Ujawniamy - to tym kieruje się Jan Urban przy powołaniach
Jeszcze nie było selekcjonera, który nie otrzymywałby uderzeń obuchem za powołania, na jakie się decyduje. Nie inaczej jest z Janem Urbanem, którego wybory regularnie się kwestionuje, pomimo faktu, że one bronią się wynikami. Ten tekst powstaje jednak też po to, by pokazać, że bronią się znacznie szerzej - na poziomie przyjętych założeń. Wykonując pracę dziennikarza zajmującego się reprezentacją Polski, miałem okazję kilkukrotnie spotkać się z selekcjonerem i zrozumieć jego wizję. Skąd w kadrze Bartosz Bereszyński? Dlaczego na Holandię nie było w niej żadnego defensywnego pomocnika? Tu znajdziecie odpowiedzi.

Z reprezentacją Polski prowadzoną przez Jana Urbana kojarzy się słowo "stabilizacja". Selekcjoner nie zwykł wrzucać granatu do swojej szatni tylko po to, by na każdym kolejnym zgrupowaniu musieć ją budować na nowo. W listopadzie nie uniknął jednak kontrowersji - przynajmniej na pierwszy rzut oka. Najpierw zapanowało ogólne zdziwienie, gdy w drużynie zabrakło nominalnych defensywnych pomocników, później - gdy w miejsce kontuzjowanego Jana Bednarka dowołał Bartosza Bereszyńskiego - selekcjoner zetknął się już z prawdziwą falą krytyki. O co w tym wszystkim chodzi?
Dwa założenia Jana Urbana
W rozmowach z Janem Urbanem rysuje się obraz prowadzenia kadry w stylu klubowym - poprzez stabilizację około 25-osobowego składu. Tak, jak w klubie nie robi się transferów co miesiąc, tak Urban chce stronić, na tyle, na ile to możliwe, od powoływania piłkarzy "na raz". Chce uniknąć powielenia schematu Michała Probierza, u którego zagrało ponad 60 zawodników, a zamiast stabilizacji, mieliśmy nieustanny chaos.
Urban przy powołaniach wychodzi z dwóch założeń - jeśli już po kogoś sięga, to albo z palącej konieczności, albo z przekonania, że powołany piłkarz pojawi się na kadrze także na kolejnym zgrupowaniu. Dlatego przy decyzji o tym, jak zastąpić Bartosza Slisza, woli kombinować wewnątrz drużyny, niż jednorazowo sięgnąć po zawodnika z Ekstraklasy. "Wymyślenie" Piotra Zielińskiego na "szóstce" wymagało poprzestawiania pozostałych klocków, ale nie było nierealne: na lewym wahadle wylądował Michał Skóraś, co pozwoliło przesunąć Nicolę Zalewskiego za plecy Roberta Lewandowskiego, a operującego tam Sebastiana Szymańskiego cofnąć do środka pola, co pozwoliło "uwolnić" dodatkowe zadania dla Zielińskiego. To oczywiście czysto teoretycznie, bo defensywni pomocnicy w taktyce Urbana funkcjonują zupełnie inaczej, niż w klasycznej definicji tej pozycji - to piłkarze grający od pola karnego do pola karnego z zadaniem pchania piłki do przodu, a nie jedynie odbioru i dostarczenia jej do najbliższego z kolegów.
Urban woli wymyślić takie ustawienie, niż wysłać powołanie do Tarasa Romanczuka lub Oskara Repki, wiedząc jednocześnie, że byłoby to powołanie zadaniowe na raz, bo jak wróci Bartosz Slisz i Jakub Moder, to Romanczuk lub Repka będą daleko od kadry (abstrahując od tego, że ani jeden, ani drugi nie wpisują się w stricte ten model szóstki, jaki chce do swojej taktyki trener).
Wszystkie nazwiska się bronią
Gdy spojrzymy na listę powołanych na listopadowe zgrupowanie, znajdziemy tam dwa nazwiska, które można kwestionować pod kątem przyjętych założeń, jeśli chodzi o powołania - Kryspin Szcześniak i Filip Rózga. Tymczasem oni… doskonale się w te założenia wpisują. Szcześniak dlatego, że to powołanie na środek defensywy, gdzie tym razem autentycznie się paliło - stanowi on wspomniany wcześniej wyjątek i być może faktycznie jest to powołanie "na raz". Z Rózgą sytuacja jest inna - to piłkarz powołany z myślą o zapuszczeniu w kadrze korzeni, jeśli tylko utrzyma miejsce w składzie Sturmu Graz. Jego debiut w trudnym meczu z Holandią jest nieprzypadkowy - Urban widzi w nim piłkarza wchodzącego do gry, a nie przyjeżdżającego po naukę.
Zresztą przyjazd po naukę jest jednym z największych mitów, w który kibice wierzą. Wystarczy zobaczyć na nazwiska, które w przeszłości pojawiały się na zgrupowaniach, by "się uczyć". Niech każdy odpowie sobie tu na pytanie, co z takich powołań - gdy w jednym miesiącu był, potrenował, powąchał trybuny, i już go później nie było - wyciągnął Bartłomiej Wdowik.
Tu dochodzimy do powołania dla Bartosza Bereszyńskiego, który był bardzo mocno kwestionowany, a kibice pytali o Oskara Wójcika z Cracovii - młodego obrońcę wchodzącego w tym sezonie z drzwiami do Ekstraklasy. W tym miejscu warto się zastanowić, co wynikałoby z powołania dla Wójcika (zamiast Bereszyńskiego) - 22-latek stałby się siódmym (!) stoperem w kadrze, bez żadnej szansy na grę. W skrócie: byłby nowym, "kadrowym" Bartłomiejem Wdowikiem. Bereszyński typowo wpisał się w rolę zadaniowca w razie chwilowego pożaru. Przyjechał, ale nie po to, by zagrać, bo jeśli nie wydarzyłoby się coś złego z innymi środkowymi obrońcami, na grę miał bardzo niskie szanse. Na Maltę wróci Przemysław Wiśniewski, a przed Bereszyńskim w kolejce - oprócz Wiśniewskiego i Jakuba Kiwiora - są jeszcze Jan Ziółkowski, Tomasz Kędziora i może Kryspin Szcześniak. Bereszyński jest czwarty do walki o jedno miejsce na Maltę i był trzeci do walki o miejsce na Holandię. Naprawdę uważamy, że przykładowy Oskar Wójcik w tej roli to byłby idealny wybór?
Przyzwyczajmy się do tego, że aby dostać się do kadry Jana Urbana, trzeba go przekonać, iż się w niej zostanie. Kilka dobrych meczów w Ekstraklasie nie sprawi, że trafi się do drużyny narodowej "na próbę", bo realną próbą jest granie na boisku - a tam są najlepsi. Przebijanie się do kadry jest procesem, a nie lotem meteorytu. Tym bardziej, że hierarchia w drużynie narodowej krystalizuje się coraz mocniej i wiele wskazuje na to, że jedyne dyskusje będą się toczyć wokół piłkarzy z trzeciego rzędu. Kiedy będziemy je toczyć, nie zapominajmy o tym, kto poukładał dwa pierwsze. I odpowiedzmy sobie na pytanie: czy to nie fajnie, gdy jedyny problem mamy z obsadą pozycji stopera numer siedem?












