergeruda. A Fazekas rzucił na 25:23. I aż szkoda, że sędziowie z Czarnogóry zatrzymali kolejną kontrę Płocczan...
A tak sytuacja się skomplikowała, mistrzowie Polski nie wykorzystali swojej akcji. A później stracili i bramkę, i Leona Susnję, wyrzuconego na dwie minuty. Gdy zaczynały się ostatnie trzy minuty, prowadzili tylko 26:25. Potrzebowali jeszcze trzech bramek.
Cuda w piłce ręcznej się zdarzają. Tym razem nie się taki nie wydarzył. Rzucił Salvador, nie rzucił z dystansu Zoran Ilić. Na niecałe dwie minuty przed końcem było już jasne, że z Aalborgiem zagra Sporting.
Orlen Wisła Płock - Sporting Lizbona 28:27 (13:11)
Orlen Wisła: Bergerud (8/34 - 24 proc.), Alilović (0/1 - 0 proc.) - Kosorotow 7 (0/1 z karnego), Richardson 4 (3/4), Fazekas 4, Janc 3, Krajewski 3, Ilić 3, Dawydzik 2, Serdio 1, Zarabec 1, Daszek (0/1), Šušnja, Samoiła, Mihić, Szita.
Kary: 8 minut. Rzuty karne: 3/6.
Sporting: Aly (13/40 - 32 proc.), Kristensen (0/1 - 0 proc.) - F. Costa 8 (3/4), M. Costa 7, Salvador 5, Silva 2, Gassama 2, Gurri 1, Thorkelsson 1 (0/1), Romero 1, Berlin, Alvarez, Suarez, Martinez, Branquinho, Moga.
Kary: 6 minut. Rzuty karne: 3/5.
Pierwsze spotkanie: 33:29 dla Sportingu. Awans: Sporting.












