Oto prawdziwe powody porażki Polski. Sztuką było przegrać ten mecz
Polska nie przegrała meczu ze Szwecją tylko dlatego, że miała pecha, niesprzyjającego sędziego lub cechowała ją nieskuteczność. To też, ale zabrakło przede wszystkim odpowiedzialności w kluczowych momentach. Bo plan na mecz zadziałał, operacja była prowadzona poprawnie, a pacjent i tak zmarł.

Chłodna analiza meczu Szwecja - Polska sprawia, że cierpi się jeszcze bardziej. I dochodzi do wniosku, że nie dało się go przegrać. Dziś można zadawać sobie pytanie: ile razy oglądając wczorajszy mecz i widząc, że reprezentacja Polski wygląda na tle rywala naprawdę dobrze, pomyśleliśmy, że uda się zrealizować cel, a ile razy, że się nie uda. Jan Urban mówił na konferencji prasowej, że widać było, że to my jesteśmy mentalnie mocni, a Szwedzi po naszych bramkach zaliczali mentalny zjazd, wyglądając przy okazji na drużynę, która jest pełna obaw - i trudno się z tym nie zgodzić. Ale w takim razie dlaczego skoro było tak dobrze, to skończyło się tak źle?
Zobacz również:
Dobrze, że Jan Urban zostaje, ale…
Dobrze, że Jan Urban zostaje na stanowisku. Po pierwsze trudno znaleźć powody do rozstania, bo sprowadzanie ich do przegranego meczu - nawet tak kluczowego - to ocena bardzo powierzchowna. Tymczasem możemy ciągiem wypisać całą masę pozytywów płynących z jego pracy - Urban imponuje normalnością, brakiem szukania problemów, czy kierunkiem, jaki obrał jeśli chodzi o swoją wizję gry. Przywrócił spokój wokół kadry, stabilność i przy okazji odrzucił irytujący upór, jaki stawał się często cechą selekcjonerów - gdy widzi, że jakieś rozwiązanie jest lepsze, nie trzyma się gorszego - idealnym przykładem była szybka zmiana z Albanią Filipa Rózgi na Oskara Pietuszewskiego. Możemy dodać, że buduje dla reprezentacji piłkarzy, na czele z Sebastianem Szymańskim (którego jako pierwszy selekcjoner wymyślił jako partnera w środku dla Piotra Zielińskiego), dużo skuteczniejszego w odbiorze piłki, niż wcześniej próbowani tu piłkarze - bardziej defensywni od niego.
Jednak trudno nie mieć równocześnie poczucia, że o ile trafił w punkt z wyjściowym składem na Szwecję, co też nie było oczywiste patrząc kto tam zagrał, to nie pomógł zarządzaniem meczem. Nie umiem się zgodzić z jednym zdaniem, które powiedział na konferencji: że w żadnym momencie nie pachniało, by Szwedzi mogli wygrać przed dogrywką. Tymczasem ewidentnie został przegapiony moment na dokonanie zmian, czego efektem było ostatnie 10 minut meczu. Toczone pod dyktando Szwedów, który przed golem stworzyli sobie jeszcze jedną sytuację, w której piłkę złapał Kamil Grabara. Polacy w tej fazie już nie istnieli, a selekcjoner chyba trochę to zignorował. Matty Cash i Nicola Zalewski nie mieli już sił, a Szwedzi w tamtym fragmencie imponowali świeżością - korzystając między innymi z zawodników z ławki.
Będę bronił decyzji o pozostaniu Jana Urbana, bo na dziś nie umiem sobie wyobrazić, że Cezary Kulesza jest w stanie wybrać kogoś lepszego. Odnoszę jednocześnie wrażenie, że Kuleszy marzy się powrót Jerzego Brzęczka i jeśli dojdzie do zmiany selekcjonera za czasów reszty jego kadencji, to wróci Brzęczek, którego dziś nikt nie chce wyjmować z młodzieżówki.
Zmiana logiczna i nietrafiona
Wśród wszystkich dokonanych zmian w barażach, najmniej trafione okazało się wpuszczenie Oskara Pietuszewskiego za Karola Świderskiego. Nie chodzi o to, by teraz grillować Urbana, bo to byłby absurd, gdy każdy z kibiców czy dziennikarzy sam by wpuścił Oskara. Nie chodzi też o to, by grillować samego piłkarza, lecz by na chłodno ocenić jakość tej zmiany post factum (oczywiście nie można mówić, że to Pietuszewski zawalił mecz, bo zrzucanie odpowiedzialności na 17-latka byłoby zwyczajnie słabe, nawet jeśli wymienimy go wśród trzech najbardziej winnych przy golu numer trzy). Skrzydłowy FC Porto zastąpił Karola Świderskiego, który sprawdzał się w grze na przestrzeń, czyli w wychodzeniu na pozycję i szukaniu sobie miejsca przed otrzymaniem piłki. W przypadku Oskara zmieniło się granie na naszą niekorzyść, gdyż od tego momentu jednej z naszych "dziesiątek" dogrywaliśmy piłkę bezpośrednio do nogi, a on miał za zadanie zdobyć przestrzeń poprzez wygranie pojedynku. To nie wychodziło, zadziałało odwrotnie do oczekiwanego skutku - ale trzeba dodać, iż na moment dokonywania ta zmiana była oczywista.
Tutaj można dojść do wniosku, by w kotle komentarzy na temat decyzji selekcjonera i jego powołań, po prostu pozwolić mu pracować. Bo co się nie sprawdziło z tego, co Urban mówił wcześniej? Wprowadzenie Oskara na poziom reprezentacji nie sprawiło, że z marszu został podniesiony poziom gry. Nie zadziałała oczekiwana magia, dająca nam przewagę poprzez wprowadzenie nastolatka, który na drugim końcu kontynentu na nieco innym poziomie uprawia rzeczy, do których nie przywykliśmy. Kiedyś Pietuszewski będzie dawał tę przewagę, pewnie niedługo, ale poziom krytykowania słów Urbana, który po prostu zachowywał zimną głowę, był absurdalny. I dalej w tym temacie: czy nie lepiej od Oskara zagrał Karol Świderski, co pokazuje, że na takie mecze doświadczenie naprawdę jest istotne (Urban wspominał o tym wielokrotnie, za co często był krytykowany - wszak młodość miała mieć przewagę!)? Gdybyśmy dziś mieli mówić o występie Świderskiego, nie powiedzielibyśmy, że był fenomenalny. Ale, że mądry i odpowiedzialny - już tak.
To nie była brawura, lecz maksymalizowanie atutów
Wielu ekspertów, że Urbana mogła zgubić brawura i zbyt ofensywne nastawienie. To nieprawda z kilku powodów. Nie możemy mieć pewności, że przy nieco zachowawczej grze, bylibyśmy w stanie osiągnąć lepszy wynik. Trener jest od tego, by uwypuklać atuty, a te ewidentnie mamy aktualnie w grze do przodu. Po drugie - zarzuca się Urbanowi, że może trzeba było postawić na bardziej defensywną postać w środku pola, ale Sebastian Szymański okazał się w roli destruktora postacią kluczową. Nawet jeśli klasycznej szóstki zabrakło przy golu na 1:0 i możemy go zapisać na jego konto, każdą inną interwencją w obronie, czy po prostu odbiorami piłki udowodnił, że najwięcej kadrze daje właśnie w tym miejscu. Nikt nie wygrywa tyle pojedynków, co on, mało kto zapewnia tyle odbiorów piłki. Dziś widząc Szymańskiego w podstawowej jedenastce obok Zielińskiego, trudno mówić, że potrzebujemy kogoś o profilu Bartosza Slisza, bo Szymański dziś jest i Sliszem w defensywie, i Szymańskim w ofensywie.
Umiejętność wykorzystywania momentów
Szwedzi wygrali także dlatego, że potrafili wykorzystać swoje momenty, a my nie. Cały mecz wyglądał w ten sposób, że gdy Szwed wchodził w pole karne, kończyło się to golem. Gdy wchodziliśmy my - już niekoniecznie. Najlepsze momenty Polaków były tuż po tym, jak dwa razy doprowadzaliśmy do wyrównania, ale w żadnym z tych przypadków nie umieliśmy trafić do siatki. Nagle się okazało, że prawie 40-letni szwedzki bramkarz staje się przeszkodą nie do pokonania.
Czasem decydują detale. Detalem, choć paradoksalnie jak na detal: niezwykle istotnym, jest właśnie to, że Szwedzi mieli bramkarza, który dał coś ekstra, a my nie. Kamil Grabara jest bez wątpienia w trójce najlepszych bramkarzy w Polsce, ale to kolejny przykład piłkarza, przy którym my - zwykli kibice czy dziennikarze - zaczynamy dopisywać legendy zanim zawodnik wyjdzie na boisko. W oparach niedalekiej przeszłości unoszą się wypowiedzi robiące z Grabary "jedynkę" jeszcze u Michała Probierza (który go nie powoływał). Ba, mam dziwne przekonanie, że gdyby Łukasz Skorupski był zdrowy, a o obsadzie bramki decydowało głosowanie powszechne, ludzie by wybrali Grabarę.
Jan Urban wybrałby Skorupskiego i miałby rację.
Oczywiście nie wiemy, jak by zagrał Skorupski, ale nie mógłby gorzej. Grabara wpuścił wszystko, co było do wpuszczenia, nie dał nic ekstra, a akcja na 3:2 wzięła się z jego złego podania. U Szwedów bramkarz był wśród najlepszych, u Polaków wśród najsłabszych. Polacy mieli więcej strzałów celnych, więcej tzw. dużych sytuacji, i więcej niewykorzystanych okazji. Szwedzi w tej ostatniej statystyce mają zapisane zero. Nie chodzi o to, by jednoosobowo winić Kamila Grabarę, bo byłoby to niesprawiedliwe, ale szwedzki bramkarz bardziej pomagał Szwedom, niż polski Polakom.
Przegraliśmy, bo brakowało odpowiedzialności, która cechowała Szwedów. Przy golu na 1:0 przypatrywaliśmy się po tym, jak między naszymi piłkarzami powstały kratery przestrzeni, w które Szwecja po prostu weszła. Przy golu na 2:1 - już abstrahując od skandalicznego ustawienia przy rzucie wolnym - Nicoli Zalewskiemu zabrakło odrobiny wyczucia, by w akcji poprzedzającej rzut wolny ruszyć za piłką i spokojnie odprowadzić ją na aut. Przy golu na 3:2 najpierw obejrzeliśmy złe podanie Grabary, a później Oskar Pietuszewski zabawił się w statystę, który najpierw nie przejął na skrzydle przeciwnika, a gdy Jakub Kiwior się zorientował i będąc spóźnionym próbował przerwać akcję, pietuszewski powinien stanąć w asekuracji przy rywalach. Stanął z boku i obserwował, co się dzieje - jak na orliku. Do tego jeszcze w kluczowym momencie zabrakło determinacji u Przemysława Wiśniewskiego, który cały mecz bezbłędnie krył Victora Gyokeresa, ale w tej ostatniej akcji dał mu się przepchnąć, mimo iż sam miał wygraną pozycję po odbiciu piłki od słupka. Przegraliśmy mecz głupio, ale jednocześnie w taki sposób, że odejście trenera byłoby absurdalne. Nawet jeśli sam też przy zarządzaniu meczem pewnie nie był idealny.











