Powołania mówią o Urbanie więcej, niż słowa. To był klucz przy decyzjach
Jan Urban powołał kadrę na barażowe mecze o mistrzostwa świata. Wiele z tych wyborów - także kontrowersyjnych - mówi o selekcjonerze więcej, niż mogą powiedzieć słowa.

Żyjemy w świecie, w którym nie trzeba kogoś znać osobiście, by w miarę dokładnie określić, jaką jest osobą. Czasem wystarczy przyjrzeć się upodobaniom: wskazanie ulubionej muzyki pozwala w miarę celnie określić charakter, tak jak lista ulubionych filmów da nam odpowiedź, czy mamy do czynienia z kimś, kto potencjalnie lubi w weekend wybrać się do teatru. Skłonności trenerów po składzie ich zespołów opisać trudniej, bowiem nie zawsze mają na wszystko wpływ - ot, ogranicza ich finansowa sytuacja klubu, albo pozostałości po wizji poprzednika. Chyba, że mówimy o selekcjonerze - wtedy wszystko staje się klarowne.
Jan Urban, czyli o co selekcjonerowi chodzi w powołaniach
Dlatego powołania Czesława Michniewicza na mundial w Katarze - gdy będącego w wysokiej formie i mającego świetną technikę Mateusza Klicha zastąpił wielki jak dąb, lecz niegrający w Fiorentinie Szymon Żurkowski - bardzo mocno pokazywały, na jaką taktykę selekcjoner zdecyduje się na mistrzostwach.
Dziś to samo - tylko w drugą stronę - można mówić o Janie Urbanie. Selekcjoner wśród zawodników grających umownie od linii środkowej do bramki rywala jak ognia unika piłkarzy, którzy ograniczenia techniczne nadrabiają walecznością, będąc pewnym, że klucz do awansu leży po prostu w grze w piłkę - nie w wybijaniu jej. Jeśli mówi, że Albania jest drużyną świetnie poukładaną w defensywie, wysyła sygnał, że do demontażu potrzebuje najbardziej kreatywnego zestawu piłkarzy. Dlatego tak niechętnie patrzy na Tarasa Romanczuka, który na pozycji defensywnego pomocnika i w Ekstraklasie, i w Lidze Konferencji, był z perspektywy Jagiellonii instytucją. Dlatego odrzuca Jakuba Piotrowskiego, o którym można powiedzieć kilka dobrych słów, ale na pewno nie takie, że jest wirtuozem. Jednocześnie znając takie upodobania selekcjonera, długo można było się drapać po głowie, o co właściwie mu chodzi z tą voltą w kwestii powołania dla Oskara Pietuszewskiego - piłkarza na wskroś z gatunku, jakich Urban lubi. Na szczęście temat został ucięty w najlepszym możliwym momencie.
Jest też drugi wymiar powołań Urbana - wierność swoim przekonaniom. Selekcjoner kilka razy powtarzał już, że nie chce powoływać piłkarzy "na raz", więc poza sytuacjami awaryjnymi, jak na środku obrony jesienią, gdy trzeba było sięgać po tymczasowe awaryjne opcje, uparcie się tego trzyma. To prowadzi do powołań jakby niezależnie od formy, bo przecież Kamil Grosicki, Bartosz Bereszyński i Filip Rózga nie są zawodnikami, którzy mogliby o sobie dziś powiedzieć, że są blisko życiowej dyspozycji. Ale jeśli Urban komuś raz zaufa, bardzo trudno mu zmienić zdanie. Działa to z niekorzyścią dla piłkarzy, którzy oznaki świetnej formy pokazali, gdy pociąg po pierwszych zgrupowaniach zaczął już odjeżdżać. Inna sprawa, że brak Bartosza Nowaka, najlepszego piłkarza Ekstraklasy, prawdopodobniej bardziej związany jest z tym, że na jego naturalnej pozycji są dziś Jakub Kamiński, Sebastian Szymański, Nicola Zalewski i oczekiwany przez tłum Oskar Pietuszewski. Zasadnym jest tu pytanie, czy w takim towarzystwie - wypełnionym piłkarzami z sześciu czołowych lig w Europie - bycie najlepszym w Ekstraklasie to coś wystarczającego.
Urban za część powołań - zwłaszcza tych Grosickiego i Bereszyńskiego - zapewne będzie krytykowany, jednak w pewnym sensie sukcesem selekcjonera jest to, że krytyka dotyczy sięgania po piłkarzy numer 20 i w dół. Bez względu na to, czy obecność tych zawodników będziemy tłumaczyć ich doświadczeniem, przekonaniem, że nie "pękną na robocie", wpływem na szatnię, czy tysiącem innych powodów - trzeba pamiętać, że ich szanse na grę są raczej iluzoryczne. Przekonanie trenera, że gdy trzeba będzie ich wpuścić w 85. minucie, gdy sytuacja do tego zmusi, dadzą więcej niż debiutant - może się jednak obronić.
Jan Urban od początku powtarzał, że kluczem do wyników jest właściwa selekcja. Coś, czego brakowało Michałowi Probierzowi, u którego można było mieć wrażenie, że poza około piętnastoma pewniakami, pozostałych co miesiąc losował. W efekcie w kluczowych momentach nie był w stanie zarządzać meczem, bo jego powołania w żaden sposób nie współgrały z obdarzaniem tych piłkarzy zaufaniem. Z wyborami Urbana - jak zawsze w takich przypadkach - nie trzeba się zgadzać, jednak w kadrze dziś trudno wskazać choć jedno nazwisko, po które w odpowiednim momencie selekcjoner nie odważyłby się sięgnąć. I pewnie to było jednym z najważniejszych kluczów.











