Reklama

Reklama

MŚ piłkarek ręcznych. Parecki: Porażki też przyniosły pozytywny efekt

Przegrane mecze w grupie z Hiszpanią i Norwegią paradoksalnie miały też pozytywny wpływ na polskie piłkarki ręczne, które w niedzielę pokonały w 1/8 finału mistrzostw świata w Serbii Rumunki 31-29 - uważa asystent trenera reprezentacji Antoni Parecki.

- Dwa mecze grupowe z Hiszpanią i Norwegią, mimo że przegrane, dały dziewczynom pozytywne odczucie. One nie były załamane tymi porażkami, a wręcz przeciwnie - doceniły, że było dużo dobrej gry. Zauważyły, że były też i dwa przestoje, które wiele kosztowały. To przydało się z Rumunkami, bowiem przekonały się, że można gonić wynik i można wygrać - powiedział szkoleniowiec w Nowym Sadzie, gdzie w środę w ćwierćfinale jego podopieczne zagrają z Francją.

Jak zaznaczył, z tamtych spotkań wyciągnęły wnioski. - Goniąc wynik nie należy się spieszyć, trzeba wypracować sobie lepszą pozycję i dokładniej rozegrać akcję. Robiły jedno podanie więcej i już stwarzała się lepsza okazja na zdobycie gola i dzięki temu dogoniły Rumunki. W niedzielnym spotkaniu znacznie lepiej wyglądała współpraca z obrotową. - Do Patrycji Kulwińskiej podszedłem po meczu i powiedziałem: "wreszcie zakwitłaś nam nasz kwiatuszku" - dodał.

Reklama

O sile polskiego zespołu zdaniem Pareckiego, który zanim został prawą ręką selekcjonera kadry "Biało-czerwonych" Kima Rasmussena, przez wiele lat prowadził m.in. bramkarzy reprezentacji Danii, stanowi to, że na każdej pozycji zawodniczki mogą się wymieniać bez straty jakości gry.

- Dziewczyny wchodzące z ławki dawały drużynie to co miały najlepsze. Graliśmy swoje bez względu na to, która z nich przebywała na boisku. Dokonywaliśmy częstych zmian, dzięki czemu kiedy jedna siadała na pięć minut i mogła odpocząć, to druga w tym czasie wypełniała zadanie dokładnie tak samo, tak jak wcześniej było ustalone. Dzięki temu potrafiliśmy zachować świeżość na koniec spotkania. Rumunki próbowały utrzymać wynik niemalże tą samą siódemką, a to kosztuje mnóstwo energii - wyjaśnił.

Przed meczem sporo się mówiło o licznej grupie fanów rumuńskich, którzy głośnym dopingiem wspierali swoje ulubienice.

- Spodziewałem się, że rumuńscy kibice będą pomocni, ale gdy ich drużyna będzie przeżywać ciężkie chwile to właśnie oni będą dodatkowo wywierać na swoje zawodniczki presję. Skoro grają jakby u siebie w domu to muszą wygrać. My mieliśmy garstkę sympatyków, którzy starali się przebić gdzieś tam z górnej trybuny. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że kiedy po meczu dziewczyny cieszyły się i pozdrawiały fanów, to ta resztka rumuńskich kibiców biła im brawo. Okazali w ten sposób Polkom szacunek w uznaniu za piękną walkę - zaznaczył Parecki.

Na dokładniejszą analizę gry wicemistrzyń świata Francuzek, z którymi w środę w Nowym Sadzie "Biało-czerwone" zmierzą się w walce o półfinał, jeszcze jest trochę czasu. Na pewno jest to ekipa utytułowana, która na dwóch ostatnich mistrzostwach świata sięgała po srebrny medal, a złoty wywalczyła w 2003 roku. Z ME przywiozła w 2002 i 2006 roku brązowe krążki.

- Nie mieliśmy za naszej kadencji okazji grać z Francuzkami. To drużyna, która od paru lat gra w każdym półfinale wielkiej imprezy jak MŚ czy ME. Rywalki mają ogromne doświadczenie, grają w dobrych klubach, które daleko zachodzą w Lidze Mistrzów i pucharach - podsumował Parecki.

Z Nowego Sadu Cezary Osmycki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje