Reklama

Reklama

ME piłkarzy ręcznych: Skacząc przy ławce Biegler nie pomoże drużynie

Selekcjoner reprezentacji Polski piłkarzy ręcznych Michael Biegler rzadko okazuje emocje. Wydaje się w pełni nad nimi panować. Podobnie jest podczas mistrzostw Europy w Danii. "Skacząc przy ławce nie pomogę drużynie" - powiedział Polskiej Agencji Prasowej niemiecki szkoleniowiec.

Polska - Szwecja na żywo w INTERIA.PL! Dowiedz się więcej

Zazwyczaj podczas meczów przechadza się pan w pobliżu ławki rezerwowych i z kamienną twarzą obserwuje poczynania podopiecznych na boisku. Rzadki jest widok wybuchu Bieglera, jak choćby w spotkaniu z Serbią. Czy to oznacza, że tłumi pan emocje w sobie?

Michael Biegler: Nie jestem typem trenera, który skacze przy ławce, gestykuluje, wbiega na boisko. Staram się cały czas koncentrować na grze i myślę co zmienić, żeby było lepiej. To tylko gra. Też mam swoje emocje. Nie pomogę jednak drużynie, skacząc i miotając się z lewa na prawo. Zespół musi być przekonany, że w każdej sytuacji będę mu mógł pomóc, więc trzymam się jakby z boku, nie uzewnętrzniając emocji.

Reklama

A te, szczególnie w ostatnim meczu, wygranym w ostatnich sekundach 31-30 z Białorusią, musiały być ogromne. Czy nie denerwował się pan na zawodników podczas tego spotkania?

- Nie do końca. Zawodnicy myśleli przez pełne 60 minut. Wykonali znakomitą robotę w ostatnich pięciu. Do ostatniego gwizdka drużyna nie przestawała dążyć do zwycięstwa. Nie grali przez cały mecz wystarczająco dobrze, chwilami wręcz źle, ale do końca nie poddawali się, a to jest bardzo ważne. Ciągle pamiętam mecz z Francją. Rozegraliśmy naprawdę dobrą partię, ale przegraliśmy jednym golem.

Dokonywał pan częstych zmian w ustawieniu. Czy wszystkie zdały egzamin?

- Wczoraj dokonywaliśmy chyba dobrych wyborów. M.in. pod koniec zagraliśmy z dwoma obrotowymi w ataku, co Białorusinom sprawiło spory problem. Bartłomiej Jaszka praktycznie wyłączył z gry ich asa Siarhieja Rutenkę. Mogliśmy zadowolić się remisem, ale cała ekipa do ostatniego gwizdka starała się wywalczyć dwa punkty.

Czyli uważa pan, że wszystkie decyzje były słuszne?

- Nie jestem za tym, żeby analizować osobno każdą sytuację. Tak jest i w normalnym życiu - dokonujemy różnych wyborów, które wydają nam się najlepsze, tymczasem zarówno na boisku, jak i poza nim, są one weryfikowane. Czasami się udaje, a czasami nie. Trzeba się z tym pogodzić.

Następne spotkanie we wtorek w Aarhus Polska rozegra z wicemistrzami olimpijskimi z Londynu Szwedami. Ostatnio sporo z nimi graliście i chyba te mecze pozostawiły pozytywne wrażenia?

- Przez ostatni rok graliśmy z nimi trzy razy. Do końca życia nie zapomnę pojedynku w Ergo Arenie w Gdańsku, gdzie był niesamowity doping. To spotkanie cały czas tkwi w mojej głowie. Pierwszy raz w życiu byłem świadkiem takiego wsparcia ze strony widowni. W Hamburgu też z nimi wygraliśmy, więc mamy z tą drużyną raczej dobre skojarzenia.

Jakie są szanse na wygraną?

- Jeśli zagramy bez błędów, szybciej, będziemy dokładnie realizować założenia taktyczne, to mamy spore szanse na zwycięstwo. Szwedzi z Rosjanami grali bardzo dobrze w pierwszej połowie, po której nikt nie przypuszczał, że mogą ich dojść. Nie trzymali cały czas jednego poziomu gry, ale w sumie zwyciężyli. Dlatego uważam, że wynik jest sprawą otwartą.

Czy w życiu rodzinnym też jest pan taki opanowany?

- O to trzeba zapytać moją dziewczynę, ja nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie.

Polska czy Szwecja? Dołącz do dyskusji na forum!

W Aarhus rozmawiał Cezary Osmycki

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL