Kwadrans i wszystko jasne ws. Polaków. Mariusz Jurasik nie wytrzymał
24 lata temu polscy piłkarze ręczni zostali mistrzami Europy do lat 20 - to również na członkach tamtej drużynie swoją wielkość budowały później "Orły Wenty". Choćby na Karolu Bieleckim, Krzysztofie Lijewskim czy Mariuszu Jurkiewiczu. Gwiazdą u Wenty był też Mariusz Jurasik, który od kilku lat szkoli młodzież z roczników 2006-07. I jako selekcjoner był przekonany, że Polaków stać na awans do drugiej fazy mistrzostw Europy w Rumunii. W 10. minucie jego zespół remisował jeszcze 6:6, po kolejnych 16 obie ekipy dzieliło już 10 trafień.

Dwa lata temu polscy juniorzy zajęli w mistrzostwach Europy 14. miejsce - oddające chyba obecne możliwości polskiej piłki ręcznej w reprezentacyjnym wydaniu. Teraz do gry wkroczyły roczniki 2006 i młodsze, bo w ekipie Mariusza Jurasika są też gracze 18-letni. I choć ten były wybitny reprezentant Polski wierzył w awans drużyny do fazy zasadniczej turnieju, to już pierwszy mecz zweryfikował te nadzieje. I to w dość brutalny sposób.
Polacy znaleźli się bowiem w losowaniu grup w czwartym koszyku - tym najsłabszym. Z pierwszego trafili nam się Węgrzy, z drugiego Czesi, a z trzeciego - Słoweńcy. I to ostatnie rozwiązanie było niekorzystne, zwłaszcza że gotowy do gry był Aljuš Anžic. To 18-latek, o którego wkrótce zacznie się zapewne bitwa mocnych klubów z Europy. Rok temu, w mistrzostwach świata juniorów U-19 w Egipcie, w spotkaniu z Norwegią zdobył... 23 bramki. A spotkanie zakończyło się remisem 37:37.
- Trzeba przyznać, że trafiliśmy do silnej grupy, ale nie spodziewaliśmy się niczego innego. Do losowania przystępowaliśmy z czwartego, ostatniego koszyka, więc wiedzieliśmy, że teoretycznie wszystkie trzy zespoły będą od nas silniejsze. Na początku skupiamy się na pierwszych dwóch spotkaniach, ze Słowenią i Czechami, bo to zespoły, z którymi przy naszej dobrej dyspozycji i odpowiednim nastawieniu możemy rywalizować jak równy z równym i wygrać - mówił Jurasik przed turniejem.
Pierwszy mecz Polski w mistrzostwach Europy U-20. Rywalem Słowenia
Dziś jego zespół zaczął zmagania - w Turdzie rywalem była Słowenia. I przez 10 minut sytuacja nie wyglądała dla Polaków źle - na trafienia rywali odpowiadali tym samym. Mimo że dwoił się i troił Anžic, Biało-Czerwoni nie mieli sposobu na jego zatrzymanie.
Wystarczyły jednak dwa błędy w ataku, dwa nieskuteczne rzuty ze skrzydła - i wszystko runęło. Polacy "obudzili" w bramce rywali Matevža Mlakara, ten skończył pierwszą połowę z ponad 42-procentową skutecznością.

Gdy w 16. minucie Słoweńcy rzucili na 13:8, Jurasik po raz pierwszy poprosił o przerwę. A gdy w 26. minucie różnicą sięgnęła 10 trafień (21:11), dokonał tego po raz drugi. To był już akt desperacji, nasz zespół statystował przy świetnie grających rywalach.
Słowenia wygrała pierwszą połowę 26:15, Aljuš Anžic zdobył osiem bramek. I jeszcze w początkowej fazie drugiej połowie rozgrywający Celje też nie odpuszczał. Gdy zaś jego zespół odskoczył na 35:22 (41. minuta), mogły wejść rezerwy.
Polacy przegrali tę potyczkę 34:40, drugą połowę więc wygrali. W czwartek zmierzą się z Czechami, to zespół będący zdecydowanie bardziej w zasięgu ekipy Jurasika.
Anžic zaś skończył mecz z dorobkiem 15 bramek na 18 oddanych rzutów, wykorzystał 7 z 8 rzutów karnych.
Polska - Słowenia 34:40 (15:26)
Polska: Kaleta (5/31 - 16 proc.), Burzawa (3/17 - 18 proc.) - Czertowicz 6, Kalata 5, Bieniek 5, Witczak 3, Lenckowski 3, Trzaskowski 3, Cebulski 3, Rugala 2, Szostak 1, Stawicki 1, Siuda 1, Latosiński 1, Skierka, Jeżowski.
Kary: 8 minut. Rzuty karne: 4/5.












