Reklama

Reklama

Krzysztof Lijewski: Sok z gumijagód, czyli czego się nie robi dla Orzełka

- Czasami mam wrażenie, że nie możemy być wobec Sławka tak wymagający. Jego interwencje pchały nas do przodu jak wiatr żagle - powiedział po meczu Polska - Rosja na ME piłkarzy ręcznych rozgrywający polskiej reprezentacji Krzysztof Lijewski. Polacy wygrali 24-22 i awansowali do dalszych gier.

Razem z Jakubem Łucakiem młodszy z braci Lijewskich był z czterema golami najskuteczniejszym graczem reprezentacji Polski. Oddał osiem rzutów, a te trafione zaliczył w pierwszych 20 minutach. To czym zaimponował, to nie tylko gole. W oficjalnych statystykach zaliczono mu dwie asysty, dwa przechwyty i jeden blok, a wszystko składa się na znakomitą postawę w obronie. Po meczu humor mu dopisywał i zaskakiwał odpowiedziami. Na pytanie o tajemnice odmiany polskiej drużyny w szatni odpowiedział, że wszyscy wypili... sok z gumijagód.

Reklama

- Tak na poważnie, to odbyliśmy męską rozmowę. Kolejny raz zdarza się taka historia, że doprowadzamy się do trudnych sytuacji rzutowych i nie potrafimy tego wykorzystać. Powiedzieliśmy sobie: raz kozie śmierć, idziemy na całość, nie pozwalamy przeciwnikowi oddawać rzutów bez kontaktu, pomagamy Sławkowi bronić i to nas zaczęło pchać do przodu. Takie interwencje Sławka pchają jak wiatr w żagle. Aż czasami mam wrażenie, że nie możemy być wobec niego tak wymagający - mówił po meczu Lijewski.

Polski rozgrywający zapewnia, że ani przez moment nie liczył bramek przewagi. - Jak przegrywaliśmy 8-13, to ktoś zaczął mówić, że przecież trzeba wygrać dwiema czy trzema, a mamy w tym momencie pięć "w plecy". I wtedy zaczęło nas to trochę trapić, ale mieliśmy jeszcze dużo czasu. Wiedzieliśmy, że najlepiej wygrać jednym, dwoma, czy trzema golami, ale żaden z zawodników nie kalkulował, że tak trzeba zrobić. Dochodziły do nas te spekulacje, ale tak naprawdę w głowach nam to nie siedziało. Szczęśliwie wygraliśmy tyle, ile trzeba  - mówił "Lijek".

Zagadką pozostanie, czy ostatni gol meczu - trafienie Żytnikowa na 22-24 niemal równo z końcową syreną - padł bez próby zapobieżenia temu przez polski zespół. Zagadką pozostanie tym bardziej, że Lijewski odpowiada tak: - Oj tam, oj tam.

Ale to i tak nie miało znaczenia, bo wygrana trzema bramkami też pozostawiała taki układ w grupie, że awansowały z niej Polska i Rosja.

Walkę z Rosjanami Lijewski okupił, jak zwykle zresztą, urazami i bólem. - Biodro nie jest w najlepszym stanie, każdy ruch sprawia mi ból i fizjoterapeuci będą mieć dużo roboty. Życie, ale czego się nie robi dla Orzełka - śmiał się mimo bólu Lijewski.

not. Lech, Aarhus

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje