Reklama

Reklama

LM piłkarzy ręcznych. Telekom Veszprem - PGE Vive Kielce 33-30. Finał nie dla Polaków

Mimo fatalnego początku i niemal sześciu minut bez gola, piłkarze ręczni Vive Kielce mieli szansę, aby pokonać węgierski Telekom Veszprem w półfinale Ligi Mistrzów w Kolonii. O porażce 30-33 zadecydowały się jednak dwie minuty w II połowie, gdy rywale uzyskali czterobramkową przewagę. I nie oddali jej już do końca. Polacy nie zagrają w wielkim finale.

Wielki turniej, wielka hala, wielkie drużyny i wielkie nerwy. Bo chyba tak można nazwać wielkie błędy, jakie kielczanie popełniali na początku. Musiało upłynąć niemal sześć minut, zanim otrząsnęli się z oniemiającej atmosfery otwarcia Final Four i klimatu Lanxess Areny. To zrozumiałe, bo aż dziewięciu graczy PGE Vive debiutowało w turnieju finałowym.

Węgrzy - co innego, są obyci z kolońskim 20-tysięcznikiem. Może dlatego zaczęło się od 4 łatwych goli rywali i prowadzenia 4-0. Tak przewaga, zwłaszcza na początku, nie musi jeszcze wiele oznaczać. Kielczanie się otrząsnęli, zaczęli grać swoje w ataku i swoją obronę. A to oznacza ciekawe akcje do pewnej pozycji i twardą oraz przemyślaną obronę. Przemyślaną, bo Blaż Janc wychodził przeszkadzać na środek węgierskiemu rozgrywającemu, a reszta zespołu doskonale przekazywała sobie Laszlo Nagy`a.

Reklama

Kielczanie w ataku te pozycje wypracowywali bardzo dobrze, żeby nie powiedzieć perfekcyjnie. Tylko co z tego. W bramce Telekomu Veszprem był Arpad Sterbik. Po 18 minutach miał aż osiem obronionych rzutów w większości z doskonałych pozycji. Kulesz, Cindrić, Jurkiewicz, Dujszebajew, Janc z karnego, Karaliok, Jachlewski i Aginagalde. Jeśli tego elementu kielczanie by nie poprawili, to mogli zapomnieć o marzeniach o finale. Ale w 20 minucie stało się coś niezwykłego, co jest rzadko spotykane w piłce ręcznej. Po przechwycie w obronie do kontry pobiegł Marko Mamić i w sytuacji sam na sam zdobył gola, rzucając się na bramkę i przy okazji… wpadł na nogę Sterbika, który zaczął zwijać się z bólu, koledzy znieśli go z boiska i do gry już nie wrócił. Kuriozalna sytuacja! Byłaby jeszcze bardziej kuriozalna, gdyby w 29 minucie biegnący do kontry Mamić zrobił to samo z drugim bramkarzem Veszprem, Rolandem Miklerem. Ten sam styl kończenia kontry i tym razem Mikler musiał uskoczyć przed lecącym na niego Chorwatem.

Ale zmiana bramkarza w Veszprem pomogła kielczanom – Mikler nie był już zaporą nie do przebicia i do przerwy odbił tylko trzy piłki (Sterbik schodził w 20. minucie z zapisem 9 obron na 16 rzutów). Teraz te same dobre akcje znajdowały drogę do bramki i wynik zaczął się zmieniać. W 22. Było 8-8, a za chwilę kielczanie wyszli na prowadzeni 10-8. Do przerwy już trwała zażarta walka o każdego gola i do szatni drużyny schodziły z remisem po 13.

Na druga połowę można było przygotować leki nasercowe, bo pierwsza pokazała jak walczą obie drużyny. Najpierw jednak „serwis” kielczan przełamali Węgrzy i zamiast Vive wychodzić na jednobramkowe prowadzenie, to teraz robili to Węgrzy. Ważne rzeczy zaczęły się jednak dziać później. W 39. minucie czerwoną kartkę za atak na twarz Władysława Kulesza dostał słoweński zawodnik Blagotinsek.

Ale za chwilę dwie minuty kary dostał Alex Dujszebajew i kielczanie w ataku pozycyjnym wycofywali bramkarza. Tyle że w tym ataku trzy razy stracili piłkę i Veszprem zdobyło trzy gole do pustej bramki! Podobna sytuacja była w pamiętnym meczu z PSG, który dał Vive awans do Final Four – wtedy to Francuzi wycofali bramkarza i Mariusz Jurkiewicz trafił dwa loby a la Siódmiak i dobił tym paryżan, którzy przegrali aż 10 golami. Istniało niebezpieczeństwo, że teraz to sam dobije kielczan, bo z remisu 18-18 zrobiło się 18-22. Było jednak jeszcze dużo czasu.

14 minut przed końcem, gdy trzy lata temu w finale zaczęła się nieprawdopodobna pogoń kielczan tracących wtedy 9 goli – dziś na liczniku było tylko minus 3 (22-25). Osiem minut przed końcem PGE Vive doszło na jednego gola, bo rozkręcił się Luka Cindrić. Sam brał piłkę i zdobył pięć kolejnych goli dla Kielc i wypracował dwa karne. Niezastąpiony! Dwa kapitalne gole dołożył Blaż Janc i było tylko 27:28 dla Veszprem, ale to jeszcze ten zespół odskakiwał na dwa trafienia.

W końcówce raz nie udało się dojść na kontakt, a Węgrzy ze swojej szansy odskoczenia na trzy skorzystali – w 57 minucie prowadzili 31-28, a 120 sekund przed końcem 32-28 po golu Mate Lekaia i wtedy było już jasne, że rewanż za finał 2016 udało im się wziąć.

W niedzielę o 15.15 PGE Vive Kielce trzeci raz w historii zagra o brązowy medal Final Four Ligi Mistrzów. Rywalem będzie przegrany z drugiego półfinału – Vardar Skopje – Barca Lassa.

Leszek Salva, Kolonia       

Telekom Veszprem - PGE Vive Kielce 33-30 (13-13)

Telekom Veszprem HC: Arpad Sterbik, Roland Mikler - Manuel Strlek 4, Dragan Gajic 5, Laszlo Nagy 3, Momir Ilic 1, Kent Tonnesen 2, Blaz Blagotinsek 2, Petar Nenadic 12, Mate Lekai 4, Dejan Manaskow, Andreas Nilsson, Gasper Marguc, Mirsad Terzic, Kentin Mahe, Borut Mackovsek.

PGE VIVE Kielce: Vladimir Cupara, Filip Ivic - Alex Dujshebaev 6, Władysław Kulesz 3, Arciom Karalek 5, Marko Mamic 2, Mateusz Jachlewski 1, Mariusz Jurkiewicz 1, Arkadiusz Moryto 2, Angel Fernandez Perez 1, Bartłomiej Bis, Julen Aginagalde, Blaz Janc 4, Krzysztof Lijewski, Luka Cindric 5.

Karne minuty: PGE VIVE - 4, Veszprem - 8. Czerwona kartka: Blaz Blagotinsek (Telekom Veszprem, za faul, 40. minuta).

Sędziowali: Slave Nikolov i Gjorgij Nachevski (Macedonia). Widzów: 19 200.

Dowiedz się więcej na temat: PGE Vive Kielce | ME w piłce ręcznej mężczyzn

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje