Urban zaskoczył powołaniami i... brakiem powołań. Jazda po bandzie
Jan Urban trzeci raz w swojej selekcjonerskiej kadencji wysłał powołania przed meczami eliminacji mistrzostw świata, ale pierwszy raz można powiedzieć, że powołania noszą znamiona jazdy po bandzie. I nawet nie chodzi o to, kogo powołał - choć tu są zaskakujące nazwiska - ale kogo nie powołał.

Jednym z najważniejszych momentów meczu z Litwą (2:0) w Kownie, była minuta, w której Bartosz Slisz otrzymał żółtą kartkę. Dla pomocnika Atlanty United było to już drugie napomnienie w tym cyklu eliminacyjnym, dlatego stało się jasne, że Jan Urban będzie musiał znaleźć zastępstwo na kluczową pozycję. Pomysły były różne - nawet w jego wypowiedziach przewijały się nazwiska Jakuba Piotrowskiego (Urban zaznaczał, że nie zagrał dobrze z Nową Zelandią, lecz jednocześnie go usprawiedliwiał świeżym rodzicielstwem), Tarasa Romanczuka, a ostatnio z formą eksplodował Oskar Repka, który piłkarza Jagiellonii "schował do kieszeni" w bezpośrednim starciu ligowym. Selekcjoner... nie powołał żadnego z nich. Nie powołał też nikogo innego. Oznacza to, że Urban sam pozbawił się opcji zastępstwa, zostawiając kadrę... bez dosłownie ani jednego nominalnego defensywnego pomocnika na mecz z Holandią. To z kolei sprowadza się do dwóch możliwości - albo cofnie na tę pozycję Bartosza Kapustkę, który w Legii gra wyżej, lecz w oczach selekcjonera może występować w miejsce Slisza, albo przestawi tam Piotra Zielińskiego, którego mariaż za kadencji Michała Probierza z tzw. "szóstką" był nieudany.
Urban nie chce działać jak Probierz
Możemy tylko domyślać się, w czym tkwi źródło decyzji o braku zadaniowego powołania dla innego piłkarza.
Reprezentacja to specyficzny twór. W chwili, gdy futbol klubowy obwarowany jest okienkami transferowymi, poza którymi (z małymi i rzadko wykorzystywanymi odstępstwami) nie można zmieniać już składów swoich drużyn, narodowa kadra z miesiąca na miesiąc może stać się innym zespołem. Oczywiście nikt nie idzie w taką skrajność, natomiast poprzedni selekcjonerzy chętnie wykorzystywali możliwości jednorazowych powołań na dane zgrupowanie. Brylował w tym zwłaszcza Michał Probierz, który z zaskakującą łatwością wzywał zawodników w przykładowym październiku, by z nich rezygnować już w listopadzie, kiedy to decydował się na kolejnych (których również szybko skreślał). W chwili, gdy odchodził z pracy, liczba powołanych przez niego piłkarzy w ciągu około 2,5-letniej kadencji zakręciła się wokół sześćdziesięciu. Przy Probierzu zawsze należało spodziewać się niespodziewanego, przy Urbanie spokój jest dużo większy.
Jan Urban zdecydował się na nieco bardziej klubowy model reprezentacji. Powołując kadrę, chce mieć w niej niemal wyłącznie nazwiska piłkarzy, którzy rokują na tyle dobrze, że ich szansa na udział w kolejnych zgrupowaniach będzie wysoka. Zresztą wystarczy spojrzeć, jakich zmian dokonał w październiku. Wtedy do kadry trafiło trzech nowych zawodników, ale wszyscy z konkretnego powodu. Kacper Tobiasz zastąpił Bartosza Mrozka (bo betonowanie pozycji czwartego bramkarza nie ma żadnego sensu, a Mrozek wyraźnie obniżył loty), Kacper Kozłowski wskoczył w miejsce Adama Buksy (ze względu na kontuzję napastnika Udinese), a Michał Skóraś otrzymał powołanie zamiast Nicoli Zalewskiego (tu też powodem kontuzja, ale także skrajnie różna w odniesieniu do września klubowa sytuacja Skórasia). Każdego z tych piłkarzy łączył wspólny mianownik - można było założyć, że utrzymają miejsce w 25-osobowej kadrze. I rzeczywistość to potwierdziła - każdy z nich w listopadzie otrzymał powołanie.
Czytaj także nasz wywiad z Janem Urbanem: Jan Urban gasi plotki ws. Lewandowskiego. "To Flick usłyszał od Roberta"
To jest klucz w wizji Jana Urbana - odczytany nie na bazie interpretacji zdarzeń, lecz potwierdzony u niego samego. Jeśli ktoś zastanawia się, czemu w reprezentacji jeszcze nie zadebiutował Oskar Pietuszewski, prawidłową odpowiedzią wcale nie jest młody wiek skrzydłowego Jagiellonii (wbrew przekonaniu, że Urban uważa, że Pietuszewski ma jeszcze czas), lecz brak pewności, że powołanie będzie na dłużej niż na chwilę - podczas gdy aktualna ścieżka tego piłkarza pokazuje, że służy jego rozwojowi. Bo Pietuszewski, który nota bene obniżył loty z miesiąca na miesiąc, ma na swojej pozycji na tyle silną konkurencję (Zalewski, Skóraś, nawet Jakub Kamiński), że przy taktyce braku powołań na zachętę brakuje dla niego miejsca.
Tarasa Romanczuka i Oskara Repki Urban nie chciał, bo gdy wszyscy jego defensywni pomocnicy dojdą do formy i możliwości gry, selekcjoner musiałby z nich szybko zrezygnować. Jest to o tyle kontrowersyjne (przypomnijmy - w kadrze nie ma ani jednego defensywnego pomocnika na Holandię!), co sprowadzjące się do faktu, że każdy selekcjoner może układać zespół na swoją modłę. Przynajmniej dopóki bronią go wyniki, a to o Janie Urbanie póki co śmiało można powiedzieć.
Zaskoczenia też wśród powołanych
Wydawało się, że niepowoływanym dotąd piłkarzem, który jest najbliżej debiutu, jest mimo wszystko Pietuszewski. Tymczasem Jan Urban wyciągnął dwóch innych - Filipa Rózgę i Kryspina Szcześniaka. W obu przypadkach można mówić o wyciągnięciu z kapelusza, bo te nazwiska przecież nie dają gwarancji (kolejnego powołania), której trener oczekuje. Zwłaszcza Szcześniak wydaje się być powołany zadaniowo, gdyż przeciwko Holandii zagrać nie będzie mógł Przemysław Wiśniewski, zatem w kadrze będzie brakowało jednego obrońcy (choć jednocześnie Urban nie załatał innej wybrakowanej pozycji, o której wspominaliśmy wyżej). Powołanie było tak zaskakujące, że nawet w Górniku Zabrze się go nie spodziewano. 24-letni Szcześniak może grać zarówno na środku obrony, jak i po prawej stronie, i być może to sprawiło, że jego akcje stały wyżej, niż w przypadku Oskara Wójcika - zwłaszcza, że w kadrze brakuje też powoływanych wcześniej Przemysława Frankowskiego i Arkadiusza Pyrki, występujących na bokach.
Filip Rózga to z kolei bohater jednego z ciekawszych transferów w Ekstraklasie w ostatnich miesiącach. 19-letni piłkarz odszedł z Cracovii do Sturmu Graz za 2 mln euro. Początkowo nie grał w barwach mistrza Austrii, ale ostatnio regularnie wybiega na boisko. Zaczyna notować liczby - w końcówce października strzelił swojego pierwszego gola w tamtejszej lidze. W europejskich pucharach zanotował natomiast asystę przeciwko Celticowi Glasgow, a w czwartkowym meczu z Nottingham Forrest zaliczył pierwszy mecz w pełnym, 90-minutowym, wymiarze.
Rózga w przeszłości był antybohaterem skandalu, do jakiego doszło na Bali, gdy do mistrzostw świata przygotowywała się reprezentacja Polski U-17. Wraz z trójką innych zawodników został przyłapany na nocnym wyjściu do miejscowego baru i następnie usunięty z zespołu. Z całej czwórki banitów to on jednak najszybciej wrócił do gry - choć i w Cracovii musiał swoje odpokutować. Występował w juniorskich drużynach (mimo iż miał już za sobą debiut w Ekstraklasie), a w ramach pokuty odbył wolontariat w jednym z krakowskich szpitali. Według relacji osób z klubu, sytuacja z Bali bardzo go zmieniła, a nauczkę przyjął z pokorą. Późniejszy przebieg jego kariery również o tym świadczy.
Cracovia nie chciała się pozbywać swojego ofensywnego pomocnika. Fragment wywiadu, jakiego Mateusz Dróżdż, prezes Pasów, udzielił niedawno Interii:
Przemysław Langier (Interia): Odszedł też Filip Rózga. Za 2 mln euro.
Mateusz Dróżdż (prezes Cracovii): - I powiem wprost, że to nie były maksymalne pieniądze, jakie powinniśmy za niego wyciągnąć.
Czego zabrakło, by przedłużył kontrakt?
- Generalnie przedstawiono nam uwagi co do pomysłu, jak ten piłkarz miał być prowadzony. To olbrzymi talent, stać go na bardzo dużo, a Cracovia mogła na nim mocno zarobić. Jednocześnie cieszy mnie to, że nie puszczamy już zawodników bez procentu od następnego transferu. Tutaj była dość duża - można powiedzieć - awantura, ale powiedziałem, że się nie ugnę. Sytuacja na ostrzu noża, duży problem, ale pod tym względem wyszło na nasze. Choć nie jestem pewien, czy trafił w optymalne miejsce dla swojego rozwoju.
Personalnie da się kogoś obwinić za puszczenie Rózgi?
- Odpowiedzialność zawsze bierze prezes zarządu. Ale czy mogę sobie zarzucić, że pewne tematy zaczęliśmy za późno? Raczej nie.
Był moment, w którym wydawało się panu realne przedłużenie kontraktu z Filipem?
- Tak, byłem pewny, że tak się stanie.
I się rozjechało.
- Wiele jest czynników. Na przykład rozmowy z przyjaciółmi, z otoczeniem. Oferta z innego klubu. Rozmowa z agentem. Inne spojrzenie na to, czy to, co klub mówił, się spełnia, czy nie. Ostatecznie wyszliśmy jakoś z tego. Otrzymaliśmy za niego niemałe pieniądze, choć będę się upierał, że powinniśmy większe.
Celem utrzymanie pierwszego koszyka
Mecze z Holandią i Maltą w teorii są spotkaniami o awans na mundial, ale w praktyce Polska nie ma właściwie żadnych szans na awans bezpośredni. Nie wystarczyć może nawet ewentualne wysokie zwycięstwo nad Pomarańczowymi i Jan Urban jest tego świadomy. Podobnie jak faktu, że porażka w tym spotkaniu może kosztować Polaków miejsce w pierwszym koszyku w barażach, a selekcjoner podkreśla, że utrzymanie go jest dla niego sprawą kluczową.
Wyniki, które z dużym prawdopodobieństwem przypieczętują najwyższe rozstawienie Biało-Czerwonych to co najmniej remis z Holandią i zwycięstwo na Malcie.












