Reklama

Reklama

Piłka ręczna. Mariusz Jurasik dla Interii: To może być gwóźdź do trumny

- Nie chcę być złym prorokiem, ale po pandemii może być ciężko z utrzymaniem w Polsce ligi zawodowej. Uważam, że byłoby lepiej, gdyby przez najbliższe dwa, trzy lata wrócić do ligi półprofesjonalnej, niż gdyby kilka klubów musiało upaść z powodu niespełnienia wymogów licencyjnych - mówi w rozmowie z Interią były reprezentant Polski w piłce ręcznej, były zawodnik m.in. Vive Kielce Mariusz Jurasik.

Zbigniew Czyż, Interia: Panie Mariuszu jak panu mija kwarantanna?

Mariusz Jurasik: - Na szczęście ja i wszyscy w rodzinie są zdrowi, wbrew pozorom nie mam zbyt dużo czasu wolnego. Obecnie pracuję w Szkole Mistrzostwa Sportowego w Kielcach i ciągle jestem w pracy, tyle że zdalnie. Bardzo dużo czasu spędzam przed komputerem.

Można takie "sportowe" zajęcia z młodzieżą prowadzić skutecznie?

- Staramy się, żeby chłopcy coś robili sami indywidualnie, wiadomo, że całkiem dobrego treningu nie da się zrobić, bo jest to gra zespołowa, a nie indywidualna. Pracujemy nad siłą i wydolnością, robimy wszystko, żeby tego czasu całkiem nie zmarnowali.

Reklama

Wiemy już, że nasza męska reprezentacja nie wystąpi na przyszłorocznych mistrzostwach świata w Egipcie, zarówno prekwalifikacje jak i faza play-off zostały odwołane, jak pan ocenia taką decyzję?

- Uważam, że jest ona niesprawiedliwa. Myślę, że jest jeszcze tak dużo czasu do mistrzostw świata, że EHF, gdyby tak naprawdę chciała, to znalazłaby dogodny termin. Meczów do rozegrania nie zostało zbyt wiele. Można było dać szansę zespołom, które miały walczyć o awans. Co zrobić, musimy to jednak zaakceptować i żyć z tym dalej. Pewnie światowa federacja już nie zmieni tej decyzji. Na przełomie siedmiu, ośmiu miesięcy spokojnie można było znaleźć jeszcze dwa terminy, żeby te eliminacje przeprowadzić.

Wiadomo też, że w grudniu odbędzie się Final Four w Lidze Mistrzów piłkarzy ręcznych i że nie odbędą się mecze we wcześniejszych rundach. Straciły na tym między innymi dwa polskie zespoły PGE Vive Kielce i Orlen Wisła Płock. Ta decyzja również nie jest do końca sprawiedliwa?

- Tutaj zadowolone mogą być tylko cztery zespoły, które pojadą do Kolonii na finał i to nie do końca. Na pewno nie jest to fair wobec wszystkich, choć z drugiej strony w dobie pandemii ciężko jest znaleźć złoty środek, żeby wszystkich zadowolić. Nie za bardzo wiem, jak Final Four w grudniu będzie wyglądało. Wielu zawodników zmienia barwy klubowe, na przykład Mirsad Terzic, który od nowego sezonu będzie grał w Orlen Wiśle Płock, a do tej pory reprezentował barwy węgierskiego Telekomu Veszprem, które ma w tym finale wystąpić. Nie wiadomo też, czy turniej odbędzie się z kibicami czy bez. Widać, że EHF robi wszystko, żeby finał się odbył chociażby ze względów finansowych. Natomiast grafik będzie niezwykle napięty. We wrześniu ma wystartować przecież kolejna edycja Ligi Mistrzów.

Jest pan blisko kieleckiej piłki ręcznej, naszego eksportowego zespołu PGE Vive Kielce. Jak według pana będzie wyglądać najbliższa przyszłość mistrza Polski? Wiemy już, że zawodnicy doszli do porozumienia w sprawie obniżenia kontraktów, jednak właściciel klubu Bertus Servaas z powodu pandemii sporo straci też w swoim biznesie, a to z kolei może się przełożyć na kondycję szczypiorniaka w Kielcach. Nie wiadomo także, w jakim wymiarze finansowym miasto będzie się mogło angażować w sport.

- No właśnie, nie ma różowej wizji nie tylko dla Vive, ale też dla żadnego klubu. Nie jestem od tego, aby wydawać jakieś wyroki. Natomiast życzyłbym sobie, pewnie tak jak wszyscy kibice tej dyscypliny sportu, żeby taki klub jak Vive przetrwał, ponownie się odbudował i żebyśmy mogli się cieszyć i chwalić, że mamy jeden z najlepszych klubowych zespołów w piłce ręcznej na świecie. Nie jest kolorowo, cieszymy się, że zawodnicy, sztab szkoleniowy i sztab medyczny zgodzili się na obniżenie zarobków, mam nadzieję, że pandemia szybko się skończy i wszystko wróci do normalności.

Miał pan w ostatnim czasie kontakt z Krzysztofem Lijewskim, który ma podobno zostać w PGE Vive asystentem trenera Tałanta Dujszebajewa?

- W środę wybieramy się na ryby, to się go zapytam (śmiech). To są na razie plotki, ale jak wiemy w każdej plotce jest jakieś źródło prawdy dlatego poczekajmy. Nie wiem, czy Krzysiek dostał taką propozycję, czy nie.

Jak według pana będzie wyglądać najbliższa przyszłość w polskiej piłce ręcznej? Prezes Polskiego Związku Piłki Ręcznej Andrzej Kraśnicki w ubiegłym tygodniu mówił nam, że kilka klubów może mieć poważne problemy, aby w przyszłym sezonie wystartować w Superlidze. O niektórych ośrodkach możemy już mówić, że problemy będą nieuniknione?

- Myślę, że te zespoły, które w poprzednim sezonie miały problemy z dopięciem budżetu teraz będą w jeszcze większych tarapatach. Takich klubów może być naprawdę bardzo dużo, nie chcę za bardzo wymieniać ich nazw, ale chodzą głosy, że na przykład Legionowo już próbuje prosić kibiców o wsparcie, bo mogą mieć problemy z grą nawet w pierwszej lidze. Jak wiadomo, nie było teraz awansów i spadków, ale w obecnej sytuacji nie jest wykluczone, że dojdzie do powiększenia Superligi. Z drugiej strony zespołów, które zgłoszą się do rozgrywek w najwyższej klasie może być o siedem, osiem mniej niż poprzednio, dlatego to wszystko jest teraz spora niewiadomą. Myślę, że te duże kluby w naszej lidze jakoś sobie poradzą, zawodnicy, którzy zarabiają najwięcej być może odejdą, natomiast te zespoły, które w tym momencie miały problemy finansowe i w dużym stopniu grały młodzieżą, to obecna sytuacja może być dla nich gwoździem do trumny.

Widzi pan zagrożenie dla istnienia ligi zawodowej w Polsce?

- Nie chcę być złym prorokiem, ale może być ciężko także z jej utrzymaniem. Jeśli kluby nie będą  w stanie spełnić wymogów licencyjnych, to albo nie będą grać w lidze zawodowej albo liga przestanie istnieć i wrócimy do ligi półprofesjonalnej na najbliższe dwa, trzy lata. Uważam, że to byłoby jednak i tak lepsze rozwiązanie, niż gdyby niektóre kluby przestały istnieć.

Rozmawiał Zbigniew Czyż

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama