To miał być mecz sezonu Industrii. 72 bramki w Kielcach. Jedna niewiadoma mniej w LM
Sensacyjnie wygrywając sześć dni temu w Berlinie, Industria Kielce otworzyła sobie drogę do zajęcia trzeciego miejsca w grupie A Ligi Mistrzów. I uprzywilejowanej pozycji w walce o ćwierćfinał. Tyle że triumf w Niemczech pewnie na niewiele by się zdał, gdyby dziś wicemistrzowie kraju przegrali w Hali Legionów ze Sportingiem Lizbona. Nic dziwnego, że trener Tałant Dujszebajew nazywał to spotkanie "starciem sezonu". Wiedział co mówi, a jego podopieczni swoją robotę wykonali wzorowo. Pozostał jeszcze jeden krok.

Ewentualna wygrana Kielczan w środowy wieczór w Hali Legionów sprawiała, że Industria w 1/8 finału na pewno nie wpadłaby na Orlen Wisłę Płock. Nie byłoby już bowiem możliwości, by Sporting Lizbona zdołał wicemistrza Polski wyprzedzić. Stąd tak bojowe nastawienie w Kielcach. I jednocześnie niepewność, jak uda się zakamuflować brak Alexa Dujszebajewa, który znów przecież był motorem napędowym w ofensywie. A wypadł na półtora miesiąca po kontuzji odniesionej w końcówce meczu w Berlinie.
Dziś w składzie znaleźli się zaś: Klemen Ferlin, Arkadiusz Moryto, Dylan Nahi czy Piotr Jędraszczyk, których brakowało w niedzielę w Kielcach. Zwłaszcza powrót francuskiego lewoskrzydłowego miał olbrzymie znaczenie. A Nahi pokazał, że może i czasem można mieć do niego sporo uwag, ale jednak w składzie Industrii ciężko go zastąpić.
A Sporting? Drużyna o olbrzymich możliwościach w ofensywie - za sprawą braci Costa: Martima i Kiko. Gwiazd reprezentacji Portugalii, na których od dawna poluje Barcelona. A jednocześnie drużyna z problemami w defensywie, za to grająca bardzo szybko. Dziś po godz. 20.30 w tabeli dzielił te dwie ekipy zaledwie jeden punkt.
Liga Mistrzów. Industria Kielce - Sporting Lizbona. Popis Szymona Sićki
Strzelecki festiwal w Hali Legionów zaczął starszy z braci Costa - Martim. Dość szybko jednak okazało się, że wicemistrzowie Polski też mają czym odpowiedzieć z drugiej linii, a ostatnia dyspozycja strzelecka Szymona Sićki - w Berlinie i Płocku - nie była przypadkowa. A gdy on odpala pociski z dystansu, momentalnie rywale muszą trochę odpuścić pilnowanie obrotowego. Z tego zaś Kielczanie korzystali.

Odskoczyli po upływie 10 minut - i rzucie karnym, który Orri Thorkelsson wpakował w poprzeczkę. Za chwilę w odstępie minuty trzech graczy z Lizbony dostało kary dwóch minut, do tego napomniany został trener Ricardo Costa. Piotr Jarosiewicz trafił z karnego na 10:7, ale tej gry w przewadze jeszcze wtedy nie udało się jakoś poważniej przenieść na wynik. M.in. za sprawą umiejętności Kiko Costy, który jeszcze dodatkowo "wyrzucił" na ławkę kar Benoita Kounkouda.
Gdy zaczynał się drugi kwadrans, młodszy z braci Costa trafił z karnego na 11:9, patrząc od strony gospodarzy. W 23. minucie było 16:9, z karnego znów rzucił Jarosiewicz. Wtedy jeszcze nie było jakichś spektakularnych interwencji Klemena Ferlina, goście raczej sami zaczęli obijać obramowanie bramki. A później już Słoweniec wskoczył na wyższy poziom, czego nie można powiedzieć o bramkarzach Sportingu.
Samo spotkanie wyglądało dość dziwnie - Sporting grał szybko, jego gracze odnajsywali dziury w defensywie Kielc, ale jednocześnie popełniali zaskakujace błędy. I stanęli na tych swoich dziewięciu bramkach. Licznik Industrii cały czas zaś się zwiększał, po trafieniu Piotra Jarosiewicza Kielczanie odskoczyli na 16:9. To już była ogromna zaliczka.
W końcówce pierwszej połowy trener gospodarzy był jednak zły na swój zespół. Podanie do nikogo Vlaha, niezłapana piłka przez Karalioka, dwie inne pomyłki - i już ze stanu 19:13 zrobiło się 19:16. A że mistrz Portugalii potrafi w kilka minut odrobić większą stratę, przekonali się tydzień temu Duńczycy z Aalborga.

W pierwszej połowie bracia Costa zdobyli 11 z 16 bramek gości, te pozostało dołożyli Salvador i Jan Gurri. Gospodarze mieli bardziej zrównoważone te proporcje, to było też widać na boisku. Po przerwie nadal szalał w ofensywie Sićko - albo trafiał, albo asystował. Ale opcji gospodarze mieli dużo więcej. Trochę niepokoił uraz Daniela Dujszebajewa, ale znów nieźle radził sobie Jorge Maqueda.
Na kwadrans przed końcem Kielczanie prowadzili 30:25, za chwilę Edney Silva Oliveira zdobył kolejną bramkę, a Jarosiewicz pomylił się z karnego. Wciąż to spotkanie nie było rozstrzygnięte, zwłaszcza że goście bronili już i wyżej, i agresywniej.
Na całe szczęście Industria miała Adama Morawskiego - tak jak w niedzielę w Płocku, tak i dziś w końcówce miał swoje znakomite momenty. A jeszcze w 50. minucie czerwoną kartkę dostał podstawowy obrońca gości Christian Moga - uderzył w twarz Maquedę.
Kielczanie już tego nie wypuścili. We wrześniu w Lizbonie przegrali 37:41, teraz role się odwróciły. Industria zapewniła sobie co najmniej piąte miejsce w grupie A. Za osiem dni w Trondheim powalczy o coś więcej.
Dokładny zapis relacji na żywo z meczu Industria Kielce - Sporting Lizbona można znaleźć tutaj.
Industria Kielce - Sporting Lizbona 39:33 (20:16)
Industria: Ferlin (3/24 - 12 proc.), Morawski (4/16 - 25 proc.) - Sićko 9, Jarosiewicz 5 (2/4 z karnych), Nahi 5, Vlah 4 (1/1), Maqueda 3, Moryto 3, Monar 3, Kounkoud 2, D. Dujszebajew 2, Karaliok 2, Olejniczak 1, Jędrasczyk, Latosiński, Rogulski.
Kary: 6 minut. Rzuty karne: 3/5.
Sporting: Kristensen (7/32 - 22 proc.), Aly (4/18 - 22 proc.) - M. Costa 10, K. Costa 6 (3/5), Gurri 5, Alvarez 4 (1/1), Salvador 4, Silva 3, Thorkelsson 1 (0/1), Berlin, Martinez, Gassama Cissokho, Branquinho, Monteiro, Moga, Romero.
Kary: 14 minut. Rzuty karne: 4/7.











