Totalna niemoc godziny przed meczem Polski w mistrzostwach świata. Dwie bramki w pół godziny
Jeśli nie mamy roku olimpijskiego, to na imprezę sezonu w kobiecej piłce ręcznej trzeba czekać aż do grudnia - w latach parzystych są to mistrzostwa Europy, w latach nieparzystych - mistrzostwa świata. I te ostatnie, z udziałem reprezentacji Polski, oficjalnie ruszyły w środę wieczorem. Polki zaczną turniej dzisiaj, o godz. 18.30 zmierzą się z Chinkami, powinny dość łatwo wygrać. W tym samym obiekcie, Maaspoort Arena w 's-Hertogenbosch, doszło jednak w czwartek do wydarzenia absolutnie niezwykłego. I nie chodzi o to, że rywal Polek z poprzedniego mundialu nie zdobył nawet 10 bramek.

Mistrzostwa świata w piłce ręcznej kobiet mają na dobrą sprawę to do siebie, że... zaczynają się od drugiej fazy. Przynajmniej patrząc z punktu widzenia reprezentacji europejskich, bo nasz kontynent zdecydowanie dominuje. I jedynie Brazylia od czasu do czasu jest się w stanie włączyć do gry o najlepszą ósemkę. Postęp zrobiły też niektóre kraje afrykańskie, mające reprezentantki głównie z zawodowej ligi we Francji.
Sporo jest więc na mundialu, zwłaszcza w pierwszej fazie grupowej, wyników bardzo wysokich, świadczących o różnicy poziomu. Takiego można się spodziewać także i w piątek, gdy w Maaspoort Arenie w 's-Hertogenbosch na parkiet wyjdą reprezentacja Polski i Chin. Początek tego meczu o godz. 18.30. Nasz zespół ma jeszcze w grupie Tunezję (mecz w niedzielę) i Francję (we wtorek). Awansują trzy zespoły, raczej trudno się spodziewać, by drużyna Arne Senstada nie zdobyła tu czterech punktów. Bo na sześć raczej nie ma co liczyć - Francja to potęga.
Szczypiorniacki mundial już rozpoczęty. Niezwykłe wydarzenie w starciu Szwajcarii z Iranem
Mistrzostwa świata rozpoczęły się w środę w Niemczech, w czwartek w Rotterdamie, -s'Hertogenbosch, Stuttgarcie i Trewirze rozegrano kolejnych osiem spotkań. Z polskiego punktu widzenia ważne było to między Serbią i Urugwajem w Porsche-Arenie w stolicy Badenii-Wirtembergii. W tej samej hali, w której dwa tytuły WTA zdobyła Iga Świątek. Serbia wygrała 31:19 (15:10), a mecz prowadzili polscy arbitrzy: Michał Fabryczny i Jakub Rawicki. Aż przez 16 lat nie mieliśmy sędziów w tak ważnej imprezie, teraz wreszcie nastąpił powrót do elity.
Większych sportowych emocji w żadnym z tych czwartkowych spotkań nie było, tylko trzy kończyły się mniejszą różnicą niż 10-bramkowa: Rumunia wygrała z Chorwacją 33:24, Szwecja z Czechami 31:23, a Węgry z Senegalem 26:17. Ten ostatni zespół tworzy sporo zawodniczek grających w lidze francuskiej.

Jeden mecz zakończył się jednak wynikiem niecodziennym - właśnie ten rozegrany w hali, w której dziś wybieganą Polki. Do rywalizacji ruszyły grające w grupie B Szwajcaria i Iran, dla tej pierwszej był to... debiut w zmaganiach globalnych. I ten debiut wypadł okazale, choć wysokiej wygranej z Iranem można się było spodziewać. Gdy dwa dwa lata temu w Herning Polki mierzyły się z tą azjatycką drużyną, triumfowały 35:15.
Szwajcaria od początku demolowała Iran, pierwszą połowę wygrała 19:7. A później przyszła druga, absolutnie niesamowita. W bramce Szwajcarii pojawiła się Seraina Kuratli, zanotowała rekordowe 86 procent skuteczności obron. Iranki pokonały ją dwa razy: Fatemeh Merik w 41. minucie (na 8:26), a później na nieco ponad minutę przed końcem Aseman Badvi. Jej bramka ustaliła wynik meczu na 34:9 dla Szwajcarii.
Nic więc dziwnego, że Kuratli została wybrana zawodniczką spotkania.







![Polskie kluby w tarapatach. Te akcje nie wystarczyły do zwycięstwa [WIDEO]](https://i.iplsc.com/000M2DVDR9XY3H5A-C401.webp)



