Odszedł bardzo dobry człowiek. Ze śmiercią Jacka Magiery trudno się pogodzić
Są chwile, w których nie da się napisać nic mądrego. W których bezsilność odbiera chęć do czegokolwiek. Ale Jacek Magiera zasłużył na choćby tych kilka słów pożegnania.

Jest styczeń. Gdy w Polsce zaczynają się największe mrozy, turecka riwiera kusi słońcem. Jesteśmy tam wszyscy - piłkarze większości polskich klubów, sztaby, dziennikarze tworzący materiały przed wznowieniem Ekstraklasy. Jest też Jan Urban wraz ze swoimi najbliższymi współpracownikami. Wśród nich Jacek Magiera. Podczas jednego z treningów wyselekcjonowanej przez PZPN najzdolniejszej młodzieży, podchodzi do kolejnych osób. Pyta, czy wszystko w porządku, rzuca żartem - raczej tych wyższych lotów. Z racji zawodowej pracy, z Jackiem Magierą przecinaliśmy się regularnie. Poza meczami, które u trenerów generują gigantyczny stres, nigdy nie narzekał, nigdy nie tracił humoru. Nawet teraz, próbując przypomnieć sobie najróżniejsze sytuacje, nie umiem odtworzyć prywatnej wersji jego twarzy bez delikatnego uśmiechu.
Jeśli śmierć nie zabierałaby dobrych ludzi, nigdy by jej nie spotkał.
Był świetnym rozmówcą. Czasem wystarczy dziesięć sekund w towarzystwie drugiej osoby, by wiedzieć, że ma się do czynienia z kimś wybitnie inteligentnym, oczytanym. W towarzystwie Jacka Magiery przekonanie nabywało się po sekundzie. Niezwykle elokwentny, posługujący się doskonałą polszczyzną, z gigantycznym zasobem słów, zawsze mający coś ciekawego do przekazania. Rzadko na temat samego siebie, bo równolegle do jego inteligencji, szła jego skromność.
Nie reagował impulsywnie, nie obrażał innych i nie obrażał się za krytykę. Spotkałem się kiedyś z opinią, że srebrny kolor jego włosów wziął się z posypywania głowy popiołem.
Uwielbiał pracować. W czasie styczniowego wyjazdu do Turcji umówiłem się na wywiad z Janem Urbanem. To był późny wieczór, na długo przed meczami barażowymi, ale Jacka Magierę zastałem w hotelowym lobby. Z laptopem, w dyskusji z pozostałymi asystentami selekcjonera. Akurat analizował wycięty fragment jakiegoś meczu. Przywitałem się, zdążył rzucić krótkie "wszystko w porządku?". Nie mechanicznie, a patrząc w twarz, co potraktowałem jako proste, acz szczere zapytanie.
Kiedy Jan Urban kompletował swój sztab, Jacka Magierę wymarzył sobie jako asystenta nie tylko z powodów merytorycznych. Potrzebował człowieka, który nie będzie bał się nie zgodzić, ale też takiego, który będzie miał dobry wpływ na drużynę rozbitą po trzęsieniu ziemi związanym z końcówką pracy poprzedniego selekcjonera. Jacek Magiera nadawał się do tego idealnie. Środowisko piłkarskie pełne jest osób z dużym ego, poczuciem własnej nieomylności. On do nich nie należał.
Starał się być drogowskazem dla młodzieży. Będąc w Legii Warszawa starszyzną, ubolewał, gdy Maciej Rybus i Ariel Borysiuk uznali, że nie potrzebują matury. Do końca ich namawiał na jej zrobienie - przedstawiał im wizję świata znacznie szerszą, niż ograniczającą się do zielonego prostokąta, na który codziennie wybiegają.
Miał dobry kontakt z piłkarzami, dziennikarzami. Z ludźmi. Obcując już blisko 20 lat wewnątrz polskiej piłki nożnej, nie natknąłem się na choćby jedno negatywne zdanie odnośnie jego ludzkiej sfery. Dlatego ta śmierć tak boli. Bo pozostawia uczucie utraty człowieka o najwyższych wartościach. Bogusław Leśnodorski, który zatrudniał go przed laty w Legii, na pożegnanie napisał jedno zdanie: byłeś jednym z najlepszych ludzi, jakich spotkałem. Nie da się napisać nic mądrzejszego.
Panie trenerze, był Pan jednym z najlepszych ludzi, jakich spotkałem.









