Reklama

Reklama

ME piłkarzy ręcznych. Światełko w tunelu dla Polaków

Stare powiedzenie Stefana Kisielewskiego: "To, że jesteśmy w d... to jasne. Najgorsze, że próbujemy się w niej urządzać" - można stosować w różnych sytuacjach życiowych, także w sytuacji polskiej piłki ręcznej. Ale po mistrzostwach Europy w Szwecji, które dla Polaków skończyły się już po trzech meczach, na szczęście przestaje być aktualne. Nie urządzamy się, wychodzimy, a przynajmniej widać światełko w tunelu.

Polacy na turniej zostali wciągnięci za uszy - EHF powiększyła liczbę drużyn uczestniczących w mistrzostwach Starego Kontynentu do 24. Teraz jest tak, że więcej reprezentacji narodowych z Europy gra na turnieju, niż nie gra. Stąd obecność krajów dla handballu egzotycznych jak Łotwa czy Holandia, stąd też awans "Biało-Czerwonych" z grupy z Niemcami, Kosowem i Izraelem. Bo byliśmy o krok od kompromitacji, gdy zremisowaliśmy z Kosowem i przegraliśmy w Izraelu i o awans z drugiego miejsca musieliśmy walczyć jeszcze pięć minut przed ostatnim meczem. Udało się i czas od tego momentu zaczęliśmy wykorzystywać. A nie było łatwo, bo osierocona przez kończące karierę "Orły" Wenty była budowana niemal od zera.

Reklama

Przed mistrzostwami Europy w Szwecji najbardziej realny scenariusz zakładał, że Polska na turnieju dostanie trzy razy solidne lanie i szybko wróci do domu po fazie grupowej. W połowie takie przewidywania się sprawdziły - trzy porażki i ostatnie miejsce w grupie. Ze Słowenią Polacy przegrali 23-26, ze Szwajcarią 24-31 i ze Szwecją 26-28. Ale lania nie było. Z trzech meczów jeden był przyzwoity, jeden bardzo dobry i (tylko) jeden rozczarowujący. Nie wynikiem, ale grą, bo to z wracającą na wielki turniej Szwajcarią mieliśmy największe szanse zagrać na podobnym poziomie. Tymczasem okazało się, że to przeciwko Helwetom Polacy "dali ciała". Pozwolić rzucić jednemu zawodnikowi, nawet jeśli to 37-letni kilkukrotnie wybierany na najlepszego gracza Bundesligi Andy Schmid, aż 15 bramek i byli wobec niego zupełnie bezradni. Zarzut wobec drużyny nie jest taki, że Schmid nie był pilnowany indywidualnie, tylko brak agresji i jakiegokolwiek pomysłu na przeszkadzanie Szwajcarowi, nawet gdy stał na 8. metrze. - Ten mecz biorę na siebie - przyznał już po turnieju trener Patryk Rombel.

Spotkania ze Słowenią i Szwecją, a zwłaszcza ten ostatni dały trochę radości. Drużyna grała 40 minut nieźle przeciwko Słoweńcom, umiała zatrzymać - to trener przygotował znakomicie, zawodnicy to zrealizowali - dwóch kapitalnych rozgrywających Deana Bombača i Mihę Zarabeca. Pokazała, że potrafi dobrze zagrać w ataku, ale siadła 10 minut po przerwie. Ze Szwecją "Biało-Czerwoni" zagrali najlepszy mecz od kwietnia, gdy trenerem został Patryk Rombel. Trzybramkowe prowadzenie, dobra obrona, różne rozwiązania w ataku i to przeciwko wspieranym dopingiem 12 tysięcy kibiców wicemistrzom Europy. Tym meczem zespół pokazał, że niewidoczna dla kibiców i mediów praca na zgrupowaniach idzie w dobrym kierunku.

A trzeba pamiętać, że to zespół w połowie złożony z debiutantów, w drugiej połowie z zawodników, którzy wielką piłkę ręczną oglądają w telewizji, w trzeciej niedawno skończyli 20 lat, a w czwartej na co dzień występują w słabej polskiej lidze. Cztery połowy oczywiście się nie kleją, ale z jednej strony w drużynie jednym z najbardziej doświadczonych zawodników - w kadrze i Lidze Mistrzów - jest Arkadiusz Moryto, lat 22, a z drugiej strony debiutantami na turnieju są 30-letni Maciej Pilitowski i Antoni Łangowski. Z trzeciej bardzo dobrze w bramce spisywał się Adam Morawski z Orlenu Wisły Płock, czyli Superliga i grupy C-D Ligi Mistrzów, a z czwartej na pewno więcej każdy oczekiwał od Kamila Syprzaka, gracza wielkiego Paris Saint-Germain. I to taka zbieranina, w której mieszają się młodość i brak doświadczenia z debiutancką tremą. Słowo zbieranina brzmi fatalnie, ale nie można zarzucić selekcjonerowi, że pominął kogoś ważnego. Że zostawił zawodnika, który na pewno dałby kadrze więcej, niż któryś z obecnych reprezentantów. Że nie wziął gracza, który na docelowej imprezie w 2023 roku mógłby korzystać z nabytego teraz doświadczenia.

Mistrzostwa Europy w Goeteborgu potwierdziły, że najlepszym polskim bramkarzem jest Adam Morawski. Że niezastąpiony jest Arkadiusz Moryto. Że jest w kadrze miejsce dla Macieja Gębali, że umie w rozegranie Maciej Pilitowski. Że z Szymona Sićki będzie, przy dobrym prowadzeniu, kawał zawodnika, co potwierdził 8 golami przeciwko Szwecji i może na następnym turnieju też w takim meczu trafi 8 razy, ale już nie na 14 rzutów tylko na 10. I tak można by o każdym coś dobrego napisać, ale też u każdego znaleźć mankamenty.

W krótkim w sumie czasie - zgrupowania zaczęły się przed Bożym Narodzeniem - udało się scalić obronę na tyle, by długimi okresami stanowiła mur dla rywali, wypracować namiastki gry z kołowym, czasem przygotować pozycję dla rzutu z drugiej linii. Nie udało się - jeszcze - popracować nad kontrami, przyspieszyć tempa akcji, wykorzystywać skrzydłowych. Brakowało może też sytuacyjnej inwencji w ataku, bo gdy oglądało się atak pozycyjny, miało się wrażenie, że zespół uparcie będzie realizował zagrywkę, choćby między jednym podaniem a drugim droga do bramki rywali otwierała się jak wrota od stodoły. Szukamy kołowego, to nie widzimy innej pozycji, stąd takie sytuacje nawet w meczu ze Szwecją, gdy po trzech podaniach nasi rozgrywający spotykali się w jednym miejscu i nie było co zrobić z akcją, bo rywal nas doskonale, ale i bez problemu "przeczytał". Na to też zwracał uwagę Arkadiusz Moryto, przyzwyczajony do innej jakości w klubie, że Polacy nie rozgrywają akcji w tzw. "pierwsze tempo", czyli po wznowieniu nie grają do skrzydłowego lub kołowego lub sami nie idą jak przecinak, tylko asekuracyjnie ustawiają atak pozycyjny. Kupa roboty przed kadrą, ale coś już zostało zrobione.

Trzeba też pamiętać, że Patryk Rombel nie mógł skorzystać z kontuzjowanych czterech arcyważnych zawodników. Zerwane więzadła leczą lub dopiero co wyleczyli lewy rozgrywający Tomasz Gębala z PGE Vive Kielce i prawy - Paweł Paczkowski z Telekomu Veszprem. Do tego dwaj skrzydłowi Orlenu Wisły Płock: prawy Michał Daszek (uraz barku) i lewy Przemysław Krajewski (awaria kolana w pierwszym meczu w Goeteborgu). To zawodnicy grający w kadrze już ładnych parę lat i wprowadzani do niej u boku złotego pokolenia Bogdana Wenty (może nieco za późno, ale to inny temat). Dzisiejsi kadrowicze są zdani niemal sami na siebie. Gdy nieobecni wrócą do gry, zwiększą rywalizację, drużyna powinna być lepsza, a nie jest przecież zamknięta. - Wprowadziliśmy system szkolenia w Szkołach Mistrzostwa Sportowego, we wszystkich kadrach młodzieżowych, przyglądamy się tamtym zawodnikom i wiemy, że ktoś z nich będzie mógł do nas dołączyć. Za dwa, trzy, może cztery, może za pięć lat - mówi trener Patryk Rombel.

Reprezentacja teraz trochę od siebie odpocznie - w kwietniu odbędą się preeliminacje do mistrzostw świata w Egipcie w 2021 roku - "Biało-Czerwoni" i inne drużyny z czwartych miejsc w grupach na Euro zagrają ze zwycięzcami jeszcze bardziej wstępnego etapu (Izrael, Rumunia, Litwa i Turcja). Zwycięzcy w czerwcu - też w formie play-off - zagrają z wyżej notowanymi uczestnikami mistrzostw Europy.

Leszek Salva, Goeteborg

Wyniki środowych meczów:

Islandia - Węgry   18-24 (12-9) 

Rosja - Dania      28-31 (15-12)

Tabela:

              M Z R P bramki pkt

1. Węgry      3 2 1 0  74-67  5 - awans

2. Islandia   3 2 0 1  83-77  4 - awans

3. Dania      3 1 1 1  85-83  3

4. Rosja      3 0 0 3  76-91  0

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama