Rozbiły Polskę, przyszedł czas weryfikacji. Wszystko na oczach króla Niderlandów
Holandia jest w kobiecej piłce ręcznej mocna - to wiadomo od mniej więcej 10 lat. Największym osiągnieciem "Pomarańczowych" był oczywiście tytuł mistrzyń świata, wywalczony w 2019 roku. A później przyszły turnieje pełne rozczarowań, bo przecież potencjalnie medalowy zespół odpadał głównie w ćwierćfinałach. Przełom miał nastąpić teraz, w domu. Po efektownym rozgromieniu Polski, a później ograniu broniącej złota ekipy Francji. Warunkiem było pokonanie Węgierek, a te też na mundialu spisywały się znakomicie. I przez 20 minut był to równy mecz. Później nastąpił przełom.

Obecność króla Niderlandów Wilhelma-Aleksandra na trybunach Ahoy Areny w Rotterdamie świadczyła, że na oczach dziewięciu tysięcy widzów może stać się coś dla Holendrów wielkiego. Ich zespół rósł w oczach w tym turnieju, choć przecież podczas takiej imprezy zawsze trafia się słabsza chwila.
A współgospodarze mistrzostw świata, organizują go razem z Niemcami, takiej do dziś nie mieli. Pierwszy etap zakończyli z kompletem zwycięstw, drugi - tak samo. Właśnie tu, w Rotterdamie, rozbili 33:22 Polskę, ale przede wszystkim pokonali broniącą mistrzostwa świata Francję. I to już znaczyło wiele, pozwoliło uniknąć w grze o strefę medalową Danii.
Choć akurat Węgry to też bardzo mocny zespół. Z Danią walczył do końca, prowadził w końcówce, miał szansę na remis w ostatniej akcji. Ale przegrał - i dziś musiał rywalizować nie tylko z rywalkami w pomarańczowych strojach, ale też głośnymi kibicami.
Trzeci ćwierćfinał mistrzostwa świata. Norweżki i Niemki już czekały. Dołączyć miała Holandia lub Węgry
Węgry na globalnej imprezie pozostają bez medalu od 20 lat, ale mistrzostwa Europy rok temu skończyły na trzeciej pozycji. Mają jedną z trzech najsilniejszych lig w Europie, to daje powoli efekty. Do kadry wchodzą młodsze zawodniczki, które ogrywają się codziennie z tymi najlepszymi na świecie. A taka 21-letnia Petra Simon już jest przecież jedną z nich.
Do 20. minuty trudno było wskazać, kto może tu być lepszy. To wtedy, po trafieniu Simon, było 6:6. A końcowe 10 minut pierwszej połowy okazało się kluczowe dla całego spotkania.

Kapitalnie w bramce Holenderek spisywała się Yara Ten Holte, miała 50-procentową skuteczność. Po tej 20 minucie zaczęła jej jeszcze pomagać defensywa, to napędzało kontrataki. A w nich bryluje skrzydłowa Bo van Wetering, odczuły to już przecież kilka dni temu Polki.
Holandia odskoczyła na 10:6, później 12:8, a przy 13:8 jeszcze miały kolejną szansę. Węgierki sprawiały wrażenie bezradnych, nawet w liczebnej przewadze, po karach rywalek, niewiele mogły zdziałać. Stawały oko w oko z Ten Holte - i przegrywały. Laura Falusi-Udvardi czy Petra Vámos długo pewnie nie będą mogły na nią spojrzeć. Do szatni oba zespoły zeszły przy wyniku 14:9. Węgierki musiały coś zmienić, poszukać innego pomysłu przez ten wolny od gry kwadrans.
Tyle że Holenderki już ani myślały odpuszczać. Grały mądrze, gdy trzeba było, podkreślały swoją wyższość.
A już ostatecznym dobicie dla Węgierek byłą sytuacja z 49. minuty. Znów świetną interwencją popisała się Ten Holte, jeszcze lepiej rzuciła do kontry - van Wetering znalazła się sama przed bramkarką rywalek. I wtedy zahaczyła ją nogami gwiazda Węgier - Katrin Klujber. Upadek skrzydłowej Holenderek wyglądał źle, doświadczeni duńscy sędziowie Jesper Madsen i Mads Hansen nie mieli wyjścia - od razu pokazali najlepszej snajperce Węgier czerwoną kartkę.

Za moment zrobiło się 20:13, trener Węgierek Vlagyimir Golovin (kiedyś Władimir Gołowin) poprosił jeszcze o przerwę. Niewiele mógł już zdziałać, nawet głośne "Ria Ria Hungaria" węgierskich kibiców, których było pewnie osiem razy mniej od miejscowych fanów, już się tak nie przebijało w tym tumulcie.
Holenderki miały już wystarczająco wiele atutów, by w ostatnich 20 minutach nadto się nie podpalać. Napędzane przez kibiców w Ahoy Arenie dobiły ekipę Węgier. Bo van Wetering, Dione Housheer i Kelly Dulfer zdobyły łącznie 16 bramek, a to przecież gwiazdy Győri ETO KC - klubowego mistrza Europy.
Holenderki wygrały siósme spotkanie na tym mundialu, awansowały do strefy medalowej.

Czy stać je na coś więcej? Nawet taka gra jak dzisiaj może nie wystarczyć w piątek. Wtedy zagrają o finał z Norweżkami - absolutnym dream teamem, mistrzyniami olimpijskimi. Jeśli w Amsterdami, Rotterdamie, Eindhoven czy Bredzie marzy się o powtórzeniu sukcesu z japońskiego mundialu z 2019 roku, trzeba jednak będzie pokonać giganta. Tak jak wtedy pokonały ją w Kumamoto, choć w fazie zasadniczej. Niemniej tamto starcie powinno pamiętać wiele zawodniczek po obu stronach barykady.
W drugim środowym ćwierćfinale Francja zagra z Danią.
Holandia - Węgry 28:23 (14:9)
Holandia: Ten Holte (15/37 - 41 proc.), Duijndam (0/1 - 0 proc.) - Housheer 8 (0/1 z karnego), Van Wetering 5, Malestein 4 (3/4), Van der Vliet 3, Dulfer 3, Nusser 3, Maarschalkerweerd 1, Vollebregt 1, Polman, Sprengers, Freriks, Van der Helm, Abbingh, Van Maurik.
Kary: 8 minut. Rzuty karne: 3/5.
Węgry: Szemerey (8/29 - 28 proc.), Janurik (6/11 - 55 proc.) - Klujber 3, Simon 3, Vamos 3, Albek 3, Csikos 3, Kovacs 2, Marton 2, Kuczora 1, Falusi-Udvardi 1, Harsfalvi 1 (1/1 z karnego), Tovizi 1, Farago, Papp, Bordas.
Kary: 10 minut. Rzuty karne: 1/1.












