Reklama

Reklama

LM piłkarzy ręcznych. Arkadiusz Moryto: Na meczu w Brześciu świat się nie kończy

Piłkarze ręczni Lomży Vive Kielce doznali drugiej porażki w tej edycji Ligi Mistrzów, ulegając na wyjeździe Mieszkowowi Brześć (30-35). "Ten mecz nam kompletnie nie wyszedł, ale na spotkaniu w Brześciu świat się nie kończy" – powiedział prawoskrzydłowy Arkadiusz Moryto.

Tylko przez pierwszy kwadrans kieleccy fani mogli mieć nadzieję, na korzystny wynik w starciu z mistrzem Białorusi. Później na parkiecie dominowali już gospodarze.

"Od początku ten mecz nie układał się po naszej myśli. Bramkarze Mieszkowa zaczęli odbijać nasze piłki. Zawodnicy rywala zaczęli się nakręcać i trochę podcięli nam skrzydła. Ciężko grało się nam zarówno w ataku, jak i w defensywie. Nawet jak udawało się nam wybronić, to wtedy sędziowie gwizdali nam faule. Cały mecz po prostu nam się nie ułożył, tak jak byśmy chcieli" - analizował przegrany mecz Moryto.

"Początek spotkania był w miarę dobry w naszym wykonaniu. Do 15. minuty wyglądało to obiecująco. W drugim kwadransie pierwszej połowy coś się zacięło w naszym ataku pozycyjnym jak i w szeregach obronnych. Gospodarze szybko zamieniali swoje akcje na bramki, natomiast my nie mogliśmy złapać swojego rytmu w ataku. Często gubiliśmy zbyt szybko piłkę. Przeciwnik odskoczył nam na kilka bramek, a w drugiej połowie kontrolował wynik" - dodał drugi trener Łomży Vive Krzysztof Lijewski.

Na 13 minut przed końcem drużyna z Białorusi wygrywała już dziewięcioma bramkami i już wtedy stało się jasne, że mistrzowie Polski wrócą do Kielc bez punktów.  Zdołali jedynie pod koniec zmniejszyć rozmiary porażki do pięciu trafień.

"Nie było mowy o odpuszczeniu tego spotkania. Chłopcy pokazali jednak charakter, mimo niekorzystnego wyniku walczyli do końca" - zaznaczył asystent trenera Tałanta Dujszebajewa, który przyznał, że po takim meczu trudno szukać pozytywów.

"Może kilka akcji w ataku pozycyjnym napawało optymizmem, ale niestety minusów było sporo i przykryły one plusy" - podkreślił Lijewski.

To był drugi mecz kieleckiej drużyny w ciągu zaledwie 48 godzin. Kielczanie we wtorek pokonali we własnej hali FC Porto i następnego dnia rano udali się w podróż  na Białoruś.

"Nie możemy szukać wymówek w postaci podróży czy długiego postoju na granicy, czy to, że Mieszkow mógł liczyć na doping swoich fanów. To my ten mecz przegraliśmy i to na pewno nie dlatego, że na trybunach byli kibice" - dodał II trener Łomży Vive.

Mimo porażki w kieleckim obozie z tego powodu nikt nie rozdzierał szat. "Na tym spotkaniu świat się nie kończy. Zostało nam jeszcze kilka meczów w grupie do rozegrania. Chcemy do nich przygotować się jak najlepiej" - zaznaczył Moryto.

Polski zespół z 15 punktami na koncie pozostał liderem grupy A. Taki sam dorobek ma niemiecki Flensburg-Handewitt, ale ma jeden mecz więcej do rozegrania. Kolejne spotkanie kielczanie rozgrają w przyszły czwartek u siebie z duńskim Elverum. 

Autor: Janusz Majewski

Reklama



Dowiedz się więcej na temat: Arkadiusz Moryto | łomża vive kielce

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje