Skandal przed meczem Niemców. Dramatyczna pogoń w końcówce. Oto finalista
Aktualny wicemistrz olimpijski z Paryża kontra aktualny wicemistrz świata - w piątek w Herning mogliśmy spodziewać się wielkich emocji. Niemcy grali z Chorwatami o finał mistrzostw Europy, najtrudniejszego turnieju w piłce ręcznej. Dzień przed spotkaniem szkoleniowiec Chorwatów Dagur Sigurdsson podgrzał atmosferę, wskazał potężne niedociągnięcia ze strony EHF. Dawały one przewagę Niemcom, czyli ekipie, którą Sigurdsson 10 lat temu doprowadził do... tytułu mistrza kontynentu. Dziś jego zespół gonił w drugiej połowie rywala, w końcówce były tylko dwie bramki różnicy.

!0 lat temu w Krakowie, dokładniej zaś 31 stycznia 2016 roku, Niemcy pokonali w finale mistrzostw Europy Hiszpanię 24:17. Po fenomenalnym spotkaniu Andreasa Wolffa - późniejszy bramkarz Industrii miał 16 skutecznych interwencji, 48 procent skuteczności. Nieprzypadkowo został najlepszym golkiperem całego turnieju, choć na dobrą sprawę tytuł MVP należał się właśnie jemu, a nie Hiszpanowi Raulowi Entrerríosowi.
W tamtym zespole byli też m.in. Rune Dahmke i Jannik Kohlbacher, dziś grający w Herning przeciwko Chorwatom. Ale przede wszystkim na ławce siedział Dagur Sigurdsson - znakomity islandzki szkoleniowiec, który niecałe dwa lata temu dostał zadanie odmienienia reprezentacji... Chorwacji. Na Bałkanach są zachwyceni jego pracą - rok temu doprowadził drużynę do tytułu wicemistrza świata, teraz zaś - do półfinału ME.

Sigurdsson rozpoczął wojenkę już w czwartek - i trudno mu się dziwić. Chorwaci zaczęli turniej 17 stycznia, w środę 28 stycznia grali siódmy mecz w turnieju. Po niecałej dobie przerwy, bo przecież musieli walczyć też we wtorek. I jakby było tego mało, to występowali w Szwecji, na decydujące spotkania musieli przenieść się z Malmoe do Herning w Danii.
A Niemcy byli tu cały czas, zaczęli turniej dwa dni wcześniej, między każdym spotkaniem mieli dwie doby przerwy.
Sigurdsson w czwartek w godzinach popołudniowych pojawił się na konferencji prasowej. Tuż po tym, jak po 4-godzinnej podróży Chorwaci autokarem dostali się do Silkeborga, 40 km od Herning, bo EHF... nie zarezerwowała im na miejscu hotelu. Islandczyk wybuchł, zarzucił działaczom amatorską organizację, powiedział, że zostali dostarczeni jak "mrożone kurczaki". - Ta konferencja jest obowiązkowa, musiałem tu przyjechać, straciłem 35 minut. I 35 stracę na powrót, a jeszcze nie odbyłem treningu z zespołem. EHF ma nas w nosie, robią tu fast food, jakość się nie liczy, a sprzedaż marketingowa - grzmiał, mówiąc o "hańbie".
I trudno nie przyznać mu racji, a dziś przecież Chorwaci rywalizowali z Niemcami, którzy od ponad dwóch tygodni się z Herning nie ruszali.
Mistrzostwa Europy. Niemcy kontra Chorwacja w Herning. Stawką finał mistrzostw Europy
W Jyske Bank Boxen mierzył się aktualny wicemistrz świata (Chorwacja) z aktualnym wicemistrzem olimpijskim (Niemcy). I w normalnych warunkach trudno byłoby tu wskazać faworyta. Niemcy mieli przewagę w bramce, za sprawą Wolffa, może i na środku obrony, ale Chorwaci potrafią zagrać jakościowo w ofensywie. Tak jak dzisiaj przed przerwą. Nawet bez Zvonimira Srny, którego godnie w ostatnich spotkaniach zastępował Tin Lučin. Dobra passa byłego rozgrywającego Orlenu Wisły Płock tu się jednak zakończyła (4/11 z gry).

Pierwsza połowa niczego nie wyjaśniła, nikt nie potrafił wyraźniej odskoczyć. Wolff rozkręcał się bardzo powoli, bramkarz Chorwatów Dominik Kuzmanović jeszcze wolniej. Choć Niemiec zaliczył obronę karnego Davida Mandicia w 12. minucie, przy wyniku 7:6. Za chwilę i tak był jednak remis - 7:7, po kwadransie rywalizacji. Niemcy przerwali wtedy sześciominutowy okres bez trafienia, z dystansu pięknie huknął ich bombardier Ivan Martinović.
Jeszcze w 27. minucie był remis 15:15, końcówkę lepiej rozegrali Niemcy. Mimo czasu dla Sigurdssona, co jednak nie poskutkowało. Na 30 sekund przed końcem, przy stanie 17:15, Marco Grgic trafił w słupek. A jeszcze i tak Wolff mógł dać wynik 18:15 - Niemiec rzucił przez całe boisko do pustej bramki, pomylił się o jakieś 20 cm. I był z tego powodu wściekły.
Nie miało to jednak znaczenia, bo Niemcy zaczęli drugą połowę znakomicie w obronie, a Chorwaci jakby zostali w szatni. W 38. minucie Juri Knorr trafił na 22:16, przy stanie 26:19 dla wicemistrzów olimpijskich Filip Glavaš nie trafił z karnego.
Na kwadrans przed końcem Niemcy mieli więc siedem bramek przewagi, a to bardzo dużo. Na dodatek żaden z Chorwatów nie imponował w ofensywie, każdy z rozgrywających się mylił. A przecież były jeszcze pudła z kontra, bo Wolff wciąż grał na mistrzowskim poziomie.

Trudno było oczekiwać emocji, choć przecież w piłce ręcznej nie ma rzeczy niemożliwych. Chorwaci jednak walczyli, odrobili trzy bramki, przy stanie 23:27 mieli dwie akcje w ofensywie. Mogli mocno postraszyć Niemców, a zaliczyli dwie straty.
Czas zaś upływał, jeszcze podopieczni Sigurdsona walczyli. W 57. minucie David Mandić nie trafił w kontrze, przy wyniku 26:29. Niemcy stanęli, mieli w ofensywie problemy. Trafienie Lucasa Zerbe z karnego uspokoiło jednak sytuację.
Niemcy wygrali 31:28, w niedzielę zagrają o złoto z lepszym z pary: Islandia - Dania. A Chorwaci ze słabszymi o brąz.
Niemcy - Chorwacja 31:28 (17:15)
Niemcy: Wolff (13/41 - 32 proc.), Späth - Zerbe 6 (2/3 z karnych), Golla 4, Knorr 4, Uščins 4, Mertens 4, Fischer 4, Köster 3, Lichtlein 1 (1/2), Semper 1, Schluroff, Langhoff, Dahmke, Grgić, Kohlbacher.
Kary: 4 minuty. Rzuty karne: 3/4.
Chorwacja: Kuzmanović (7/23 - 30 proc.), M. Mandić (1/11 - 9 proc.) - Lučin 6 (2/2 z karnych), Klarica 5, Martinović 5, Šoštarić 3 (0/1), Raužan 3, Načinović 3, Ćeško 1, D. Mandić 1, Jelinić 1, Maraš, Mamić, Cindrić, Šušnja, Glavaš (0/1)
Kary: 2 minuty. Rzuty karne: 2/4.













