Superliga Sp. z o.o. słusznie wykorzystuje Superpuchar Polski do promocji dyscypliny. O sukcesach męskiej reprezentacji zaczynamy już powoli zapominać, a nie udało się ich przełożyć na prawdziwy boom na piłkę ręczną.
Prezes związku Sławomir Szmal podkreśla, jak ważna jest praca u podstaw. Działacze przyznają natomiast, że często trudno jest przekonać dzieci do tego "brudnego" sportu. Brudnego, bo wiążącego się z używaniem kleju, który sprawia, że piłka lepiej trzyma się ręki.
Dlatego przy okazji głównego wydarzenia kolejny raz odbył się trzydniowy turniej Superpuchar Anilana Cup. Dlaczego Anilana? To łódzki klub z ogromnymi tradycjami, który wychował medalistów olimpijskich i reprezentantów Polski. Mimo sporych trudności organizacyjnych wciąż istnieje, a dzięki takim turniejom może o sobie przypomnieć.
W tegorocznym Anilana Cup wzięło udział ponad 1700 młodych szczypiornistów ze 110 drużyn z Polski i Litwy. Rywalizowali w ośmiu łódzkich halach. - Widziałem mnóstwo dzieciaków i naprawdę świetną zabawę. To znakomita promocja piłki ręcznej - mówił Marek Chojnacki, piłkarska legenda ŁKS, który pracuje w jednej z hal Miejskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji.
A pod Atlas Areną również nie brakowało atrakcji dla młodych adeptów piłki ręcznej. Był turniej jeden na jednego, mierzenie prędkości rzutu oraz próby refleksu przy łapaniu piłki. Trwała również promocja mistrzostw Europy kobiet, które odbędą się między innymi w Polsce.
Emocje już od pierwszego meczu - decydowały rzut karne
Pierwsze na parkiet wyszły zawodniczki Zagłębia Lubin i MKS Lublin. Organizatorzy Superpucharu starają się zrobić z tego wydarzenia wielkie show, a wzorem jest Final Four Ligi Mistrzów. Nie brakowało więc występów cheerleaderek, wystrzeliwania w trybuny gadżetów czy efektownej prezentacji drużyn. Dla nadania wydarzeniu odpowiedniej rangi przed rozpoczęciem meczów odśpiewano Mazurka Dąbrowskiego.
Samo spotkanie było świetną reklamą piłki ręcznej. Szala zwycięstwa przechylała się to w jedną, to w drugą stronę. Wydawało się, że po triumf sięgnie MKS, tymczasem zryw Zagłębia pozwolił na trzy sekundy przed końcem doprowadzić do rzutów karnych. Te lepiej wykonywały lublinianki i po ostatniej próbie rozpoczęły szalony taniec radości.
A potem rzeczywiście, w ligomistrzowym stylu, odebrały trofeum. Na wysokości zadania stanęły również zawodniczki Zagłębia. Wróciły na parkiet i pogratulowały zwyciężczyniom. Klasa.
- Lublin dwa razy prowadził pięcioma bramkami, ale walczące Zagłębie potrafiło odrobić straty. Myślałem, że kolejny raz sprzątnie rywalkom trofeum sprzed nosa. Kolorytu i emocji w tym spotkaniu nie zabrakło, bo rzuty karne rzadko kibice mają możliwość oglądać - oceniał Zygfryd Kuchta, brązowy medalista olimpijski i były trener reprezentacji Polski kobiet oraz mężczyzn. - Sam mecz, jak to na początku sezonu, nie był wysokiej klasy z punktu widzenia szkoleniowego. Było dużo błędów, ale trenerzy dostali materiał, żeby poprawić to na treningach.
Superpuchar Anilana Cup z finałem w Atlas Arenie
Przerwę między meczami wykorzystano do wręczenia nagród zwycięzcom turnieju Superpuchar Anilana Cup. Dla młodych zawodników było to wielkie wydarzenie. Wchodzili na to samo podium, na którym chwilę wcześniej stały starsze zawodniczki, a wyróżnienia odbierali m. in. z rąk znakomitego bramkarza reprezentacji Polski, a obecnie prezesa ZPRP - Sławomira Szmala.
- Ta otoczka wokół Superpucharu Polski służy temu, żeby zainteresować jak najwięcej młodzieży i w tym należy upatrywać postępu. Może nie chciałbym, żeby zaczynało się to od tych najmłodszych, bo zanim dorosną do seniora, trochę czasu upłynie. Dopóki nie będziemy robili wyników, może już nie medalowych, ale powiedzmy na poziomie czołowej szóstki na imprezach typu mistrzostwa Europy juniorów czy młodzieżowych, to nie ruszymy z miejsca. To będzie pokazywało, że nie ma zaplecza, nie ma skąd czerpać - uważa trener Kuchta.
Piotr Należyty, prezes LOTTO Superligi, podkreślał natomiast rolę łódzkiego klubu: - Ogromne podziękowania dla Anilany, która była odpowiedzialna za turniej dla dzieci i młodzieży. Zależało nam, żeby uczestnicy wzięli udział w rywalizacji i odebrali medale na głównej płycie Atlas Areny. Niektórzy też tutaj zagrali i podobno łezka się zakręciła z emocji. Chodzi nam o wyjątkowe przeżycia, które pozwolą mocniej angażować się w piłkę ręczną. Mam nadzieję, że byli tu przyszli reprezentanci i reprezentantki Polski. Nasza dyscyplina potrzebuje takiej oddolnej odbudowy i rozwijania młodych talentów po to, żeby kadra była silniejsza, a sport popularniejszy.
"Święta wojna" dla Wisły
Potem przyszedł czas na danie główne Superpucharu Polski, czyli tak zwaną "Świętą wojnę". Oprawa była jeszcze lepsza, a już sama prezentacja drużyn mogła wywołać u kibiców gęsią skórkę.
Przez 45 minut spotkanie było niezwykle zacięte, a na tablicy wyników aż piętnaście razy pojawiał się remis. Końcówka należała jednak do Płocczan. Od stanu 19:19 odskoczyli rywalom nawet na pięć bramek i zasłużenie wygrali.
- W tych spotkaniach nie wiadomo, kto będzie lepszy, chociaż trochę zaskakująco wyglądała końcówka i aż taka wygrana Wisły. Spotkanie dwóch topowych zespołów to ciekawa zapowiedź sezonu i przede wszystkim Ligi Mistrzów, w której wystartują. Te zespoły jeszcze spotkają się chociażby w sezonie zasadniczym i znów będzie ciekawie - mówi prezes Należyty.
Na wysokości zadania stanęli również kibice obu zespołów. Był gorący, żywiołowy doping, skupiony przede wszystkim na swoich drużynach, choć nie zabrakło również wyzwisk. Co jednak ważniejsze, gdy jeden z fanów Wisły potrzebował pomocy ratowników medycznych, mecz przerwano. Kibic został zniesiony na noszach, a również fani Industrii dodali mu otuchy brawami.
- Zdrowie jest najważniejsze. Cieszę się, że sędziowie zareagowali dosyć szybko i przerwali spotkanie. Mam nadzieję, że temu kibicowi nic nie będzie i wyjdzie z tego cało - stwierdził Piotr Jędraszczyk, zawodnik Industrii.
Dla niego był to sentymentalny powrót do Łodzi. Tu się urodził, a piłka ręczna była w jego życiu właściwie od kołyski. Jego tata, Adam, przez lata był zawodnikiem Anilany, a teraz jest trenerem. Pierwsze kroki Piotr również stawiał w tym klubie. Dziś gra w Industrii i jest reprezentantem Polski. Tym razem w Łodzi musiał jednak przełknąć pigułkę porażki.
- Nie można zwalać tego na to, że byliśmy osłabieni brakiem kontuzjowanych zawodników. Nawet jakbyśmy przyjechali w ośmiu czy dziesięciu, trzeba wyjść na boisko i zasuwać na 100 procent. Zawsze trzeba wierzyć do końca, ale jak na 30 sekund przed końcem Wisła prowadziła trzema bramkami, to było wiadomo, że puchar pojedzie do Płocka - przyznał Jędraszczyk. - Oczywiście, fajnie wrócić do rodzinnego miasta, a ta hala jest wyjątkowa dla polskiego sportu. Było mnóstwo kibiców, zapełnili trybuny, a im jest ich więcej, tym lepiej nam się gra. To nadaje kapitalną otoczkę takim meczom.
Na trybunach zasiadło ponad 7300 osób, nieco mniej niż rok temu. - To wciąż bardzo wysoka frekwencja i największe wydarzenie klubowej piłki ręcznej w naszym kraju. Widzieliśmy po sprzedaży biletów, że wiara w kibicach Wisły była niższa po utracie mistrzostwa Polski. Rok temu było więcej fanów z Płocka. Mam nadzieję, że już odzyskali wiarę w zespół - dodał prezes Należyty.




















