Szwecja - Polska. Lewandowski i spółka potrzebują "lekarstwa". Bolesna diagnoza
- Niepokoi mnie, że stwarzaliśmy mało sytuacji podbramkowych. Drużyna przeciwna miała więcej stuprocentowych okazji niż my. Przed starciem ze Szwedami nie powinno być za dużo kalkulacji. Nie myślmy o żadnym wielkim stylu, bo w każdych okolicznościach ucieszy nas awans na mistrzostwa świata - mówi w rozmowie z Interią wybitny trener Henryk Kasperczak. Przestrzega przed "psuciem" 17-letniego Oskara Pietuszewskiego oraz ocenia, co jest kluczowe w meczu o takim ciężarze gatunkowym.

Artur Gac, Interia: Poza taktyką i wyborami personalnymi, które są po stronie trenera Jana Urbana, a także umiejętnościami piłkarzy, jak wygrywa się mecze o takim ciężarze gatunkowym?
Henryk Kasperczak: - Problem takich meczów jest zasadniczy, tu porażka nie daje szansy na rewanż. U Szwedów optymizmem i nadzieją powiało po pewnym zwycięstwie nad Ukrainą, a jest to kadra, która przechodziła wielki kryzys. Optymizm jest widoczny pomimo kilku problemów z kontuzjami u zawodników. I nawet starają się wszystkich przekonywać, że awansują na mundial.
To znaczy, że my powinniśmy być pesymistami?
- W piłce nigdy nie wolno być pesymistą. Ale trzeba zdawać sobie sprawę, że nie będzie łatwo. Ze szwedzkich mediów bije, że ich piłkarze poczuli pewność siebie po tym, w jak nieprzekonującym stylu reprezentacja Polski pokonała Albanię.
No właśnie, to nasz najświeższy punkt odniesienia. Czy pan potrafi w sposób logiczny i analityczny, okiem fachowca wytłumaczyć, co stało się z naszym zespołem po pierwszych 10-15 minutach? Bo w mecz weszliśmy znakomicie.
- Nie bardzo chcę do tego wracać, bo ogólnie widzieliśmy, iż to spotkanie mogliśmy też przegrać. Przecież Albańczycy mieli świetne sytuacje. Dam życiowy przykład z mojej kariery, otóż są mecze szczególne i nadchodzący Szwecja - Polska porównuję do tego, w którym ja brałem udział w 1973 roku, czyli Anglia - Polska. Stawka tego meczu była bardzo wysoka, przy czym nam wtedy do awansu na mistrzostwa wystarczył remis. Tutaj remisu być nie może, więc to jest akurat różnica. Obie reprezentacje mają dużo, bardzo dużo do stracenia. Grają jeden mecz o gigantyczną stawkę. To sprawia, że napięcie na pewno będzie duże. Dobrze, żeby zeszło z naszych piłkarzy i myśleli o tym, co mają robić na murawie. Czyli muszą być bardzo umotywowani i skupieni na swoich zadaniach, bo to nie będzie łatwy mecz.
To jednak zawsze nieprzeceniony atut, gdy gra się w roli gospodarza. I ta przewaga będzie po stronie Szwedów.
- Mówię o tym wyraźnie, że gra u siebie jest uprzywilejowaniem i częściej daje zwycięstwa. Wynika to też z mentalności. Gdy byłem trenerem m.in. Wisły Kraków, wpajałem swoim zawodnikom, że tego typu okoliczności nie powinny być najważniejsze. Generalnie tego typu meczu gra się mentalnie, wszystko zaklęte jest w głowach. Bez niej w meczu o taką stawkę można zatracić piłkarskie atuty. Nie wolno dać się sprowokować, ani narzucić stylu gry rywala. Taka motywacja powinna mieć miejsce, a zawodnicy powinni zdawać sobie sprawę, jak wiele mają do stracenia jeśli nie zakwalifikują się na mundial. Myśli jednak muszą być odwrotne, napędzać piłkarzy ma to, iż chcą dążyć do wspaniałości. Wychodząc na boisko każdy z naszych piłkarzy powinien dać z siebie wszystko, co mają w głowach i nogach.
A jest coś przed starciem ze Szwedami, patrząc na występ z Albanią, co szczególnie pana niepokoi?
- Niepokoi mnie, że stwarzaliśmy mało sytuacji podbramkowych. Drużyna przeciwna miała więcej stuprocentowych okazji niż my. Nasz zespół wygrał ten mecz, bo nastąpiła zmiana w drugiej połowie w grze reprezentacji. Zdali sobie sprawę, że choć przeciwnik jest trudny, to do pokonania. Uważam, że do przerwy graliśmy góra na 50 procent naszych możliwości. Przed starciem ze Szwedami nie powinno być za dużo kalkulacji. Nie myślmy dzisiaj o żadnym wielkim stylu, bo w każdych okolicznościach ucieszy nas awans na mistrzostwa świata.
Zwłaszcza w takim meczu cel oświęci wszelkie środki.
- Oczywiście. Pamiętajmy też, że za selekcjonera Jana Urbana jeszcze nie przegraliśmy meczu. Na sześć meczów mamy cztery zwycięstwa i dwa remisy, co o czymś świadczy. Jesteśmy wymagający, bo chcielibyśmy jeszcze zobaczyć lepszy futbol, ale są pewne symptomy, które nam pomagają. I ostatnie spotkania na pewno napędzają.
Miał pan piłkarzy, którzy indywidualnymi akcjami i dryblingiem, słowem "ciągiem na bramkę" robili różnicę. Sytuacja w poprzednim meczu chyba pokazała, że brylantem w polskiej piłce jest 17-letni Oskar Pietuszewski. Zadebiutował z Albanią, nie rozbłysł na całą drugą połowę, ale po wejściu na boisko pokazał, że ma w sobie coś szczególnego. Nawet zacząłem się zastanawiać, czy to nie jest pomocnik od pierwszej minuty na Szwedów.
- Myślę, że tu trochę szalejemy z Pietuszewskim. Zostawmy go, zostawmy. Chwalmy, jeśli zrobi coś dobrego, bo ma talent, ale ten talent jeszcze musi się wykazać. On jeszcze nic takiego dla reprezentacji w tym jednym meczu z Albanią nie zrobił. Jak mówię, ten chłopak na pewno ma w sobie talent, ale musi go teraz rozwinąć, tak w klubie, jak i w reprezentacji.
Dajmy Pietuszewskiemu czas i nie róbmy z niego gwiazdy, bo w tej chwili on kimś takim nie jest. To zawodnik przyszłościowy, który powinien się rozwinąć, ale ku temu potrzebuje mniej mówienia o nim. Po prostu czasami to źle wpływa na zawodnika. Motywujmy go w sposób inny, nie w mediach i na łamach prasy
Pana słowa bardziej mają odniesienie do tego, by przesadnym i zbyt szybkim chwaleniem nie zrobić mu krzywdy i nie zepsuć, czy potrzebuje pan więcej dowodów na to, by stwierdzić, że autentycznie mamy do czynienia z piłkarzem absolutnie ponad przeciętnym?
- Ja rozważam dwie sprawy, piłkarską i w sferze mentalnej. Nie od rzeczy mówi się od lat, by komuś nie uderzyła do głowy woda sodowa. A ona, jeśli uderza, to od nadmiaru pochwał. Zostawmy tego chłopaka, niech się rozwija. A jeśli tylko będzie chciał pracować nad sobą, to on pokaże, na co go stać. A gdy dostanie poważniejsze okazje, wtedy zobaczymy, czy je wykorzysta. To jest chłopak dopiero na dorobku. Od razu przypomina mi się mecz w Szczecinie z 1963 roku, gdy 16-letni Włodek Lubański strzelił bramkę w seniorskiej kadrze przeciw Norwegii. I nie przypominam sobie, żeby wtedy nadmiarowo już robić z niego wielkiego asa, którym ostatecznie został.
- Na pewno ważne, że Oskar pozytywnie wszedł do kadry, to go uskrzydli. Nie jestem do niego nastawiony krytycznie, ale zdarza nam się, jeśli tylko zaświeci jedna gwiazdka, to od razu robimy z młodzieńca nie wiadomo kogo. Najważniejsze, że właściwie stawia hierarchię, chce zadomowić się w zespole. Gdyby rzeczywiście przeciw Szwecji zagrał od początku, do tego dobrze i jeszcze strzelił zwycięską bramkę, to jaką wtedy nałożylibyśmy na niego presję? Boję się, że niektórzy mogliby mu zrobić krzywdę. A po prostu dajmy mu się rozwijać, to jest numer jeden. Wie pan, mnie najbardziej boli, że zawodnik ma talent i chęci do rozwoju, a my od razu robimy z niego nie wiadomo jaką gwiazdę, co może przerwać jego rozwój. Znam takich zawodników, nazwisk tu nie będę wymieniał, którzy w młodym wieku robili cuda, ale przesadne pochwały ich zepsuły. Powiem tylko, iż widać w jego grze nawyki zawodnika, które odpowiadają nowoczesnej piłce, czyli szybkość, technikę i chęć strzelania bramek.
Czasem intuicja coś usilnie nam podpowiada i odważymy się na prognozę. Coś pan czuje podskórnie odnośnie meczu ze Szwedami? To będzie thriller, włącznie z rzutami karnymi?
- Scenariuszy może być kilka, ale... Przede wszystkim uważam, że ten mecz dla obu ekip będzie bardzo trudny. W związku z tym drużynę, która pierwsza strzeli bramkę, niekoniecznie to podbuduje, bo wyjątkowo może zareagować przeciwnik. Każde spotkanie ma swoją charakterystykę i zakładam, że po tym, gdy się zdzwonimy, będziemy w stanie poruszyć wiele rzeczy, oceniając już fakty dokonane. Patrzmy optymistycznie, ale by nastał sukces, piłkarze muszą indywidualnie i kolektywnie zostawić na murawie wszystkie swoje wartości.
Rozmawiał Artur Gac
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: artur.gac@firma.interia.pl














