Reklama

Reklama

Polskie piłkarki ręczne - twardzielki na parkiecie, anioły w hospicjum

Po meczach liczą siniaki, ale poza parkietem zamieniają się w kobiety o gołębim sercu. Pomagają, odwiedzają dzieci, etatowo pracują ze śmiertelnie chorymi. I to także dla nich chciały dzisiaj awansować do finału mistrzostw świata. "Biało-czerwone" przegrały ostatecznie z Holandią 25-30.

Zaczęło się od Lublina i franciszkanina Filipa Buczyńskiego. Duchowny, a także kibic piłki ręcznej od lat jest przy ciężko chorych i umierających dzieciach. Założył Lubelskie Hospicjum dla Dzieci im. Małego Księcia. Jak czytamy na stronie, to jedyne w Polsce południowo-wschodniej domowe hospicjum dla dzieci. Zostało powołane, aby objąć domową opieką dzieci i młodzież z chorobami nowotworowymi oraz innymi nieuleczalnymi i postępującymi schorzeniami. 

- Współpracujemy z klubem SPR Lublin, a nasi podopieczni mają swoje miejsce na trybunach - opowiada Interii ojciec Buczyński.

Reklama

Najmocniej w pomoc zaangażowane były Alina Wojtas (nieobecna na mistrzostwach świata z powodu kontuzji) i bramkarka Weronika Gawlik, bohaterka ćwierćfinałowego spotkania z Rosjankami. - Często odwiedzały dzieci, spędzały z nimi czas. Mocno nas wspierały - opowiada Buczyński.

Żałoba

W lubelskim hospicjum pracę zaczynała także Małgorzata Stasiak. Tam odbyła praktyki, a dziś na stałe pomaga chorym.

W 2013 r. Stasiak przeniosła się z Lublina do Szczecina i od razu zapytała, czy w nowym klubie również będzie mogła pomagać. Menedżer Pogoni Baltica Szczecin zadzwonił do Zachodniopomorskiego Hospicjum dla Dzieci i Dorosłych i tak kolejny raz została wolontariuszką. Zajmuje się dorosłymi chorymi na nowotwory.

 A to niełatwa praca. Większość ludzi chce pomagać dzieciom, zdecydowanie mniej zgłasza się do wspierania dorosłych. Zdarza się, że niektórzy wolontariusze z czasem rezygnują, bo nie są w stanie znieść bólu, który łączy się z towarzyszeniem w nieuleczalnej chorobie, a także ze śmiercią pacjenta.

- Przeżywają coś na kształt żałoby - mówi w rozmowie z Interią Kinga Krzywicka, prezes hospicjum, w którym pracuje Stasiak.


Czytaj dalej


Stasiak jednak nie zrezygnowała i dziś pracuje na umowie-zleceniu. Rano jeździ po domach pacjentów, później idzie na trening.

- Po pierwszych wizytach Małgosi pacjenci podkreślali, że jest bardzo silna, co ma spore znaczenie w pracy fizjoterapeuty. To nie dziwi, w końcu niemal codziennie trenuje bardzo kontaktową dyscyplinę sportu. To sympatyczna i bezpośrednia osoba, a właśnie takich cech wymaga nasza praca. Proszę pamiętać, że zawsze to my jesteśmy gośćmi w domu podopiecznego, więc komunikatywność i dobre relacje są szczególnie ważne, bo wchodzimy w czyjeś środowisko - podkreśla Krzywicka.

Stasiak pomaga też w organizowaniu akcji ze sportowcami. Przekonywała ich, by wzięli udział w koncercie charytatywnym "Głosy dla Hospicjum", który miał formułę karaoke. Zaprosiła ich też do czytania baśni dzieciom.

- Jest naszym dobrym duchem. Gdy tylko potrzebujemy, to zawsze pomaga. Ma wśród sportowców rozległe kontakty i to nadal jest przestrzeń dla jej wolontariatu - mówi Krzywicka.                                             

Piłkarkom ręcznym pewnie częściej zdarza się uronić łzę z powodu pracy niż na parkiecie. Mimo że właśnie toczą bardzo ciężkie boje, z których nie da się wyjść bez siniaków. Polki dzięki ostrej walce doszły aż do półfinału mistrzostw świata, w którym dzisiaj przegrały z Holandią.

Autor: Piotr Jawor


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje