Reklama

Reklama

Karolina Kudłacz: Nie jesteśmy faworytkami

Reprezentacja Polski piłkarek ręcznych przygotowuje się do meczów ze Szwecją (2 i 8 czerwca), których stawką jest awans do finałów mistrzostw świata. "Faworytkami nie jesteśmy, ale to nasz atut" - powiedziała jej kapitan Karolina Kudłacz.

PAP: Jak pani, jedna z najbardziej doświadczonych zawodniczek w kadrze, widzi szanse zespołu przed meczami ze Szwecją?

Karolina Kudłacz: - Trudno mówić o jakichkolwiek prognozach. Na pewno nie jesteśmy faworytem tej rywalizacji i mamy tego świadomość. Co jednak, moim zdaniem, stawia nas w korzystniejszej sytuacji. Z tej racji, że to faworytkom gra się trudniej, a my nie mamy nic do stracenia. Bardzo chcemy mocno zapukać i wejść do finałów mistrzostw świata. Wtedy będzie nam dużo łatwiej w kwalifikacjach do najważniejszych imprez, bo ostatnie lata nie były dla nas zbyt szczęśliwe.

Reklama

Jak dla pani zakończył się sezon klubowy?

- Mój zespół HC Lipsk został wicemistrzem Niemiec. Bezkonkurencyjna okazała się ekipa Thuringer HC z Erfurtu, która od dwóch lat tworzy w lidze nową regułę. Ma naprawdę świetny zespół. My walczyłyśmy i jesteśmy zadowolone z wicemistrzostwa, bo będziemy grały w eliminacjach Champions League - cel został osiągnięty.

Wcześniej stawałyście jednak na najwyższym stopniu podium.

- Przed trzema laty zdobyłyśmy mistrzostwo Niemiec i zawsze jesteśmy w czołówce ligi.

Lipsk, Erfurt. Drużyny ze wschodnich landów dominują w niemieckiej kobiecej piłce ręcznej.

- Akurat w Erfurcie powstał przed trzema laty znakomity zespół. Sprowadzono 15, 16 zawodniczek klasy światowej. My gramy praktycznie ośmio-, dziewięcioosobowym składem. One były faworytkami, poradziły sobie z presją i wygrały. Ich mistrzostwo było w tym roku bezkonkurencyjne.

Jeszcze w trakcie sezonu przedłużyła pani kontrakt z klubem z Lipska do 2016 roku.

- Miałam też może i inne plany, ale życie tak mi się poukładało, również prywatne, nie tylko sportowe, że zostałam w Lipsku. Dostałam tu bardzo fajną pracę w klinice jako psycholog, rozpoczęłam studia doktoranckie, a nie ukrywam, że moje priorytety i cele niezwiązane z piłką są również bardzo ważne. Nie wiem, ile jeszcze lat pogram, ale już myślę o tym, jak będzie wyglądało moje życie po zakończeniu sportowej kariery. Robię wszystko, żeby było jak najlepiej poukładane.

Jaki będzie temat pracy doktorskiej?

- Dotyczy adaptacji pewnego programu relaksacyjnego z wykorzystaniem jogi w grupie zawodowych sportowców, konkretnie w moim zespole. Na początku sezonu będę prowadziła w nim badania. Można powiedzieć, w podwójnej roli. Będę uczestniczyła w tym programie, wykonywała wszystkie ćwiczenia, ale także je przygotowywała. Prowadzącym będzie profesor z uniwersytetu. Pierwsze badanie potrwa sześć tygodni, po roku cykl zostanie powtórzony. Podobne analizy prowadziłam przy pisaniu pracy magisterskiej, ale chodziło w nim nie tylko o jogę. Były wykorzystywane również inne techniki relaksacyjne. Dziewczyny nie mają zbyt dużej wiedzy na ten temat. Ten program jeszcze nigdy nie był przeprowadzany na grupie sportowców. Zobaczymy, co z tego wyniknie.

Wróćmy na boisko. W zespole klubowym, jak i reprezentacji, jest pani zawodniczką bramkostrzelną. W jednym ze spotkań ligi niemieckiej zdobyła pani rekordowe 15 bramek.

- Jestem jedną z osób, które decydują o wyniku. Oczywiście, przyjmuję tę rolę, ale przyznam szczerze, że zupełnie nie patrzę na klasyfikacje strzelców, bo dla mnie nie jest to miernikiem klasy zawodnika. Mogę zdobyć jedną bramkę w meczu, a mieć 20 bardzo fajnych akcji, które mój zespół zakończy golem. Nigdy nie gram z nastawieniem, by rzucić jak najwięcej bramek. Dla mnie to jest chore - najgorsze podejście, a zostało u nas w Polsce bardzo rozpowszechnione i bardzo się na to patrzy. Nie lubię tego.

Praca doktorska w Niemczech, studia też tam pani kończyła. Druga ojczyzna?

- Zupełnie nie. Jestem tam już osiem lat. Myślałam, że z każdym rokiem będzie lepiej, ale tęsknota za Polską wciąż jest ogromna. Nie wyobrażam sobie zostać w Niemczech na stałe. Przedłużyłam pobyt, bo dzięki temu perspektywa mojej pracy w przyszłości rysuje się lepiej niż gdybym teraz wróciła do Polski i próbowała tutaj coś robić.

Jak zaczęła się pani sportowa kariera?

- Pochodzę z Wąbrzeźna. W piłkę ręczną grałam tam do siódmej klasy szkoły podstawowej. Potem miałam krótki epizod w Słupsku, a następnie siedem lat w AZS AWF Gdańsk. Stamtąd wyjechałam do Lipska. Mimo tylu lat grania, wielu klubów w swoim życiu nie miałam. Jestem naprawdę stałą osobą. Jeżeli już w coś się angażuję, to całkowicie i na długo.

W reprezentacji jest pani kapitanem, ale w drużynie klubowej już nie.

- Z racji tego, że jestem Polką, nie było mowy, by zostać kapitanem w niemieckim klubie. Oczywiście moja rola lidera, jeśli chodzi o sportową stronę, jest w zespole uznana. W kadrze z kolei ta funkcja to duża odpowiedzialność. Musisz mieć wiarę, że drużyna może dużo osiągnąć. Kto ma wierzyć, jeśli nie kapitan?

Zachowując wszelkie proporcje - może się pani porównać, jako wyróżniająca się w lidze niemieckiej zawodniczka z Polski, do Roberta Lewandowskiego?

- Nie, absolutnie nie! Piłka ręczna z piłką nożną nie ma szans konkurować. Trudno mi nawet o tym mówić. Wolę być postrzegana jako jedna z kilkunastu zawodniczek zespołu. Każda ma w nim większą bądź mniejszą rolę i najlepiej niech tak zostanie. Nie posunęłabym się do takich porównań.

Rozmawiał Marek Cegliński

Wasze komentarze
No hate

Wyrażaj emocje pomagając!

Grupa Interia.pl przeciwstawia się niestosownym i nasyconym nienawiścią komentarzom. Nie zgadzamy się także na szerzenie dezinformacji.

Zachęcamy natomiast do dzielenia się dobrem i wspierania akcji „Fundacja Polsat Dzieciom Ukrainy” na rzecz najmłodszych dotkniętych tragedią wojny. Prosimy o przelewy z dopiskiem „Dzieciom Ukrainy” na konto: ().

Możliwe są również płatności online i przekazywanie wsparcia materialnego. Więcej informacji na stronie: Fundacja Polsat Dzieciom Ukrainy.

Reklama

Reklama

Reklama