Reklama

Reklama

Karolina Szwed-Orneborg: W szatni padają czasami mocne słowa, także przekleństwa

- Powrót do rzeczywistości po tak udanym turnieju jakim były dla polskich piłkarek ręcznych mistrzostwa świata (czwarte miejsce) jest trudny - przyznała rozgrywająca kadry Karolina Szwed-Orneborg. "Czego nam życzyć? Byśmy zostały takim zespołem jakim jesteśmy".

Pięknie polskie piłkarki ręczne kończą rok 2013. Czego wam życzyć w kolejnym?

Reklama

Karolina Szwed-Orneborg: Byśmy dążyły do jeszcze większych celów. Byśmy zostały takim zespołem jakim jesteśmy - wewnątrz, ale i na zewnątrz. No i oczywiście sukcesów. 

Czwarte miejsce w mistrzostwach świata. Jak ocenia pani to na zimno - jest radość, czy jednak niedosyt?

- Przed wyjazdem do Serbii jakby ktoś mi powiedział, że będę grała w półfinale mistrzostw świata, a później będę się bić o brąz, to brałabym to w ciemno i jeszcze bym dopłaciła. Nie byłyśmy faworytkami i może to dobrze. Po meczu o trzecie miejsce smuciłyśmy się bardzo, bo jak ktoś daje palec, chciałoby się wziąć całą rękę. Były łzy. Ale z czasem zaczynało docierać do nas, że zrobiłyśmy coś wielkiego.

W kolejnym turnieju będziecie już jednym z faworytów. Nie przeszkadza taka perspektywa?

- Zobaczymy. Ciężko to oczywiście powiedzieć, ale zdajemy sobie sprawę z tego, że w rankingu jesteśmy teraz trochę wyżej. Doskonale wiemy, że oczekiwania znacznie wzrosły. Nie tylko kibiców i dziennikarzy, ale i nasze własne. Obyśmy nie zawiodły - przede wszystkim siebie.

Jakby pani opisała waszą ekipę?

Superteam i właśnie z akcentem na zespół. Prawdziwa, kompletna drużyna.

Różnie potrafi być między dziewczynami...

- I właśnie tutaj tak nie jest. Określiłabym nasze stosunki - jak z kumplami. Zresztą ja zdecydowanie wolę relacje męsko-męskie. Jest to dużo prostsze. A w tym zespole udało nam się to osiągnąć. Jesteśmy szczere, mówimy wprost to, co nas drażni, denerwuje. Wiemy dokładnie, która z nas co lubi, czego nie lubi. W szatni padają czasami mocne słowa, także przekleństwa. Zresztą myślę, że właśnie na tym to polega.

Ile w tym sukcesie jest zasługi trenera Kima Rasmussena?

- Nie sposób jest określić, ale to bardzo ważne ogniwo. To osoba, która musi wszystko poukładać, zlepić jednostki w całość, które przychodzą na trening. I wcale nie chodzi wyłącznie o piłkę ręczną, ale także o mentalność i psychikę. To jest ciężka robota, którą wykonuje nie tylko pierwszy selekcjoner, a także drugi trener, kierownik, menedżer, czasami i psycholog. Myślę, że sztab szkoleniowy to bardzo ważny element sukcesu.

Czy trener Rasmussen oprócz słowa "dziewczyny" mówi jeszcze coś po polsku?

- Dziękuję, dziewczyny, proszę - jest to tylko parę słów, ale z życia wiem, że Duńczykom bardzo trudno przychodzi nauka języka polskiego. Przede wszystkim mają problemy z wymową.

Pani mąż uczy się polskiego?

- Stara się coś mówić, chociaż w tej chwili bardziej skupiamy się na nauce języka niemieckiego, bo od nowego sezonu oboje będziemy pracować w Handball-Club Leipzig. Idzie nam na razie opornie, ale znacznie lepiej Thomasowi, niż mi. Ostatnio brałam też lekcje duńskiego i teraz mi się wszystko plącze. Mam też chyba lekką barierę.

Święta w gronie rodziny?

- Zdecydowanie tak, choć w Danii. Po miesiącu w końcu zobaczyłam się z mężem, a na stole był polski akcent - pierogi.


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje