Reklama

Reklama

Reprezentacja Polski. Iskra nadziei, że jeszcze ręczna nie umarła

Pisać trudno, gdy oczy bolą od przecierania. Przecierania ze zdumienia, po tym czym uraczyła nas reprezentacja Polski w meczu z Serbią w eliminacjach do mistrzostw Europy, które odbędą się w styczniu w Chorwacji. Odbędą się bez nas, bo remisując w Niszu z Serbią 34-34 "Biało-czerwoni" stracili, i tak tylko matematyczne, szanse awansu. Awansu nie ma, ale jest coś innego. Iskra nadziei, że jeszcze ręczna nie umarła.

Dobry w ich wykonaniu mecz, emocjonujący, trzymający w napięciu do samego końca, w którym do samego końca mieli szansę na zwycięstwo. Właściwie to trzeba by napisać, że nasz zespół tę szansę zmarnował, bo prowadził przez większość spotkania, w końcówce dwoma golami, a jedyną rzeczą, której nie sposób zrozumieć, to ostatnie siedem sekund. Po niecelnym rzucie, chyba Petara Nenadića, "Biało-czerwoni" mieli właśnie siedem sekund na akcję, ale akcji nie podjęli. Trudne to było jak diabli, ale walczy się do końca. Tyle, że tak napisać nie wypada i nie można, bo przez cały mecz polski zespół wykonał kawał dobrej roboty, a tym razem nie o wynik tak naprawdę chodziło.

Reklama

Wydaje się, że nowy szkoleniowiec Piotr Przybecki znalazł sposób na ten zespół. Po ostatnich, traumatycznych, przeżyciach to chyba rzeczywiście sposób jedyny. Mądrzy po szkodzie możemy napisać, że jego pomysł, prawda że wymuszony rezygnacjami z gry w kadrze, okazuje się, na razie, na dziś, całkiem niegłupi. Nie mieszał młodych ze starymi, doświadczonych z beniaminkami. Pozbawieni całkowicie wsparcia starszych (ew. starych) gwiazd, młodzi Polacy spisali się bardzo dobrze. Trudno od nich więcej wymagać. Grali na luzie, grali szybko, grali odważnie. Wiedzieli, że nikt za nich tej roboty nie "odwali". Płynność niektórych akcji była imponująca. Musieli i dali radę. W cywilizowanych kulturach piłki ręcznej w Europie nasi dzisiejsi reprezentanci wchodziliby stopniowo do drużyny prowadzonej przez starszych. Ale u nas jest po naszemu, czyli na opak. Grę prowadził 22-letni Michał Potoczny, na skrzydle grał 19-letni Arkadiusz Moryto albo 21-letni Jan Czuwara, na rozegraniu Paweł Genda (23), a do tego paru innych.

Widać było, że ten zespół się w znakomitej większości przypadków rozumie, nadaje na tej samej częstotliwości i co lepsze, zdaje się rozumieć, czego wymaga od nich trener. Zacierali ręce szefowie francuskiej Tuluzy, którzy wyciągnęli z Azotów Puławy Rafała Przybylskiego (osiem bramek). Zacierali ręce szefowie płockiej Wisły oglądając siedem trafień Przemysława Krajewskiego i włodarze niemieckiego Magdeburga, gdzie od nowego sezonu będzie grać Piotr Chrapkowski. To zresztą symptomatyczne odwrócenie sytuacji w kadrze i jego roli - w Kielcach i w kadrze pod wodzą Tałanta Dujszebajewa "Chrapek" był ograniczany tylko i wyłącznie do gry w defensywie - w środę przypomniał sobie i kibicom, że zanim trafił do Kielc był znakomitym rzucającym rozgrywającym.

Środowy mecz był nieco wariacki, im bardziej solidny w ataku tym bardziej dziurawy w obronie - prawie 40 bramek z obu stron tylko w pierwszej połowie świadczy o tym najdobitniej. Właśnie w obronie Polakom trochę zabrakło jakości, by w Niszu wygrać. Ale wybrzydzać nie ma co, choć i z przesadnym optymizmem też trzeba ostrożnie. Trzeba poczekać, jak ten zespół będzie się rozwijał, jak spisze się mocniejszymi przeciwnikami, jak zagra, gdy będzie grać pod presją. Czasu na razie jest dość. Na razie chłopaki Piotra Przybeckiego rozpalili iskrę nadziei i rozpalili ją solidnie. Ale to nadal tylko iskra.

Już w niedzielę (godz. 14.30) w gdańsko-sopockiej Ergo Arenie starcie z rywalem, któremu na wygranej będzie zależało ogromnie - z Rumunią.

Leszek Salva

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL