Nerwowo na San Siro. To nie tak miało wyglądać, Zieliński już był gotowy
Sporej dawki strachu najedli się w środowy wieczór kibice Interu Mediolan. Ich ulubieńcy długo męczyli się z walczącym o utrzymanie Lecce. Podczas pierwszej połowy co prawda pachniało rzutem karnym. Wykonywać jedenastkę prawdopodobnie miał Piotr Zieliński. Sędzia zmienił jednak podjętą pierwotnie decyzję. Gospodarze następnie długo bili głową w mur, aż wreszcie upragnione trafienie padło w decydującej fazie meczu.

Na legendarnym San Siro spotkały się dziś drużyny z przeciwnych biegunów ligowej tabeli. Inter lideruje Serie A, natomiast Lecce przed pierwszym gwizdkiem arbitra znajdowało się tylko trzy punkty nad strefą spadkową. Dla polskich kibiców to spotkanie było ciekawe ze względu na obecnego w wyjściowym zestawieniu Piotra Zielińskiego. Rola naszego rodaka powinna wzrosnąć z powodu kontuzji Hakana Calhanoglu.
"Badania wykazały naciągnięcie mięśnia lewej łydki" - informowali niedawno mediolańczycy w oficjalnym komunikacie. Nawet bez Turka gospodarze byli w środowy wieczór zdecydowanymi faworytami. Bramką zapachniało już po zaledwie sześciu minutach. Z rywalami zabawił się Ange-Yoan Bonny, lecz z na wysokości zadania stanął golkiper. Sporo pozytywnego szumu narobił również Piotr Zieliński. Futbolówka po strzale pomocnika poszybowała jednak nad poprzeczką.
Podczas pierwszej połowy na trybunach pojawiła się także chwilowa radość. Danilo Veiga zaliczył delikatny kontakt z wspomnianym wcześniej Bonnym. Rozjemca początkowo wskazał na jedenasty metr, ale po kilkudziesięciu podbiegł do monitora. Analiza powtórek trwała dosyć długo, na stadionie rozległy się z tego powodu gwizdy. A stały się one jeszcze głośniejsze, gdy sędzia postanowił zmienić podjętą wcześniej decyzję.
Wielka ulga w Mediolanie. Inter strzela w końcówce spotkania
Gospodarze po przerwie koniecznie musieli poprawić grę. Strata cennych punktów z tak nisko notowaną drużyną nie satysfakcjonowała żadnego z podopiecznych Cristiana Chivu. A na potencjalną wpadkę tylko czekały zespoły znajdujące się tuż za plecami Interu w ligowej tabeli. Mediolańczycy w drugiej połowie rzeczywiście wyglądali tak, jakby wrzucili wyższy bieg. Brakowało jednak goli. Kibice coraz bardziej się niecierpliwili.
Wreszcie wszystkim spadł kamień z serca, ale dopiero w 78. minucie. Zimną krew w polu karnym przeciwników zachował Francesco Pio Esposito, który dopadł do piłki i nie zmarnował dogodnej okazji na otwarcie wyniku. Mało brakowało, a kilkadziesiąt sekund później cieszyłby się z dubletu, lecz futbolówka minimalnie przeszła obok prawego słupka. Spokojnego prowadzenia gospodarze nie wypuścili już z rąk.











