Reklama

Reklama

ME: Wygrana Niemców na początek zmagań w "polskiej" grupie

W meczu inaugurującym zmagania w grupie D reprezentacja Niemiec pokonała Białoruś 33:29. Choć faworyzowana drużyna zza naszej zachodniej granicy dała się zaskoczyć, to jednak w drugiej połowie udowodniła, że słusznie w przewidywaniach przed turniejem upatrywano w niej jednego z kandydatów do medalu.

- Nie wiadomo w jakiej dyspozycji są Niemcy, ale trzeba się z nimi zawsze liczyć - mówił przed rozpoczęciem turnieju Marcin Lijewski w rozmowie z Interią. I faktycznie, nasi zachodni sąsiedzi uważani byli za faworytów grupy D, w której rywalizują również "Biało-Czerwoni".

ME: Słaby początek Niemców, bramkarz Vive na ratunek

Dlatego spore zdziwienie u wszystkich wzbudziły bardzo słaby początek Niemców, którzy kompletnie nie potrafili znaleźć sposobu na zatrzymanie skutecznie grających Białorusinów i w pewnym momencie przegrywali już 2:7. Niczego nie mógł odbić Till Klimpke i bardzo szybko w niemieckiej bramce zastąpił go doskonale znany z występów w Łomży VIive Kielce Andreas Wolff. Jak się okazało, był to moment zwrotny, bowiem jego wejście sprawiło, że podopieczni Alfreda Gislasona zaczęli odrabiać straty.

Reklama

Czytaj takżeHit na dla Francuzów

Szło im to bardzo dobrze i już w 21. minucie, po golu Johannesa Golli było 10:10, a chwilę później kolejna kontra dała im prowadzenie. Białorusini zupełnie stanęli i nawet bardzo skuteczni na początku Arciom Karalek i Mikita Valiupau nie potrafili znaleźć drogi do bramki. Wynikało to głównie ze świetnej gry w obronie niemieckich graczy, którzy grali agresywnie i niweczyli wysiłek swoich rywali.

Ostatnie dziesięć minut pierwszej połowy to wyrównana gra obu drużyn. Białorusini w końcu otrząsnęli się z marazmu i choć nadal musieli ostro walczyć z niemieckimi obrońcami, to jednak zdobywanie bramek nie przychodziło im już z takim trudem, jak wcześniej. Kiedy cztery minuty przed końcem Julius Kuehn dostał dwie minuty kary, drużyna Białorusi po raz kolejny złapała wiatr w żagle. Po chwili Karalek "wyrzucił" Christopha Steinerta i Niemcy musieli grać w podwójnym osłabieniu.

Białorusini nie zdołali jednak tego wykorzystać i do szatni zeszli tylko z jednobramkowym prowadzeniem 18:17. Druga połowa zapowiadała się niezwykle emocjonująco i trudno było przewidzieć, jak skończy się to spotkanie.

Druga część meczu zaczęła się od bardzo dobrej gry niemieckiej defensywy i świetnych interwencji Wolffa. Bramkarz Łomży Vive przy stanie 20:20 wybronił dwie bardzo ważne piłki, które po kontrach na gole zamienili Golla i Patrick Wiencke, dzięki czemu Niemcy uzyskali dwubramkowe prowadzenie, ku uciesze niezwykle żywiołowo dopingującej publiczności. Fani z Niemiec byli w zdecydowanej większości, a na dodatek wspierali ich Austriacy, przez co okrzyki nielicznych kibiców dopingujących Białoruś były kompletnie zagłuszane.

Niesieni dopingiem niemieccy gracze rozkręcali się z minuty na minutę i po 40. minutach prowadzili już 25:21. Wtedy trener Białorusinów postanowił wziąć czas. I trzeba przyznać, że pomógł tym swojej drużynie, bo od tego momentu faworyzowani Niemcy zdobyli tylko jedną bramkę, przy trzech trafieniach białoruskich graczy, którzy na półmetku drugiej części gry tracili już tylko dwa "oczka".

Jak się okazało, był to jednak tylko chwilowy zryw, bo ostatnie minuty należały do Niemców, którzy wygrali ten mecz 33:29. Z pewnością należy wyróżnić Wolffa, z którym zdecydowanie pewniej czuła się niemiecka defensywa i skutecznego Kaia Haefnera. Po stronie Białorusi wyróżniali się wspomniani Karalek, Valiupau i Uładzisłau Kulesz, ale przy sporej liczbie głupich błędów i niepotrzebnych strat ich dobra gra nie wystarczyła na pokonanie Niemców, których aspiracje sięgają turniejowego podium.

Niemcy - Białoruś 33:29 (17:18)

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL