Specjalna furtka od UEFA, potem okrągłe zero Polaków. Powtórka nieunikniona
Baraże to ostateczna droga wiodąca na wielką imprezę. Niestety - ponownie musimy ją przejść. Powtórka okazuje się nieunikniona, by zagrać na mistrzostwach świata A.D. 2026. Na szczęście jednak mamy w tej kwestii spore i jak najbardziej owocne doświadczenie. Trudno jednak nie ulec wrażeniu, że nasze przeprawy przez eliminacyjne starcia play-off, choć zwycięskie, były dotąf dość... specyficzne. I to przy obu podejściach. A kulisy boiskowych zmagań bywały ciekawe, intrygujące, a chwilami także dość zabawne.

Zacznijmy od początku, czyli roku 2022 roku, bo to właśnie wtedy pierwszy raz przyszło nam podjąć barażowy bój. Jego stawką był awans na mundial w Katarze, a specjalnej misji, mającej zapewnić naszym Orłom przelot na Półwysep Arabski przewodził Czesław Michniewicz, który objął stery po grudniowej rejteradzie Paulo Sousy.
Zadanie ułatwiła mu rzecz jasna specjalna furtka ze strony UEFA, która po apelach płynących z Polski, do której dołączyli później pozostali przedstawiciele naszej ścieżki barażowej, wykluczyła z rywalizacji Rosję po zbrodniczym ataku wojsk Władimira Putina na Ukrainę. Nie sposób oceniać ten ruch w kategoriach czysto sportowych, ale fakty są takie, że w ten sposób władze europejskiego futbolu zapewniły nam automatyczny awans do finału. A mecz z Rosją jawił się przecież jako niezwykle wymagający...
Czesław Michniewicz i jego sztab mogli jednak skupić się od razu na decydującym starciu, w międzyczasie czekając na wyłonienie naszego rywala. Zostali nim Szwedzi, którzy pokonali Czechów 1:0.
Mecz miał zostać rozegrany na Stadionie Narodowym, który jest wszak domem reprezentacji Polski. Niestety, nie było to możliwe. Wobec wciąż szalejącej pandemii koronawirusa, której kolejną falę wywołał wariant omikron, obiekt w stolicy Polski został przemianowany w szpital tymczasowy. A nasza kadra wylądowała ostatecznie na Stadionie Śląskim.
Przebudowany obiekt w Chorzowie był już areną wielkich chwil w historii polskiej piłki. Tak miało być i przy tamtej okazji. I było, choć nasze gwiazdy wypadły na moment z blasku reflektorów.
Podczas meczu Polska - Szwecja na Stadionie Śląskim doszło bowiem do awarii oświetlenia. Część jupiterów zgasła nagle pod koniec pierwszej połowy, przez co sędzia Daniele Orsato był zmuszony przerwać mecz. Na taki obrót spraw wściekał się szwedzki zawodnik Emil Forsberg, który akurat był przy piłce. Włoski arbiter nie miał jednak innego wyjścia. Grę i tak wznowił szybko, lecz w momencie, gdy usterka jeszcze całkowicie nie ustała, przez co piłkarze przez jakiś czas grali w półmroku. Jak się potem okazało, powodem całego zamieszania były warunki atmosferyczne, a dokładniej ulewny deszcz.
W tych okolicznościach przyrody lepiej spisali się Polacy. Nieoczywistym bohaterem "Biało-Czerwonych" został Grzegorz Krychowiak. To właśnie on tuż po wejściu na murawę w przerwie - w miejsce Jacka Góralskiego - wywalczył rzut karny, zamieniony na bramkę przez Roberta Lewandowskiego. Gola na 2:0 pieczętującego nasz awans na mundial zdobył później Piotr Zieliński.
Po końcowym gwizdku sędziego na murawie zapanowało szaleństwo. Piłkarze i członkowie sztabu celebrowali wspólnie ten wyjątkowy moment. Z jednym wyjątkiem - nie dołączył do nich Czesław Michniewicz.
Do historii przeszła zapłakana twarz naszego selekcjonera, pokazana w transmisji. A co działo się poza telewizyjnym kadrem? Michniewicz uklęknął, pocałował murawę i siedział wzruszony na ławce, aż podeszli do niego jego piłkarze.
- To był wyjątkowy moment, bo przed oczami przeszło mi całe moje życie od momentu, gdy jako mały chłopiec zaczynałem grać w piłkę. Później kolejne etapy. Zebrały mi się różne skojarzenia w wędrówce od dzieciństwa do dorosłości. Pomyślałem, że jestem w takim miejscu, gdzie cała Polska czeka na sukces i ten sukces osiągnęliśmy. Klatka po klatce przeleciały mi przed oczyma te moje wzloty i upadki, aż do momentu, w którym dzisiaj się znalazłem. Miałem ochotę się cieszyć, ale chciałem popatrzeć z boku na swoich zawodników, na sztab, na ludzi którzy tworzą tę reprezentację. Chciałem zobaczyć ich euforię i taki obraz mam teraz przed oczami - tłumaczył potem dziennikarzom.
Do przedstawicieli mediów wyszedł także z wypiętą piersią Grzegorz Krychowiak, który wręcz tryskał dobrym humorem, kilkukrotnie wywołując salwy śmiechu swoimi wypowiedziami. Tak stało się choćby wtedy, gdy z uśmiechem odpowiedział na wątpliwości Zlatana Ibrahimovicia i trenera Janne Anderssona dotyczące tego, czy sędzia Daniele Orsato słusznie odgwizdał "jedenastkę".
- Gdy przeciwnik odpowiada, że nie wie, czy był karny, to znaczy, że był ewidentny - spuentował sprawę "Krycha".
Odniósł się także do świetnego występu Wojciecha Szczęsnego, który uratował skórę naszej kadrze w kilku groźnych sytuacjach, broniąc łącznie sześć strzałów, co miało rażący wpływ na przebieg spotkania.
- Pewnie, że tak. Gdyby strzelili dwie bramki, to byłby zupełnie inny mecz. Ale mamy fantastycznego bramkarza, który zarabia ogromne pieniądze, gra w Juventusie, więc to jest jego robota. To że złapał trzy sytuacje? Nie popadajmy w jakąś wielką euforię. Dostaje za to ogromne pieniądze - powiedział w swoim stylu Krychowiak.
Trzy razy - to sztuka. Reprezentacja Polski znów gra w barażach o awans
Wojciech Szczęsny stał w centrum barażowych wydarzeń także podczas walki reprezentacji Polski o wyjazd na Euro 2024. Wówczas przyszło nam już stoczyć także półfinałowy bój, lecz zgodnie z oczekiwaniami, była to tylko formalność - "Biało-Czerwoni" pewnie rozbili na własnym terenie Estonię 5:1.
I gdy reszta drużyny świętowała wykonanie zadania na murawie PGE Narodowego, wyraźnie zdenerwowany Wojciech Szczęsny ruszył prosto do szatni. Jego wybuch złości oglądaliśmy już w 78. minucie, gdy rywale zaskoczyli nas, rozgrywając akcję po wrzucie z autu. Kilkanaście końcowych minut nie zdołało uspokoić naszego golkipera.
- Wkurzył się, oczywiście że tak. Każdy się wkurzył. To jest duży minus tego spotkania, że nie udało się zachować czystego konta - stwierdził potem Jakub Moder.
- To jest normalne. Nie dziwię mu się. Strzelasz pięć goli, masz mecz pod kontrolą, rywal praktycznie nie zagraża naszej bramce, a chwila naszej dekoncentracji powoduje, że stwarza sobie sytuację i strzela gola. Dlatego mogę Wojtka spokojnie zrozumieć, bo to coś normalnego, że nie tylko w meczach, ale i na treningach takie sytuacje mogą denerwować. To sytuacja, którą powinniśmy przeanalizować, żeby następnym razem być skoncentrowanym na 100 procent - wtórował mu Robert Lewandowski.
W Cardiff natomiast przy okazji finałowego pojedynku z Walią Wojciech Szczęsny został pierwszoplanowym bohaterem. To on w serii "jedenastek" zatrzymał decydujący - jak się okazało - strzał Daniela Jamesa, gwarantując nam wyjazd do Niemiec.
Nasi piłkarze w egzekwowaniu rzutów karnych okazali się bezbłędni, a ich skuteczną passę rozpoczął Robert Lewandowski. Nie speszyły go nawet przeraźliwe gwizdy kibiców, od których aż bolały uszy. - Nie strzeli, nie strzeli - szepnął mi do ucha jeden z walijskich kibiców, którzy siedzieli tuż obok loży prasowej. Cóż, pomylił się.
Miejscowi fani generalnie stanęli jednak na wysokości zadania i żywo reagując na boiskowe wydarzenia, stworzyli atmosferę piłkarskiego święta. Ba, wpletli w nią wręcz elementy magii, bo w takie sfery wprowadzić może podziwianie, jak wspólna przedmeczowa pieśń "Yma o Hyd" sprawia, że stadion - jak gdyby - wręcz unosi się w powietrzu.
A potem już w trakcie meczu - co ciekawe - część z fanów apelowała o to, by... jeść więcej czipsów.
Wróćmy jednak do Lewandowskiego, bo uderzenie "z wapna" naszego kapitana okazało się przełomowe. Był to bowiem... pierwszy strzał w światło bramki w wykonaniu Polaków w tamtym spotkaniu. W 120 minutach nie zdołaliśmy sprawdzić formy Danny'ego Warda, dlatego też do dziś w oficjalnych statystykach UEFA - które nie obejmują serii rzutów karnych - w rubryce celnych uderzeń pod polską flagą widnieje okrągłe zero. Ba, przez długi czas najbardziej brawurową "szarżą" ofensywną w wykonaniu "Biało-Czerwonych" był strzał Jakuba Piotrowskiego z połowy boiska, którym ten otworzył spotkanie.
Radość z awansu była ogromna, ale i tak trudno było nie ulec wrażeniu, że na Euro 2024 weszliśmy tylnymi drzwiami, jako ostatnia drużyna z całej stawki. A potem jako pierwsi pożegnaliśmy się z niemiecką imprezą.
Mimo to w tamtym momencie Michał Probierz jawił się jako bohaterski przywódca, który powoli, lecz przy tym dość skutecznie, próbował tchnąć w naszą kadrę nowego ducha. Dlatego też w pomeczowym marszu triumfalnym nie ograniczył się wyłącznie do odbębnienia pomeczowej konferencji prasowej. W drodze do autokaru stanął jeszcze na parkingu przy grupce polskich dziennikarzy... dzierżąc w dłoni cygaro.

- Jak zamierza trener teraz świętować?
- Cygarem, odpowiedział selekcjoner.
- A whisky? - dopytywali dziennikarze w nawiązaniu do słynnej wypowiedzi Michała Probierza z czasów pracy w Jagiellonii Białystok.
- Whisky nie - śmiał się sprawca polskiego sukcesu.
Teraz może nim zostać Jan Urban, który jest o dwa kroki od tego, by wypełnić swoją najważniejszą misję i po 40 latach powrócić na mistrzostwa świata - już nie jako zawodnik, a trener.











