Reklama

Reklama

LM piłkarzy ręcznych. Czwarty Final Four PGE Vive Kielce

Piłkarze ręczni PGE Vive Kielce po raz czwarty w historii klubu zagrają w rozpoczynającym się w Kolonii turnieju Final Four Ligi Mistrzów. W 2016 roku polski zespół wygrał te prestiżowe rozgrywki, a dwukrotnie (2013, 2015) zajmował trzecie miejsce.

Po raz pierwszy drużyna ze stolicy regionu świętokrzyskiego zawitała do niemieckiej Kolonii w 2013 roku, jeszcze pod wodzą Bogdana Wenty. W fazie pucharowej kielczanie w 1/8 finału LM wyeliminowali węgierski MOL-Pick Szeged (25-26, 32-27). W ćwierćfinale ich rywalem był Metalurg Skopje. Mistrzowie Polski najpierw pokonali rywala na jego terenie 27-25, by w rewanżowym meczu w Hali Legionów wręcz zdemolować przeciwnika 26-15.

Pierwszym przeciwnikiem podczas Final Four była słynna Barcelona. Mimo ambitnej postawy Vive uległo mistrzowi Hiszpanii 23-28. Ta porażka nie załamała polskiego zespołu, który w meczu o trzecie miejsce, co uznano za sporą niespodziankę, pokonał gospodarzy turnieju niemiecki THW Kiel 31-30. Osiem bramek dla mistrzów Polski zdobył w tym spotkaniu żegnający się z kieleckim klubem Serb Rastko Stojković, a siedem Ivan Cupić. Polska drużyna utarła w ten sposób nosa Marko Vujinowi. Serbski zawodnik popularnych "Zebr" w jednym z wywiadów przed tym turniejem powiedział, że Vive jest zbyt słabym zespołem, aby grać w Final Four. Pogromcy drużyny Wenty nie zdobyli tytułu, przegrywając w decydującym meczu z innym niemieckim zespołem HSV Hamburg.

Reklama

Ten sukces kielecka ekipa powtórzyła dwa lata później. W drodze do Kolonii Vive wyeliminowało Montpellier Handball (29-25, 31-33) i Vardar Skopje (22-20 i 33-31), ale w losowaniu par półfinałowych ekipa z Kielc znów nie miała szczęścia, ponownie napotykając na swoje drodze drużynę z Barcelony. Kielczanie i tym razem ulegli Hiszpanom 28-33, ale porażkę odbili sobie w meczu o trzecie miejsce, gdzie ich rywalem, jak dwa lata wcześniej, był zespół z Kilonii. Ówczesny hegemon Bundesligi i tym razem okazał się słabszy, przegrywając 26-28. Niemcy nie potrafili znaleźć sposobu na świetnie dysponowanego Karola Bieleckiego, zdobywcy dziewięciu bramek.

Rok później kielczanie na trwałe wpisali się do kronik światowej piłki ręcznej. Po drodze do Kolonii w fazie pucharowej najpierw Vive okazało się lepsze od Mieszkowa Brześć (32-28, 33-30), by później stoczyć dwa "dreszczowce" z niemieckim Flensburg-Handewitt. Na wyjeździe był remis 28-28, a w Hali Legionów polska ekipa wyszarpała awans wygrywając 29-28. Pierwszym rywalem podczas Final Four był naszpikowany gwiazdami Paris Saint-Germain. Mimo że zdecydowanym faworytem była ekipa Mikkela Hansena i Nikoli Karabatica, to górą byli mistrzowie Polski (28-26), co zgodnie okrzyknięto sensacją.

W pamiętnym finale rywalem kielczan był Telekom Veszprem. Przez większą cześć meczu węgierski zespół był zdecydowanie lepszy, prowadząc na kwadrans przed końcem dziewięcioma bramkami. "Oglądałem to spotkanie w telewizji. W 45. minucie chciałem już wyłączyć telewizor. Tego, co stało się później nie potrafiłem zrozumieć" - wspominał wydarzenia sprzed lat obecny zawodnik PGE Vive Białorusin Arciom Karalek. 

W szoku byli także węgierscy fani, którzy już szykowali się do świętowania sukcesu. Świętokrzyska ekipa nie mając nic do stracenia zaczęła grać jak natchniona. Kielczanie doprowadzili do remisu w regulaminowym czasie gry, po drodze nie wykorzystując jeszcze dwóch rzutów karnych. Dogrywka nie przyniosła rozstrzygnięcia i o wszystkim zadecydowały rzuty z linii siódmego metra. Decydujący karny wykorzystał hiszpański obrotowy Julen Aginagalde i na parkiecie rozpoczęło się świętowanie największego sukcesu w historii polskiej klubowej piłki ręcznej. Piłka, która wtedy trafiła do bramki węgierskiej drużyny po rzucie Aginagalde jest teraz ozdobą jego kolekcji. "Mam ją w domu w Kielcach. Ale miejsca jest dosyć, druga piłka też się zmieści" - powiedział z uśmiechem kołowy 16-krotnych mistrzów Polski.

Jednak o powtórzenie tamtego sukcesu będzie niezmiernie trudno. Z drugiej strony mało kto spodziewał się, że chłopcy Tałanta Dujszebajewa w ogóle zagrają w tym roku w Lanxess Arena. Zespół trzebiony kontuzjami przez cały sezon pokazał jednak prawdziwy charakter. Po zajęciu czwartego miejsca w grupie A kielczanie w 1/8 finału pokonali Motor Zaporoże (33-33, 34-29), a w ćwierćfinale po raz kolejny znaleźli sposób na PSG. W Hali Legionów Thierry Omeyer i spółka nie mieli nic do powiedzenia przegrywając aż 10 bramkami 24-34. W Paryżu co prawda mistrz Francji wygrał 35-26, ale nie wystarczyło mu to do awansu.

Podobnie jak i trzy lata temu mało kto wierzy w to, że kielczanie mogą wygrać Ligę Mistrzów. "Może i nie jesteśmy faworytem, ale na pewno do Kolonii nie jedziemy na wycieczkę. Walczymy o swoje marzenia"- podkreślił Aginagalde.

"Do Kolonii jedziemy walczyć o tytuł. Chcemy zrobić coś specjalnego. Nie mamy nic do stracenia" - dodał serbski bramkarz Vladimir Cupara.

W sobotę w pierwszym półfinale PGE Vive zmierzy się z Telekomem Veszprem (godz. 15.15), a w drugim Barca Lassa zagra z Vardarem Skopje.

Z Kolonii Janusz Majewski


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL