Reklama

Reklama

ME piłkarek ręcznych. Monika Stachowska: Z Rosją mecz o przetrwanie

Po porażkach z Hiszpanią i Węgrami piłkarki ręczne w czwartek w węgierskim Gyoer czeka mecz z Rosjankami, który zadecyduje czy Polki pozostaną w mistrzostwach Europy. - Dla obu zespołów będzie to spotkanie o być albo nie być - powiedziała Monika Stachowska.

- Nie ma jeszcze tragedii, to nie koniec świata, choć na horyzoncie jest taka opcja. Słyszę pytania jak to jest, że czwarty zespół na świecie przegrywa w taki sposób. Nie jesteśmy już czwartym zespołem na świecie, tylko zespołem, który walczy o życie, o przetrwanie. W czwartek walczymy o szekspirowskie być albo nie być. I to jest obecnie nasze miejsce w piłce ręcznej - dodała obrotowa Pogoni Szczecin, która ma na koncie prawie sto występów w reprezentacji.

Reklama

Rosjanki na ME 2014, których organizatorami są Węgry i Chorwacja, zremisowały z Madziarkami i przegrały jedną bramką z Hiszpanią, seriami nie wykorzystując w tym meczu stuprocentowych okazji do zdobycia bramki.

- Rosjanki robiły jednak mniej błędów niż my. Z nami też będą walczyć, żeby tu zostać. Są przede wszystkim zespołem bardzo silnym fizycznie. Są wysokie, inaczej niż my wyszkolone technicznie, to jest tzw. stara rosyjska szkoła. Tak jak i dla nas to będzie mecz o wszystko - oceniła 33-letnia obrotowa.

Selekcjoner "Sbornej" Jewgienij Trefiłow znany jest z bardzo żywiołowych reakcji na to co dzieje się na boisku. W chwilach przerwy głośno strofuje swoje podopieczne.

- Nie sądzę, żeby motywacja poprzez krzyk zdawała egzamin. Motywowanie przez dołowanie nie jest najlepszym pomysłem. Hiszpanki, Norweżki, Brazylijki nie są tak motywowane. Nie jest to trend i coś co przynosi długofalowe efekty - podkreśliła Stachowska.

Z ostatniej potyczki z czwartkowymi rywalkami ma miłe wspomnienia. - Z Rosjankami grałam w ciągu ostatnich dwóch lat raz i był to mecz wygrany, więc chciałabym się tej opcji trzymać - zaznaczyła.

Stachowska uważa, że obie porażki biało-czerwonych w Gyoer były spowodowane bardziej błędami własnymi, a nie znakomitą grą rywalek.

- Wczoraj, tak jak i w meczu z Hiszpankami byłyśmy wrogami same dla siebie. W pierwszej połowie straciłyśmy stanowczo za dużo bramek. Cały czas robimy za dużo błędów, za dużo wyrzucamy piłek w aut. Za dużo było niewykorzystanych sytuacji stuprocentowych. To nasza wina, a nie super siła zespołu węgierskiego czy hiszpańskiego - tłumaczyła.

Kiedy po pierwszej połowie Polki przegrywały z Węgierkami 7-14 (ostatecznie było 23-29) Stachowska nie traciła nadziei.

- Może to śmieszne, ale ja naprawdę wierzyłam, że mamy jeszcze 30 minut i możemy rywalki dojść. Ciągle mam w pamięci mecz Polaków ze Szwedami na mistrzostwach Europy (2012 w Serbii - PAP), kiedy do przerwy przegrywali 11 bramkami, a doprowadzili do remisu - wspomniała.

Przebieg meczu wskazywał, że drużyna trenera Kima Rasmussena może tego dokonać. - Z 10 zmniejszyłyśmy straty do czterech goli, ale to już była druga połowa, więc czuło się już ogromne zmęczenie i pewne błędy mogły się zdarzać. Jednak na tym poziomie takie błędy w pierwszych 30 minutach są absolutnie niedopuszczalne. W drugiej połowie wreszcie powalczyłyśmy same ze sobą. Sportowiec musi uczyć się radzić sobie w sytuacjach stresowych. Każda z nas wiele ma już takich doświadczeń na koncie i dla nas jest to chleb powszedni - zakończyła.

W Gyoer rozmawiał Cezary Osmycki

Wasze komentarze
No hate

Wyrażaj emocje pomagając!

Grupa Interia.pl przeciwstawia się niestosownym i nasyconym nienawiścią komentarzom. Nie zgadzamy się także na szerzenie dezinformacji.

Zachęcamy natomiast do dzielenia się dobrem i wspierania akcji „Fundacja Polsat Dzieciom Ukrainy” na rzecz najmłodszych dotkniętych tragedią wojny. Prosimy o przelewy z dopiskiem „Dzieciom Ukrainy” na konto: ().

Możliwe są również płatności online i przekazywanie wsparcia materialnego. Więcej informacji na stronie: Fundacja Polsat Dzieciom Ukrainy.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy