Reklama

Reklama

Organizacyjny falstart na mistrzostwach Europy

Mistrzostwa Europy w piłce ręcznej mężczyzn dopiero wystartowały, ale był to zdecydowanie organizacyjny falstart. Bałagan związany z testami niezrozumiałymi decyzjami gospodarzy sprawia, że trudno traktować tę imprezę jako sportowe święto. Na razie niestety przypomina to bardziej szkolny apel, na którym trzeba z obowiązku przeczytać kilka wierszy i rozejść się do domów. Oby poziom sportowy sprawił, że szybko zapomnimy o błędach organizatorów.

W rozmowie z Interią była znakomita reprezentantka Polski i ceniona komentatorka handballa Iwona Niedźwiedź mówił, że EHF to federacja, która przyzwyczaiła nas do tego, że kiedy zabiera się za organizację turnieju mistrzowskiej rangi, to wszystko jest dopięte na tip top. Niestety rozpoczęte 13 stycznia mistrzostwa Starego Kontynentu na parkietach Słowacji i Węgier nie wpisują się w tę chlubną tradycję.

ME: Który test jest ważny?

Koronawirus, którego kolejna fala przetacza się przez Europę, odcisnął na tegorocznym turnieju bardzo silne piętno. Coś o tym mogą powiedzieć Polacy, którzy już przed turniejem stracili dwóch zawodników z powodu pozytywnych wyników testów. Niestety już po wylądowaniu w Bratysławie okazało się, że u kolejnej piątki stwierdzono zakażenie COVID-19 i z tego powodu Patryk Rombel musiał dowoływać graczy, którzy nie znaleźli się w pierwszej, powołanej przez niego na ten turniej kadrze.

Reklama

I tutaj zaczęły się organizacyjne schody. "Biało-Czerwoni" najpierw zostali z nie do końca wiadomych przyczyn wyproszeniu z restauracji, bez możliwości zjedzenia posiłku, a następnie musieli odbyć trening, choć powinno się mówić o lekkim rozruchu... w sali konferencyjnej.

Na tę poważną długo nie mogli wejść, bo oczekiwali na wyniki testów. Miały być najpóźniej o 15, a trening zaplanowano na 18. Niestety, w panującym w Bratysławie bałaganie okazało się, że Polakom przyszło poczekać na wszystko dłużej. Dużo dłużej. Zajęcia odbyły się około godziny 21, a nastroje w polskim obozie były fatalne.

To jednak nie był koniec zamieszania, bo w sumie od przylotu do Bratysławy Polakom wykonano cztery testy. Wyniki spływało wolno i... niechronologicznie. I to znów rodziło pytanie, czy jeśli czwarty został wykonany później niż trzeci, ale jego wyniki poznaliśmy wcześniej, to jest wiążący, czy też nie?

Polska - Austria: W jakim składzie?

Cały czas problematyczne było również to, w jakim składzie zagrają Polacy. Dowołana piątka zawodników również musiała czekać na wyniki testów niemal do ostatnich minut. Jako pierwszy negatywny wynik otrzymał Melwin Beckman. Pozostała czwórka musiała czekać, a przecież reszta też była testowana.

To sprawiało, że jeszcze kilka godzin przed meczem z Austrią nie było wiadomo, kto będzie mógł grać, a kto nie. Trener Patryk Rombel przez wiele miesięcy przygotowywał drużynę do tego turnieju, a nagle okazało się, że na chwilę przed inauguracyjnym spotkaniem nie ma nawet wiedzy, z ilu graczy będzie mógł skorzystać...

Na całe szczęście wszystkie wyniki okazały się negatywne i "Biało-Czerwoni" mogli przystąpić do gry w pełnym zestawieniu. Może nie optymalnym, ale przynajmniej ilościowo wszystko się zgadzało. Choć i to nie koniec zamieszania.

Czytaj także: Zwycięstwo Niemców na inaugurację

Jakie testy?

Chaos w testowaniu wynikał po części również z tego, że organizatorzy stosowali różną metodologię testowania. Wykluczona piątka nie miała standardowych testów PCR, których domagają się Polacy. Nasza ekipa apelowała do EHF, żeby przetestować ich raz jeszcze i wszystko wskazuje na to, że niebawem nawet ci "wycofani", mogą wrócić do składu. Być może już na ostatnie grupowe spotkanie przeciwko Niemcom.

Regulamin daje taką możliwość, choć to oczywiście nie jest łatwe, bo po kilku dniach na kwarantannie na pewno nie będę w pełni formy. Z drugiej strony ci zawodnicy przygotowywali się długo i trener Rombel na pewno nie zrezygnuje z nich tak łatwo.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że przeprowadzenie turnieju w warunkach pandemii zwyczajnie przerosło organizatorów. To oczywiście nie koniec i możliwe, że szybko wyciągną wnioski i takie przypadki już się nie powtórzą, ale już teraz można stwierdzić, że pierwszy test dał wynik negatywny. Co w tym przypadku absolutnie nie oznacza czegoś pozytywnego.

Menu dla dziennikarzy

W tym całym zamieszaniu utrudnienia napotykają wszystkich. Odnaleźć cokolwiek na hali w Bratysławie jest zadaniem bardzo trudnym. Nawet mimo tego, że ze Słowakami można porozumieć się po polsku, to zwyczajnie nie wiedzą, gdzie co jest. Odpowiadają za swoją działkę i nic ich nie interesuje.

Pod kątem testowania dziennikarzy też nie wygląda to idealnie. Żeby odebrać akredytację, mimo pełnego wyszczepienia, należy przedstawić test PCR. Z kolei, żeby wejść na mecz, wystarczy już test antygenowy. 

A EHF zdaje się tego wszystkiego nie dostrzegać. Pierwszą wiadomością z oficjalnego newslettera przed Euro, jaką otrzymali dziennikarze, było... menu w czasie trwania turnieju. Można, oczywiście odpłatnie, wykupić sobie obiady w opcji wegetariańskiej albo tej zwyczajnej, można korzystać z darmowych przekąsek i popijać bezalkoholowe piwo. A nawet posłuchać z trybun "Kochana Polsko" OSTR-a.

Nieco trudniej jest uzyskać informacje, gdzie znajduje się trybuna prasowa

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama